Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 13 min czytania

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 38

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Anax dryfowała w bezkresie nieistnienia, płynęła zawieszona w błogiej niematerialnej pustce. Lisica była, bo czuła swoją obecność, ale ciało… Ono istniało tylko dlatego, że świadomość pamiętała, jak to jest mieć naczynie: formę, która wypełniła się istnieniem, wypełniła się Nią.

Chyba pora wstawać, pomyślała, choć sama nie wiedziała dlaczego. Po co wstawać? Po co mam się wciskać w klatkę z mięsa i kości?, kolejna myśl kłóciła się z poprzedniczką. Po co wracać… Do czego? Do kogo?

W końcu ciekawość zwyciężyła i zapragnęła otworzyć oczy. Nicość nie miała wyboru i naprędce wykreowała świat wokoło, żeby Anax mogła na coś patrzeć. Lisica omiotła wzrokiem niewielkie pomieszczenie; dwie słabe pochodnie rozświetlały pustkę, wydzierały ciemności małe fragmenty przestrzeni.

Spojrzała pod nogi. Świadomość istnienia kamiennej posadzki przyniosła uczucie stania na twardej powierzchni, a surowe ściany wywołały wrażenie chłodu. Zadrżała i objęła ciało ramionami. Spodziewała się miękkości własnej sierści, ale zamiast tego napotkała delikatną skórę, która emanowała subtelnym ciepłem.

Wystawiła ręce przed siebie.

Jedną dłoń oblekała blada powłoka – zimna z wyglądu, ale przyjemna w dotyku. Drugą zaś jakby odlano z błękitnego kryształu: mieniła się energią, tętniła mocą, lecz jednocześnie sprawiała wrażenie niebywale kruchej, niczym zlepiona ze szmaragdowych nici magicznego pająka.

Warknięcie przemknęło przez pustkę; swobodnie, bo nie napotkało oporu z rzeczywistości. Niosło się łatwo i lekko jak każda myśl we śnie. Lisica obróciła się w stronę źródła. Tam, na posłaniu z poduch i zdobionych narzut, leżała bestia: ogromny biały lew. Patrzył na nią leniwym wzrokiem. Piękne błękitne ślepia promieniały ładem, mądrością wieków i… troską.

Anax podeszła, musiała podejść. Wpierw pogłaskała śnieżnobiały grzbiet. Sierść wydała się jej znajoma, przypominała jej własne ciało, tylko nie to teraz, a gdzieś w jakimś wtedy. Lew przesunął cielsko i zrobił lisicy miejsce u swego boku. Bez wahania przytuliła się do białego puchu i niemal utonęła w futrze bestii. Ciepły drapieżnik pachniał morzem; lisica prawie słyszała skrzeczenie mew, gdzieś wysoko ponad głową.

– Kim jesteś? – szepnęła.

{i}– Strażnikiem – {/i} odpowiedział myślą. Ciężkie, wysycone astrą słowa rozbrzmiały wyraźnie; niby w głowie, ale jakby otaczały Anax zewsząd.

{i}– A ja?

– Ty jesteś moją panią i sobą jednocześnie.

– Lejla… Czemu ja znam to imię? Czemu teraz?

– Bo to twoje imię tak, jak Lejda czy Bakha. Istoty żywe lubią imiona. Imiona są dla nich rdzeniem egzystencji, kotwicą w istnieniu.{/i}

{i}– Ty też masz imię…{/i} Angarax – wyszeptała końcówkę myśli.

{i}– To jedno z wielu. Teraz śpij, wypocznij, bo nowa droga będzie długa.{/i}

Słowa otuliły Anax niczym ciepłe sukno; delikatnie powlekły kruche, okaleczone ciało białym futrem, pancerzem z ładu. Lew ziewnął i oblizał kły. Lisica jeszcze raz spojrzała na dłonie. Teraz były znajome: porośnięte mleczną szczeciną. Uśmiechnęła się i zamknęła oczy. W drodze na jawę towarzyszyły jej słowa:

{i}– Przyjdzie jeszcze czas, żeby wybrać jedną drogę i jedno imię…{/i}

Otworzyła oczy.

