Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 16 min czytania

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 37

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Lisica wrzeszczała przeraźliwie; wrzeszczała nawet wtedy, kiedy po kilku uderzeniach serca stanęła na twardej kamiennej posadzce ukołysana przez magiczną zieleń.

– Anax! Anax, spokojnie.

– Co? – Lisica spojrzała pod nogi, a potem na dziewczynę, która trzymała ją za ramiona. – Jesteśmy całe… – Odetchnęła z ulgą i rzuciła się Aidzie na szyję. Strach uszedł z ciała, zostawiając pokaźne pokłady radości, którym musiała dać upust.

– No pewnie, głuptasie; przecież nie skoczyłabym, żeby się połamać. – Zachichotała.

Nie byłabym tego taka pewna, pomyślała lisica i spojrzała na obłąkane, mętne oczy towarzyszki. W głowie zrodziła się wizja, w której leżała z połamanymi kończynami, konając gdzieś w jakiejś zatęchłej czeluści, a echo niesie niewinne: „Myślałam, że jest płycieeej…”. Rozejrzała się po pomieszczeniu, żeby rozwiać ponure obrazy. Wokół panowała gęsta ciemność i tylko korytarz naprzeciw nich rozświetlała fioletowa łuna. Wyrwa w sklepieniu też nie dawała zbyt wiele światła, zupełnie jakby ją czymś przesłonięto.

– Gdzie my jesteśmy, Aido?

– Jesteśmy blisko, on gdzieś tu jest, cierpi – oświadczyła dziewczyna poważnym tonem.

Anax nie pytała dalej: nie widziała w tym sensu, tak samo jak w biczowaniu rozumu za to, iż zgodził się pomóc w uratowaniu jakiegoś syna, który równie dobrze może być tak prawdziwy, jak większość tego, co widzi Aida.

Ponad głowami kobiet rozległ się piskliwy krzyk, a potem dźwięki rozmowy – bardzo niemiłej i wrogiej rozmowy. Potem kilka jęków i trzask.

– Chodźmy. – Anax ścisnęła dłoń przyjaciółki. – Nic gorszego chyba już nas nie spotka – wmawiała sobie z nadzieją, że jakiś wymyślony opiekun słucha i spełni jej zakamuflowaną prośbę.

Obie ruszyły w stronę jedynego miejsca niepożartego w całości przez mrok. Gęste, przesycone zapachem pleśni powietrze zdawało się zalegać w płucach i spłycać oddech. Kroczyły wewnątrz rozpadliny w kształcie wąskiego skalnego przesmyku, który jeśli nawet został wydrążony siłą mięśni, to natura już dawno zatarła wszelkie tego ślady. Piękne kopulaste kapelusze owocników mieniły się kojącą barwą ciepłego fioletu.

Głosy w oddali wygasały powoli i ginęły w dźwiękach spadających kropel. Przed kobietami wyrosła solidna ściana, która kończyła drogą wyciągniętą rodem z baśni.

– Ślepy zaułek – skomentowała Anax, macając oślizgłą powierzchnię grubych stalagnatów.

– Nie, to tylko iluzja – oświadczyła pewnie Aida.

– Iluzja? – Lisica postukała w jedną z solidnych naciekowych kolumn. – Jak dla mnie są bardzo prawdziwe.

– Nie, zobacz… – Aida dotknęła skały. Seria zielonych błysków wsączyła się w kamień i wydarła z niego czas, pozostawiając jedynie niszczycielską zmianę. Naturalny mur rozpadł się, jakby ktoś ulepił go z mokrego piasku.

– Iluzje chyba tak nie działają, Aido – skomentowała Anax. Sama nie wiedziała, skąd czasami wie takie rzeczy.

– Rzeczywiście, to nie była iluzja… Ale kto by tam płakał za starą skałą – skwitowała dziewczyna i zaśmiała się w typowy dla siebie sposób: beztrosko, słodko i mocno psychotycznie.

Lisica wyjrzała przez powstałą szczerbę.

Ciepłe światła pochodni rozświetlały kolejny duszny korytarz, który – w odróżnieniu od przejścia za nimi – ewidentnie był dziełem ludzkiej pracy i myśli. Czułe zmysły drapieżnika wychwyciły echo męskiej rozmowy. Anax wciągnęła powietrze w nozdrza kilkoma płytkimi i badawczymi wdechami.

– Ostrożnie. Ktoś tam jest… – szepnęła do towarzyszki, ale odpowiedziała jej tylko cisza. – Aido? – Ze zgrozą spojrzała za siebie. Przestrzeń w głębi rozpadliny wykazywała wyjątkowo duży niedobór Aidy. Anax przełknęła nerwowo ślinę i jeszcze raz wychyliła głowę na oświetlony pochodniami tunel. Jej towarzyszka szła lekkim tanecznym krokiem i nuciła coś pod nosem, sunąc palcami po ścianie. Połyskujący zielenią dotyk pozostawiał w litym kamieniu wyryty ślad, a skruszały granit sypał się niczym luźny less. – Szlag… – zaklęła lisica i zamilkła. To słowo nagle wydało jej się bardzo znajome i bardzo zabawne. – Nieważne, teraz nie czas na wspomnienia – zrugała się na głos i dołączyła do przyjaciółki. – Przez ciebie tu zginiemy! – syknęła do Aidy.

