fantastyka · 20 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 34
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Wielki Mistrz zakonu Żelaznej Kuźni podciągnął się na łóżku i oparł plecy o drewniane wezgłowie. Przesłona z czarnego aksamitu nie dopuszczała dnia do zaspanych oczu, choć słońce dawno już wisiało wysoko ponad horyzontem. Troderest ściągnął ją niechętnie i bardzo powoli; lubił śnić, pomimo iż jego jawa dla innych mogłaby stanowić fundament pięknego marzenia.
Drzwi do przepastnej sypialni rozwarły się jak na zawołanie i młodziutka servi w ramach porannego rytuału podstawiła Troderestowi von Karmanowi tradycyjne jokivarskie śniadanie: gotowane bulwy manioku okraszone najwykwintniejszym marynowanym skrzekiem dzikich rupak. Wielki Mistrz lubił podkreślać swoje przywiązanie do miejscowych obyczajów – i nie szczędził na to środków. Ukończywszy pierwszy z pięciu posiłków, klasnął w dłonie – tak nie za mocno, żeby nie podrażnić szlachetnej skóry. Do komnaty wkroczyła ta sama szczuplutka servi i zgarnęła tacę z pustą srebrną misą.
– Czy życzy pan sobie wezwać przebieraczki? – zapytała, nim skierowała się do wyjścia.
– Tak – rzucił od niechcenia von Karman, ziewnął, odgarnął pościel i… czekał.
Dziewczyna była nowa i nie reagowała tak szybko, jak powinna, ale gdy tylko zorientowała się w sytuacji, pośpiesznie odstawiła naczynia, sięgnęła po ciepłe trzewiki przygotowane pod łóżkiem i delikatnie wzuła je Troderestowi na podstawione stopy.
– Przepraszam, panie. – Pokraśniała.
– Nic się nie stało; nauczysz się. A teraz sio. – Przepędził ją jak natrętnego psa.
Część 22 / 4
Dziewczyna pokłoniła się pięć razy, zanim opuściła komnatę, i gdy tylko zatrzasnęła za sobą drzwi, von Karman wstał z łoża i ruszył w samotną wyprawę do wysokiego lustra. Aksamity nocnej koszuli oplatały jego chudą, bladą sylwetkę falami luźnego materiału. Wyglądał jak młoda księżniczka, która pożyczyła suknię od o wiele starszej i o wiele tęższej siostry. Powolnym szurającym krokiem dotarł do celu, spojrzał na odbicie ze znudzoną miną i rozłożył ręce na boki. Jak za dotknięciem magicznej różdżki do komnaty wkroczyły trzy kobiety i szpakowaty jegomość. Wszyscy ubrani skromnie, lecz schludnie. Przebieraczki zaczęły sprawnie rozsznurowywać i zdejmować warstwy materiału osłaniające nieskażone wysiłkiem ciało Troderesta, a mężczyzna zwany czupryniarzem przyprowadził niewielki wózek z wcześniej przygotowanymi perukami, zaparkował go tak, żeby nie przeszkadzał, pokłonił się do pańskiego odbicia i zdjął czepek z głowy Wielkiego Mistrza, ukazując placek łysiny okrążony rzadką szczeciną. Przebieraczki tańczyły wokół Karmana jak wprawne baletnice, każda wiedziała dokładnie, co i kiedy ma zrobić, kiedy należy podtrzymać zmęczone ramię pana albo zasłonić i przyodziać odkryte ciało, żeby nie zmarzło zbytnio. Czupryniarz w tym czasie układał sztuczne włosy wybranej bufiastej peruki, ukradkiem obserwując minę Troderesta. Wielki Mistrz lubił się z nim droczyć i starał się utrzymać kompletnie nijaki wyraz twarzy, choć fryzury układane przez Alfonsa zawsze robiły na nim wrażenie.
Po niewyobrażalnie długim rytuale ubierania posłano po puderniczą, aby dokończyła arystokratyczny wizerunek Troderesta, którego szlachetne pochodzenie było bardzo wątpliwe – ale ogromny majątek i wpływy potrafią zmienić człowieka aż po same korzenie.