Leżała wtulona w miękki czerwonawy mech. W oddali przyjemnie szumiał wodospad. Niechętnie przysiadła na łydkach, leniwie przeciągnęła plecy i spojrzała po sobie. Większość sylwetki okrywało liściaste odzienie, ale futro było na miejscu. Odetchnęła z ulgą, ale w głowie nadal kołatała się myśl, że to tylko przebranie, ciepłe odzienie na zimne, niebezpieczne czasy. Dotknęła rękami brzucha; dziwna kamizelka z zespolonych plech – suchych, ale jednocześnie elastycznych – sprawiała wrażenie wytrzymałej. Talię i uda okrywała podobna tkanina. Cienkie snopy światła wpadające przez krzaczaste sklepienie nie dawały za dużo światła, ale lisica domyśliła się, że jest w jakimś przepastnym szałasie.

Przesłona w wejściu ustąpiła jak ściągana stora, wpuszczając do środka rażącą ilość dziennego światła – rażącą dla kogoś, kto dopiero wybudził świadomość i tkwił w półcieniu. Anax zasłoniła oczy.

– Widzę, że panienka już wstała – oświadczył bardzo sympatyczny głos.

Otumaniony snem umysł lisicy potrzebował chwili, żeby skojarzyć brzmienie z konkretną osobą.

– Fus! – Rzuciła się chłopakowi na szyję i to z takim impetem, że oboje wypadli poza szałas.

– Też się cieszę, że panienka jest cała. – Uśmiechnął się wdzięcznie i wcale a wcale nie kwapił się do wypuszczenia lisicy z ramion.

Anax spojrzała w ładne szare tęczówki osadzone w burej cętkowanej twarzy i pomyślała, że chce patrzeć dłużej; że pragnie widzieć w nich uczucie. Patrzyli na siebie w ciszy, nieświadomie zmniejszając dystans pomiędzy ustami.

{i}– Nie! –{/i} coś krzyknęło w głowie lisicy.

Oprzytomniała.

– A co z raną? – Zmieniła temat i spojrzała na brzuch młodego Bruka. Ciało Fusa okrywała ta sama tkanina z liści przeplatanych cienkimi pnączami.

– Co?... – spytał zaskoczony, gdy nie trafił w powietrzu na miękkie wargi Anax. – A, to paskudne rozcięcie na boku. – Podwinął materiał, ukazując różowawą łysą bliznę bez śladu infekcji. – Tylko szrama będzie, ale taka fajna, męska. – Wyszczerzył kły.

Anax zaśmiała się kobieco i rozejrzała dokoła. Stali pośrodku niewielkiej polany otoczonej starymi omszałymi pniami enerwańskiego matecznika.

– Gdzie my jesteśmy?

– Niedaleko jeziorka, ta… znaczy się to – poprawił się szybko, jakby ktoś nastraszył go kijem – stworzenie, posłało po Sarpę, a że wężyca nie chciała mnie zostawić z gorączką, to Enerwan kazało mnie zabrać i uzdrowiło. Potem drzewiec nagadało Sarpie, że co z niej za Etirion, cokolwiek to znaczy, jeśli nie dba o bezpieczeństwo pieczęci – parodiował pokraczne, sztywne ruchy Enerwanu. – Podsłuchiwałem z daleka, to mogę coś przekręcać. Było jeszcze, że ten lew, to oschły okrutnik jest, czy jakoś tak. Koniec końców wyszło, że coś wam zagraża i trzeba ratować jakąś Znajdę, no i panienkę. – Wyeksponował sierścisty tors. – No to się postawiłem i powiedziałem, że też idę. Trochę zmiękłem, jak kazała… – Przygryzł język i rozejrzał się nerwowo po zaroślach. – Kiedy Enerwan kazało wejść do tej dziwnej rośliny.

Lisica przytuliła się do chłopaka i wybuchła płaczem. Tak bez powodu; tylko po to, żeby wyrzucić emocje. W końcu myślała, że zginie, tam na dziedzińcu, kiedy jakiś drab przygniótł ją butem do posadzki.

– Już spokojnie, panienko… Już jest dobrze. – Pogłaskał białą grzywę Anax i przytulił ją mocno.

Z jednej z gałęzi wysoko ponad nimi opuściła się liana zakończona dziwnym pękatym owocem i zawisła tuż…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 38 — czytnik · opowiadania