fantastyka · 16 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 43
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Byli w drodze od ponad tygodnia i prawie co wieczór rozkładali prowizoryczny obóz. Zima powoli mościła się w dolinach, wypychając jesień, więc tłoczyli się pod szorstkimi derkami ułożonymi blisko pełgającego ogniska.
Selekta obrała kręty szlak z dala od głównego traktu, przez co cała trójka tylko dwa razy uświadczyła gościny u okolicznych chłopów. Pierwsza okazja nadarzyła się na północnych obrzeżach miasteczka Solent; mieścina niby niepozorna, ale strategiczna, a to ze względu na hodowlę i rozmnażanie pasiastych niedźwiedzi. Drugi w miarę wygodny postój wypadł w rybackiej wiosce położonej nad szeroką wstęgą rzeki Sanna. Osada obejmowała niespełna tuzin zabiedzonych chałup i kilka solidnych, zadbanych łódek – jeśli utrzymujesz się z rybołówstwa, to sieci i łódki stoją ponad wszystkim innym. Wioska nawet nie miała nazwy – i dobrze: takie miejsca sprzyjały nierzucaniu się w oczy.
Przekroczywszy rozlewisko na wynajętej pychówce, Selekta, brat Imael oraz telmiański gwardzista mogli w końcu na własne oczy ujrzeć jeden z cudów świata: ogromne biało-złote wrota spinające okrąg górskiego łańcucha Chamankadar.
Widok robił wrażanie – nawet z daleka.
Piękno mieniącego się w słońcu marmuru kolosalnej bramy wbitej między skały potęgowały iglice i kopuły licznych świątyń ulokowanych dużo, dużo niżej w Girzelskiej dzielnicy świątynnej. W sumie to całe miasto było jedną wielką świątynią; centrum kultu Matki Światła, w którym niegdyś pierwsi ludzie ujrzeli Starszych, a potem jako ostatni patrzyli, gdy ten błogosławiony lud znikał za zakleszczającymi się zwalistymi ramionami potężnej zapory.
Zadbana główna aleja przecinająca miasto na dwie połowy wiodła od głównej bramy miejskiej aż do Ariańskiej konstrukcji wysoko w górach. Zabudowa oblekająca zbocze łagodnego, szerokiego pagórka przyklejonego do niemal pionowej ściany gór skojarzyła się Selekcie z ogromną hubą zwisającą z martwego drzewa.
Safonka planowała utrzymać ich tożsamość oraz cel poszukiwań w tajemnicy, nim nie będzie całkowicie pewna, iż miasto pozostaje wierne cesarzowi. Po przygodzie w Watenfel i pobudce w kruczych lochach miała prawo wątpić w ideę silnego zjednoczonego Sungardu.
W cieniu drzew rosnących na przedborzu wąskiego zagajnika odpoczywało dwóch towarzyszy Safonki: brat Imael i gwardzista z emblematami Telmiańskiej piechoty: obaj pogrążeni w ożywionej dyskusji.
Część 22 / 5
– Powiedz, braciszku – zagabnął wojskowy – jak to jest, kiedy, no wiesz? – Brat Imael wbił w mężczyznę pytające spojrzenie. – No chodzi mi o sprawy damsko-męskie. Skoro wy, Empaci, wymieniacie się odczuciami przez dotyk, to jak to wygląda… No wiesz, o co mi chodzi, nie?
– No wiem i nie wiem – odpowiedział enigmatycznie Imael. – Wiem, o co ci chodzi, ale nie wiem, jak to jest – nabrał powietrza – kiedy jest się z kobietą.
Telmiańczyk otaksował mnicha wzrokiem. Braciszek nie był już młodzikiem, więc albo śluby czystości, albo…
– Aaa… Już rozumiem. – Gwardzista uśmiechnął się łobuzersko. – Ty baskis jesteś, chłopów wolisz, co?
Imael z oburzenia aż wybałuszył oczy i spąsowiał, jakby mu Telmiańczyk jednym słowem matkę, babkę i prababkę obraził, a w siostry odłamkami obelgi trafił.
– Nic z tych rzeczy! Ja po prostu nie mogę… To niebezpieczne dla kobiety i tyle.
Telmiańczyk pokiwał głową.
– To współczuję. – Poklepał braciszka po ramieniu.
Część 33 / 5
– Ruszajcie się, księżniczki! – rozkazała Selekta, a jej towarzysze wzdrygnęli się zaskoczeni nagłą bliskością mistrzyni. – Ostatnia prosta i będziemy na miejscu. Główną drogą idzie duża grupka pielgrzymów. – Wskazała drogę i splunęła sążniście. – Powinniśmy ich dogonić przed bramą miejską. Wtopimy się w tłum. Jazda!
Mężczyźni poderwali się z ziemi i bez ociągania dosiedli wierzchowców. Jedynie Telmiańczyk obrzucił Trybadę karcącym spojrzeniem, na co w rewanżu dostał ukradkowe mrugnięcie okiem.