Wielki Mistrz przysiadł przed toaletką i rozkoszował się dotykiem delikatnego włosia zanurzonego w barwiczce. Gdy dziewczyna skończyła malowanie, von Karman ostrożnie pokręcił głową, żeby ocenić oba profile w lusterku i względnie zadowolony ze skonstruowanego wyglądu stwierdził, iż zacznie dzień od rzeczy najmilszej jego sercu – uda się do zakonnego skarbca.
Potem może zajrzę do obecnej żony i córek, pomyślał odruchowo, a pozytywny nastrój uleciał w przestrzeń niczym dym z kadzidła, pozostawiając jedynie sadzę na dnie pustego znicza.
Nie lubił obowiązków, a kobiety i te ich dzieci przyprawiały go o ból głowy. Całe szczęście świadomość posiadania góry złota na wyciagnięcie ręki zawsze wprawiała go w pozytywny nastrój. Utrzymanie własnych zachcianek wraz z potrzebami trzech kochanic i dwanaściorga potomków kosztowało zakon krocie, ale w przepychu nikt nie liczył pieniędzy i nikt nie zadawał pytań, przez co ciągłe zapełniania skarbca miało dla Karmana najwyższy priorytet.
Przed grubymi stalowymi wrotami wiodącymi bezpośrednio do komnaty będącej w zasadzie pokaźnych rozmiarów sejfem, stało dwóch rosłych Młociarzy. Rycerze natychmiast rozwarli grube skrzydła drzwi, torując drogę przed Wielkim Mistrzem. Po drugiej stronie, przy niewielkim biurku, siedział skarbnik zakonu, Argil Herben; starszy mężczyzna o siwych włosach i popielatej, przyciętej brodzie wiecznie ubrudzonej inkaustem. W pełnym skupieniu sporządzał raport finansowy i pocił się przy tym jak mysz.
– Jeszcze nie skończyłeś, Agilu? – zagbnął Karman, patrząc na skarbnika tak bardzo z góry, jak tylko się dało. – Starzejesz się – zadrwił. Herben wzdrygnął całym ciałem, wymazując zygzak na papirusie: dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę z obecności Troderesta.
Część 33 / 4
– Wielki Mistrzu – pozdrowił go, wstając od biurka. Jeszcze nie zdążył się dobrze wyprostować, a tułów odruchowo giął się do ukłonu. – Już kończę, panie; musiałem się upewnić, że wszystko się zgadza. Wybacz.
– Już, już… – Troderest pomachał dłonią lekceważąco i podsunął skarbnikowi dłoń do pocałunku. Argil łapczywie wycmokał każdy z pierścieni i czyniłby to dalej, gdyby Troderest nie zabrał ręki. – Jak się sprawy mają?
– Nie jest dobrze, wasza miłość: trzy razy liczyłem… – wyszeptał ciężko Argil, śląc pokorne ukłony. – Majątek skurczył się do połowy swojego stanu sprzed pięciu lat; jeśli wasza miłość nie ograniczy wydatków to…
– Zamilcz! – przerwał mu rozwścieczony Troderest. – Twój poprzednik też tylko o oszczędnościach skomlał i marnie skończył. – Uderzył pięścią w stół. Delikatnie, żeby nie uszkodzić drogocennej skóry dłoni. – Nie płacę ci za rady, tylko za liczenie! – dodał, besztając przygarbionego jegomościa.
– Oczywiście, panie – przytaknął Argil i spuściwszy wzrok, wrócił za biurko. Wyglądał na jeszcze bardziej zgarbionego niż zwykle, co już niemal przypominało taktykę obronną zwijania się w kłębek.
