fantastyka · 18 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 41
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
– Pa, ciociu!
Eliot wybiegł z jednego z mniejszych domków ulokowanych gdzieś na obrzeżach wschodniej dzielnicy mieszkalnej w Girzel.
– Tylko wróć na kolację! – odkrzyknęła Atma zajęta przygotowywaniem leczniczych wywarów.
Sprzedaż specyfików na różne przypadłości pozwalała utrzymywać ich niewielki przybytek w jednej z wielu smukłych kamienic przyklejonych do grubych obwarowań. Izba może i nie należała do wielkich, ale też nie rzucała się w oczy: rzecz kluczowa, kiedy jest się uciekinierem. Jedyną i zarazem najbardziej dotkliwą wadę tej lokalizacji stanowiła powszechna ciemność. Cień wysokiego muru odgradzającego dzielnice od reszty świata towarzyszył Atmnie niemal przez cały dzień.
Eliot obrócił się w stronę ganku, nabrał powietrza w płuca i wyrzucił słowa z całą siłą, na jaką pozwalało mu niewielkie ciało.
– Dobrze, ciociu!
– Chodź już, Słoma! – poganiał jeden z chłopców, którzy czekali na nowo poznanego kolegę.
Cała grupa zaliczała się do tych miejskich dzieciaków, dla których rodzice nie mieli wystarczająco czasu, więc ulica zapełniła powstałą w ten sposób lukę: zacięte miny, chytre spojrzenia, połatane spodnie w burych kolorach i za duże koszule przekazywane z brata na brata. Razem przypominali szajkę karłowatych bezdomnych.
Część 22 / 6
– Gdzie idziemy? – spytał podekscytowany Eliot, gdy dołączył do reszty.
– Dzisiaj, smyku – najstarszy i piegowaty o imieniu Ron poczochrał Ozirowi włosy –idziemy na plac świątynny. Jeśli nam się poszczęści, to wślizgniemy się do zachodniej dzwonnicy; ponoć widać stamtąd Bramę.
– Jaaa… cie. Idziemy!
Eliot ruszył przed siebie jak jedna z lemachiańskich zabawek napędzanych nakręconą sprężyną, ale drugi z ferajny podrostków złapał go za kołnierz koszuli i utrzymał w miejscu.
– Poczekaj, Słoma – powiedział Paluch, nieprzerwanie dłubiąc w nosie. – Pójdziemy od strony targu. Z alei świątynnej zaraz nas pogonią. Widać przecie, że my nie na modlitwy. – Pstryknął wygrzebaną kozę w krzaki.
Chłopcy przytaknęli mu jednogłośnie i cała piątka podążyła w stronę zachodniej dzwonnicy, tylko bezpieczniejszą trasą. Po targu poruszali się niezauważani jak szczury między kopytami koni, więc dojście do zamaskowanej wąskiej szczerby w murze nie należało do trudnych zadań; targowisko zawsze obfitowało w pałętających się młodzików, choćby tragarzy, więc kilku więcej nikomu nie robiło różnicy. Ferajna przemknęła pośpiesznie na wskroś okrągłego rynku, zwędziła kilka jabłek i prześlizgnęła się do sektora świątynnego bez większych komplikacji. Tylko Uszy miał problem z przejściem przez wyłom, bo z całej paczki był najszerszy, za to Badyla przepchnęli niczym ludzką wykałaczkę.
Po drugiej stronie wewnętrznego muru ulice pachniały kadzidłem, a solasowe latarnie oddawały zgromadzone za dnia ciepło, roztaczając wokoło mistyczną, astralną łunę. Wczesnym wieczorem trakt świątynny nie był już tak tłoczny jak za dnia, ale dzielnica należała do najlepiej strzeżonych, więc chłopcy trzymali się zatęchłych zakamarków między kapliczkami. Nie mieli też komfortu wtopienia się w uliczny rytm, gdyż nawet najbiedniejszy ubierali się schludnie, kiedy szli na nabożeństwa. Kilku podejrzanych obdartusów zwróciłoby uwagę straży w barbutach stylizowanych na kształt uchylonej bramy. Chłopcy szli zatem bardzo ostrożnie, a Eliot – jako ten w najbardziej zadbanym ubraniu – zawsze pierwszy wychylał się zza kamiennych węgłów czy licznych statuł starszych, żeby wybadać ścieżkę.
W końcu dotarli w pobliże centralnej świątyni i przycupnęli za dość szerokim kwietnikiem po drugiej stronie szerokiego forum. Za dnia wejście na szczyt dzwonnicy graniczyło z cudem – jeśli oczywiście nie byłeś kapłanem. Wstępu na schody pilnował stary Albert dzwonnik, który wypełniał swoje obowiązki niezwykle sumiennie i wyjątkowo zawzięcie jak na marne kilka remów, które mu płacono. Na całe szczęście dla urwisów wieczorem zmieniał go Eryk: hulaka i kobieciarz, bardziej zainteresowany uganianiem się za kapłankami Imaltis aniżeli pilnowaniem schodów.
Część 33 / 6
– Teraz ćśśś… – nakazał Uszy i wyjrzał zza rabaty.
Nabożeństwo wczesnowieczorne trwało w najlepsze. Przez rozwarte zdobione wierzeje dostrzegł tłumy mieszczan, nad którymi górował kapłan Imaltis. Mężczyzna stał na wysokim podeście tuż przed wielką rzeźbą Ariendi. Starsza rozpościerała swoje kamienne skrzydła, błogosławiąc małe ludki zgromadzone tłumnie u jej boskich stóp. Kapłan odziany w śnieżnobiały habit z lamówkami obszytymi prawdziwą złotą nicią świecił magicznym blaskiem solasów wpasowanych w kamienne lotki rzeźby w ołtarzu tuż za nim.