Tereny pomiędzy Girzel a Oruun charakteryzowały się niezwykle płaskim i monotonnym krajobrazem: nic tylko pola i pastwiska poprzetykane szarymi chałupkami; nawet drzew tu było jak na lekarstwo. Cała formacja Chamankadaru wyglądała jak krater z niemal pionowymi ścianami. Mniejsze i młodsze pagórki wypiętrzały się dopiero zaledwie o dzień konno od samej bramy. Główna trasa pielgrzymek ciągnąca się od Onfur pod górami Mor-Galen poprzez stolicę aż do Miasta świątyń służyła również za bezpieczny szlak handlowy, więc karczmy i domy uciech wyrastały z gleby jak grzyby po deszczu – ale nie blisko Świętego Miasta, już nie. Na tym małym odcinku panował ład moralny. Pielgrzymi mogli pozostawić grzeszne uczynki za sobą i oczyścić umysł z pokus, żeby wkroczyć na konsekrowaną ziemię z czystym sumieniem – i na tym symbolicznym wejściu większość wyznawców kończyła duchową przemianę, bowiem tuż za murem, w najniższych partiach miasta, podróżników witała bardzo rozwinięta i dochodowa dzielnica rozrywkowa.
Długi korowód składający się z dwudziestu, może trzydziestu pielgrzymów, kilku powozów i dwóch kaleszy parł naprzód powolnym pokutniczym tempem. Selekta chciała wmieszać się w szeregi wiernych i w spokoju obmyślić dalsze kroki. Telmiański gwardzista pozostawił braciszka Imaela w tyle i zrównał się z nią w kłusie.
– Jaki jest plan? – spytał Safonki.
– Taki jak zwykle: podjedziemy i zobaczymy, co dalej.
– Genialne, że ja na to nie wpadłam… – sapnął Telmiańczyk i przewrócił oczami, a Selekta wyszczerzyła zęby.
– Dowiedziałaś się, jak to jest z naszym braciszkiem? – Safonka zmieniła temat.
Część 44 / 5
– Ta, miałaś rację: nie robią tego.
– Ha! Wiedziałam. Wisisz mi dobre żarcie, kotku… Dobrze, że zmieniłaś zdanie w sprawie podróży, inaczej zanudziłabym się tu z nim na śmierć, a swoją drogą… Skąd ta nagła zmiana decyzji?
Sebil obleczona iluzją gwardzisty wykrzywiła ludzkie usta w kpiący półuśmiech.
– Od początku chciałam iść. Posłać cię samą gdziekolwiek, to proszenie się o katastrofę. – Wymieniły sztuczne uśmiechy. – Nie chciałam tylko dać panu Cesarzowi satysfakcji, że to na jego polecenie – dopowiedziała.
– A ja wykońcypałowa… Szlag! A ja myślę, że to ze względu na szarego kicia, który według Mamci zapewne wyruszy do Girzel w towarzystwie tego przerośniętego kreta.
– Nie wiem, o czym mówisz… Uwaga, zbliża się. – Sebil skorzystała z dystrakcji i szybko zmieniła temat.
– Braciszku! – zawołała Selekta. – Chodź, nie skradaj się.
Imael zrównał ogiera z ich kasztankami.
Część 55 / 5
– Tak, mistrzyni Weil.
– Dołączymy do końca korowodu. W razie pytań mówisz, że jesteś synem Telmiańskiego szlachcica na pielgrzymce i tatuś wynajął nas do ochrony jedynego dziedzica ojcowizny. Na bogacza nie wyglądasz, ale habit sugeruje skromność, więc powinno się udać.
– Tak, lady Weil.
– No to zaczynamy zabawę – wyszeptała ze złowieszczą miną i pogoniła kasztankę.
Nikt z orszaku pielgrzymów nie poświęcił nowym przybyszom większej uwagi: ot, kolejni wierni, którzy dołączyli się po drodze. Tylko jeden starszy mężczyzna kroczący przy objuczonej oślicy wskazał Safonce miejsce w szeregu tuż za wlekącym się powozem.
Droga, która kłusem zajęłaby niespełna dwie godziny, rozciągnęła się do prawie trzech, ale dzięki temu przekroczyli szeroką bronę bez trudu. Po drugiej stronie dwóch zbrojnych w charakterystycznych Girzelskich hełmach zatrzymało ich do kontroli. Wymówka braciszka o eskorcie telmiańskiego dziedzica zadziałała, wartownicy wskazali im nawet dobrą karczmę, w której to ponoć podają świetną baraninę.
Straż raczej nie utrudniała pielgrzymom wejścia: całe miasto żyło z przyjezdnych, i to żyło dobrze, więc zbytnia kontrola byłyby tym samym dla Girzel, co obcięcie wymion dojnej krowie. Dopiero przy wejściu do dzielnicy świątynnej obcych poddawano szczegółowej kontroli, a ulice roiły się tam od strażników – w szczególności wieczorem, kiedy solasowe latarnie zaczynały roztaczać swój astralny blask. Ten magiczny minerał na czarnym rynku osiągał ceny pięciokrotnie wyższe od złota, dlatego mógł stanowić