– Tak lepiej, a teraz odlicz sześćset złotych remów. Moja najmłodsza córka potrzebuje nowych ubrań i błyskotek; trzeba ją ozdobić i wysłać komuś innemu na utrzymanie. A o środki się nie martw: niebawem skarbiec wypełnią bogactwa, o jakich ci się nie śniło – oświadczył Karman, uśmiechając się z rozmarzeniem i pogłaskał największy klejnot opalizujący na prawej dłoni. – Służba niedługo zjawi się po sakwę – dodał, ziewając. Obcowanie z plebsem zawsze go męczyło.
Część 44 / 4
Po tym, jak pokazał skarbnikowi, gdzie jego miejsce i wydał dyspozycję, von Karman opuścił skarbiec i ruszył przestronnym korytarzem w stronę kuźni. Drogę oświetlał mu blask słońca przepuszczany przez monumentalne witraże ułożone w okiennicach pomiędzy arkadami. Te szklane dzieła sztuki zwieńczone maswerkami opowiadały historie niezliczonych zwycięskich bitew, w których jego święte bractwo uczestniczyło na przestrzeni stuleci – do niektórych scen Wielki Mistrz kazał doprawić swój wizerunek.
Kroczył powoli, nigdzie się nie śpieszył, nigdy tego nie robił – a było ku temu kilka powodów: długa i ciężka od gęstego złotego haftu peleryna narzucona na wystawny surdut; delikatna wysoka fryzura wsparta na rusztowaniu ze srebrnych szpil i spinek oraz wyjątkowy brak kondycji wynikający z niewielu czynności, które Wielki Mistrz musiał wykonywać sam.
Po dłuższym marszu przypominającym paradny chód rajsko upierzonego Drela powietrze wypełniło się ciepłem bijącym z przepastnej komnaty tuż przed von Karmanem. To właśnie tam mieściło się ogniste serce zakonu, w którym meinwarzy w pocie czoła wykuwali oręż sławny na cały kontynent. Przez tę właśnie komnatę Troderest kroczył jeszcze bardziej dumny niż zazwyczaj, a zapracowani rzemieślnicy przerywali kucie tylko po to, aby go pozdrowić – nawet ryzykując zmarnowanie surowca: dobrej jakości stal wymagała bardzo precyzyjnej obróbki w ustalonej temperaturze.
Ogrom i majestat całej zakonnej kuźni zapierał dech w piersiach: opasłe piece buchały żarem; wysokie kominy tłoczyły na zewnątrz czarny oddech Smoczego Pana Murkira; naścienne ekspozycje z pięknej broni i pancerzy, będące wizytówką każdego Kuźniarza, pieściły oczy kunsztem wykonania, zaś osmolone mięśnie napinały się w rytm uderzeń natchnionych młotów. Co prawda dym odprowadzano przez rozbudowany system wentylacji, ale temperatura i wilgoć wykończyłaby zwykłego kowala czy czeladnika. Do Troderesta natychmiast dopadło kilku servich i zaczęło intensywnie pracować wachlarzami.
Zupełnie jak w standardowej kuźni, tak i w tej każdy płatnerz posiadał wannę z zimną wodą, zdobione godłem zakonu kowadło oraz zestaw narzędzi, których jakość zależała od wypracowanego stopnia mistrzostwa. Arystokrata mijał wszystkich nieśpiesznie, dając każdemu w pełni nasycić oczy jego majestatem.
W końcu pochód dotarł do wyodrębnionej komnaty, w której buchający żar nie był już tak intensywny. Działo się tak za sprawą nietypowego wyposażenia – a raczej braku pewnej jego części; mianowicie przy stanowiskach rozstawionych w rzędach pod zdobionymi ścianami brakowało pieców hutniczych. Pomimo tego spod młotów zapracowanych rzemieślników leciały iskry, a kuta stal żarzyła się przy każdym uderzeniu. Żeby rozwiązać zagadkę, wystarczyło spojrzeć na młot, gdy kowal brał zamach: wyryta na bijaku runa promieniała krwistą czerwienią i przy kontakcie z przedmiotem topiła metal magicznym ogniem. Tych, którzy do wykuwania nie potrzebowali pieca, zwano…