– Nic nam nie będzie, przecież nie robimy nic złego.

– Stać!! Kto idzie!? – wygrzmiał strażnik, który właśnie wyszedł zza zakrętu i stanął w świetle pochodni. Twardy głos, twarz, którą trudno by nazwać przystojną nawet po pijaku, tępe spojrzenie i połyskujący miecz w ręce; wszystko razem nie rokowało dla kobiet najlepiej. – Kto tu jest, się pytam?! – Jego wrogi ton groził samym brzmieniem. Była szansa, że tylko usłyszał rozmowę, stały bowiem pomiędzy pochodniami w zasłonie z gęstego mroku.

Anax odruchowo skryła się we wnęce.

– Aido, chodź tu szybko – wysyczała lisica, ale dziewczyna nie zareagowała, tylko ruszyła w stronę strażnika. – Stój, mówię! – warknęła, ale również na próżno.

Dziewczyna podeszła bliżej miecznika. Mężczyzna nie krył zaskoczenia i przetarł oczy – tak dla pewności. Aida nadal stała przed nim. Rosły gwardzista w skórzanej zbroi, której faktura do złudzenia przypominała ogon Sarpy, taksował dziewczynę podejrzliwym, badawczym spojrzeniem.

– Nie widział pan mojego syna? – palnęła jak gdyby nigdy nic.

Anax uderzyła się w czoło w geście rozpaczy.

– Syna…? A kim on u licha jest?

Lisica pochwyciła poluzowany głaz wystający ze ściany. Wiedziała, że to nie skończy się pokojowo. Nie miało prawa tak się skończyć.

– Nie wiem. – Aida wzruszyła ramionami. – A ty wiesz, kim jest mój syn? – Wbiła w mężczyznę obłąkane spojrzenie, tak bardzo kontrastujące z miłym uśmiechem.

– A-a-a jak wygląda? – zająknął się zaskoczony i opuścił ostrze. – Jak się nazywa? Cokolwiek. Osadzony czy pracuje w straży?

– Nie wiem, jak wygląda; wiem… wiem, że umiera… O, to wiem. – Po policzku Aidy spłynęła łzy, zupełnie jakby ktoś schowany wewnątrz zmąconego umysłu cierpiał na dźwięk tych słów.

– Dobra, pójdziesz ze mną. – Schował miecz i postąpił kilka kroków w stronę Aidy.

Anax wyskoczyła z cienia i zdzieliła go kamieniem w łeb. Upadł jak kłoda i podrygiwał przez chwilę jak ryba wyrwana z wody.

– Idziemy! – Odrzuciła głaz, chwyciła Aidę za rękę i pociągnęła wzdłuż tunelu.

Nie biegły długo. Korytarz skończył się, przechodząc w szeroką komnatę bez okien. W kącie nad skromnym stolikiem płonęła pochodnia, rzucając leniwe światło na większą część pomieszczenia. Wątły blask nie zdradzał wielu szczegółów, lecz jeden, najistotniejszy był dobrze widoczny. Po przeciwległej stronie pomieszczenia, z posadzki wyrastały stalowe pręty i odgradzały kilka ciemnych komór.

– Jest tu, czuję… – mruknęła Aida, jakby normalniej; jakby ta prawdziwa Aida bardziej wróciła do tego świata. Z głębi jednej z cel dobiegł przeciągły jęk. – To on… Mój havalan unar… Idę po ciebie, synu.

Aida ruszyła przed siebie i zatrzymała się dopiero na prętach jakby zaskoczona ich istnieniem.

– Przyda ci się światło – oświadczyła Anax, podjęła pochodnię i podsunęła pod kraty, oświetlając tył komory.

Obie zamarły na widok tego, co płomień wydarł z objęć ciemności. Ściana poznaczona zaschniętymi bryzgami krwi, a z niej, przykuty kajdanami, zwisał mężczyzna. Jego posiniaczone i okaleczone ciało chybotało się poruszane płytkimi oddechami i mizernymi dygnięciami, a głowa opadła na wychudzonym karku oparta brodą o mostek. Aida chwyciła za pręty tak mocno, że knykcie chudych rączek zbielały trupio. Zielony błysk w oczach zapowiedział magię. Anax wiedziała, że należy się wycofać. Pręty trzasnęły jakby ściskane w wielkim imadle, pokryły się rdzą i rozpadały niczym pyłowa rzeźba rozdmuchana przez astralny wiatr. Aida zbliżyła się do więźnia; powoli, bo serce waliło jej jak oszalałe. Mężczyzna nie reagował, dając jedynie nikłe oznaki życia płytkimi i nieregularnymi oddechami. Dziewczyna obróciła krępujące go żelazne kajdany w niwecz. Chłopak kołysany przez astrę opadł delikatnie na kamień.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 37 — czytnik · opowiadania