Wierni z wręcz hipnotycznym zaangażowaniem wsłuchiwali się w słowa Bogini Matki. Słowa podarowane ludziom przez skrzydlatych heroldów. Słowa przed wiekami przetłumaczone i spisane w mowie młodych ludów. Słowa, które wzniośle recytował jeden z akolitów, przewracając stronice opasłej księgi.
Wzniosła atmosfera wyczekiwania na zachód słońca stanowiła idealny moment na ciche przemknięcie przez okrągły pusty plac i przeczekanie w cieniu dzwonnicy aż do momentu, kiedy Albert obwieści koniec mszy i zwyczajowo przekaże klucze młodemu Erykowi – który jak zwykle przyjdzie nieco pijany i upalony balabą. Wystarczyło poczekać. Rzecz niby prosta, ale dla dzieci niesłychanie trudna.
Słońce czerwieniło się już nisko nad horyzontem. Metaliczne dudnienie dzwonu w końcu poprzedziło falę bogatych modnych strojów, która wypłynęła z katedry i rozdzieliła się na mniejsze strumyki. Albert mozolnie zszedł po schodach, rozchylił skrzydło skrzypiących drzwi i rzucił badawcze spojrzenie w stronę cienia, który wydał mu się wyjątkowo żywy.
Mała plama ciemności rzucana na pawiment szybko zniknęła za ścianą, a sykliwy szept, który temu towarzyszył, złożył się w coś na kształt „schowaj łeb, Badyl”.
Dzwonnik zmarszczył czoło, chwycił za puginał ukryty za pazuchą i zrobił krok w kierunku szmerów rozmytych szeleszczeniem krzewów.
Część 44 / 6
– Ej! Dziadek! – rzucił rozbawiony Eryk, który o dziwo stawił się na swoją wartę o czasie, schludny jak nigdy i, o zgrozo, nawet z równo przystrzyżoną brodą jak jakiś mieszczański fircyk czy karczemny grajek.
Albert obrócił się niechętnie. Strój chłopaka mógł znaczyć tylko jedno – nadgodziny.
– A ty znowu uchachany! Kiedyś spadniesz z tej dzwonnicy przez te liście Murkirowe! – Dziadek pogroził palcem, jak to mają w zwyczaju starsze pokolenia, kiedy błogosławią młodsze.
– Oj, dziadek, przestań klątwami rzucać, tylko daj te klucze i idź, wyciągnij stare kości. – Objął zmiennika ramieniem. – A słyszał dziadek, że ponoć u starego Olsena dziś tańczy Greplinka z zaułka… Rzadkość, prawdziwy klejnot.
– Rozumiem, że mam cię zastąpić? – otaksował Eryka podejrzliwie.
– Zerknąć, dziadku, tylko chwilę zerknąć. Co tu się może zdarzyć? Ja sam nie wiem, czego my tu pilnujemy: toć wieży nikt nie zapierdoli?! – wypalił z jowialnym akcentem.
– O której? – mruknął Albert.
Część 55 / 6
– Za dwie godziny. – Stary pomruczał niechętnie. – Przecież dam ci kilka remów zadośćuczynienia. No nie daj się prosić, dziadek, no!
– Dobra, tylko pójdę, powiem starej i coś do gęby włożę.
– Nie będzie ci zapominane. – Eryk pokłonił się jak uniżony sługa.
Albert prychnął, pokręcił głową w geście beznadziei, smarknął obficie i ruszył w stronę domu. Nie zdążył dobrze zniknąć w jednej z alejek, a Eryk zamknął drzwi do dzwonnicy na klucz i opuścił stanowisko w drodze na spotkanie z jedną z seminaryjnych pretendentek.
– Teraz, chłopaki – syknął dziecięcym głosem Ron i zakradli się do zamkniętego skrzydła. – Paluch, rób swoje.
Paluch przestał dłubać w rozoranym nozdrzu, wyciągną ze spodni komplet wątpliwej jakości wytrychów, które ukradł jakiemuś spitemu złodziejaszkowi, zajrzał w mosiężną dziurkę i zaczął wykorzystywać wyćwiczone palce przy manewrach w otworze zamka. Zręczne ruchy wyciągnęły cały potencjał złodziejskiego ustrojstwa – a nie było go za wiele.
– I co? Dasz radę? – podpytywał Uszy, wybałuszając ciekawskie oczy, które śledziły każdy ruch ręki Palucha.
Część 66 / 6
– Ja też chcę zobaczyć! – Przepchnął się Eliot.
– Dajcie mi spokó… – Metaliczne chrupnięcie wydźwięczyło donośnie. Paluch zaniemówił, jakby sam nie dowierzał, że mu się udało.
– I co? – Ruda grzywa Rona połaskotała małego włamywacza po karku.
Chłopak uśmiechnął się złowieszczo i pchnął wrota, które rozchyliły się demonstracyjnie, skrzypiąc przy tym potwornie.
– HA!
– Ciszej, Paluch. – Badyl zakrył mu usta. – Chodźmy, zanim stary wróci.
Cała piątka ruszyła po schodach niczym myszy hasające w pańskiej piwnicy. Wewnątrz starego donżonu panował mrok przebijany wąskimi strugami…