Fantasy · 19 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 44
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Pogoda była niemal bezwietrzna – co w przypadku siedzib u podnóża wysokich gór należało do całkiem nietypowych zjawisk. Szli już jakiś czas w kompletnej ciszy; tylko Selekta i Sebil pod postacią telmiańskiego gwardzisty. Imael pozostał w zajeździe, żeby odprawić rytuał mentalnego zespolenia i poszukać Lejli. Obie kobiety nieco się uspokoiły, kiedy nikt nie odebrał im broni: doświadczenia Selekty z Watenfel odruchowo wywoływały czarnowidztwo i brak ufności wobec cesarskiego wojska.
Po długim podejściu brukowaną arterią miasta doszli do bramy w wewnętrznym murze działowym, który odgradzał Dzielnicę Świątynną od tej umownie świeckiej. Część zabudowy w górnej części wzgórza zwano Świątynną, bo katedry Matki Nadziei pięły się w górę traktu na całej jego długości, ale za murem swoje włości posiadało również: bogatsze mieszczaństwo, zakon Pieśniarzy otoczony strzelnicami i zagrodami kelcy oraz, oczywiście, girzelski ratusz z siedzibą burmistrza.
Bramogłowy gwardzista z eskorty wymienił kilka słów ze strażnikami rozstawionymi przed zdobionym reliefami łukiem wejściowym, a ci przepuścili całą grupę bez kontroli osobistej – zresztą półtoraręczny miecz Selekty dumie wystawał rękojeścią ponad głowę Safonki i, nie licząc kilkunastu kordów i szpikulców poupychanych w odzieniu, był dość widoczną bronią. Około stu jardów dalej, zboczyli z głównej drogi i skręcili w prawo, wchodząc w węższą, ale nadal zadbaną aleję. Sebil stwierdziła, że tu nawet nie śmierdzi tak bardzo, jak w każdym mieście.
– Mam nadzieję, że pan Cesarz się nie mylił co do rządcy tego nadętego kurwidołka – wyszeptała Safonka do „towarzysza”.
Idący najbliżej girzelski strażnik obrócił się i obrzucił Selektę spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Trybada w odpowiedzi posłała mu cmoknięcie pomiędzy niedomknięte skrzydła wrót w hełmie.
– Co do naszego grubasa się nie mylił: wiedział, że knuje, więc chyba wywiad w tym państwie działa porządnie – odpowiedziała po chwili Sebil.
– Zaraz się przekonamy, ale wiesz… Gdyby wywiad działał, to twój owłosiony zadek już dawno zostałby zdemaskowany.
– Teraz czy tak ogólnie?
– Ogólnie.
Część 22 / 6
– Milena sporo się natrudziła, żeby nikt nie wścibiał nosa w wewnętrzne sprawy zakonu. W końcu naszą patronką jest nie kto inny jak Imaltis, a mój ołtarzyk to tylko nieistotny drobiazg.
– Phy…
Eskorta stanęła przed pięknym dwukondygnacyjnym białym budynkiem w kształcie podkowy opasającej niewielki dziedziniec. Pośrodku tego zielonego placyku, wewnątrz zadbanego oczka wodnego, pięła się w górę kaskadowa fontanna, której rzeźbione dekoracje z grubsza opisywały exodus starszych poza Sefalos – nie mogło też zabraknąć licznych bram, wszelkiej barwy i rozmiaru.
Strażnicy w tabardach pozostali przed wejściem, a posłaniec nakazał kobietom podążać za sobą w kierunku głównego holu. Wszyscy zachowywali się zaskakująco pewnie w stosunku do dwóch uzbrojonych przybyszy.
– Przepraszam za tamto w karczmie – zagaiła Selekta do naburmuszonego mężczyzny, który kroczył w samej koszuli i narzuconej na ramiona pelerynie. Dublet zostawił w zajeździe: karczmarz zaoferował przepierkę na koszt gości odpowiedzialnych za ten incydent.
– Zdarza się w karczmach – fuknął, łypiąc na Safonkę jednym okiem. Mogła przysiąc, że powieki ozdobiono barwiczką. Poza tym głos niewysokiego mężczyzny wysycała taka maniera, że człowiek czuł się gorszy i sam nawet nie wiedział dlaczego.
Przekroczyli próg wejścia osadzonego pod arkadą. Wnętrze girzelskiego ratusza nie ociekało przepychem jak u burmistrza Garnefora w Telmonton: na ścianach wisiało kilka całkiem gustownych pejzaży, a wykończenie kolumn i gzymsów stwarzało wrażenie surowego, sztukaterii zaś było jak na lekarstwo – aczkolwiek sama przestrzeń i ogromne okna wieńczone maswerkami tworzyły atmosferę majestatu.
Posłaniec minął kilka kolumn i wszedł w aulę, pośrodku której stały dwa bogato zdobione dębowe siedziska z oparciami stylizowanymi na… bramy. Na jednym siedziała kobieta i toczyła ożywioną dyskusję z dwiema innymi damami stojącymi po bokach. Stroje obu prezentowały się nieco skromniej, ale nadal ze szlacheckim rozmachem. Nieopodal szczupły wysoki jegomość oglądał gobeliny wyłożone na podłogę z polerowanego gnejsu.
Podrapał się po siwiejącej brodzie, poprawił kryzę i przemówił głębokim męskim tonem:
Część 33 / 6
– Myślę, kochanie, że weźmiemy te dwa. – Wskazał palcami dwie zielone rozłożyste tkaniny każda z wyhaftowanym skrzydlatym motywem.
Kobieta przerwała szczebiotanie, wstała z siedziska, przeprosiła towarzyszki i podeszła do męża.
– Wiem, że lubisz szokować nowoczesnością, kochany, ale na tych materiałach nie ma nawet jednej bramy. – Powachlowała zarumienioną twarz.
– Margie, kochana. – Mężczyzna ujął jej bladą dłoń i pocałował czule. – Znasz mnie lepiej niż ja sam, wiesz, co myślę o stylizacji w tym mieście.
– Myślę podobnie, ale wiesz… Ludzie będą mówić… Może nawet przykleją nam łaty rewolucjonistów obyczajowych! – Rozłożyła wachlarz i zaczęła nerwowo chłodzić spąsowiałą twarz. – Chyba mam palpitację serca. – Teatralnie ułożyła dłoń na dekolcie mocno podkreślonym przez unoszący pełne piersi gorset.
– Dobrze, kochanie… Tylko już się nie denerwuj. Weźmiemy te dwa czerwone z wyhaftowanymi wrotami.
– Dziękuję, Gilbercie – orzekła z uśmiechem i zatrzasnęła wachlarz, wracając do spokoju ducha jak za dotknięciem magicznej różdżki.
– Burmistrzu. – Do rozmowy wtrącił się niewysoki posłaniec, który podszedł bliżej pary, pozostawiając Selktę i przebraną Sebil tuż za linia kolumnady. – Mistrzyni Selekta Weil wraz z obstawą – przedstawił gości i pochylił się nisko.
– Ach, Mistrzyni Weil – uradował się burmistrz, który jak na standardy arystokratyczne był całkiem smukły i nawet przystojny. – Gilbert Erenbrille. – Podszedł i wymusił uścisk dłoni u obu przybyłych. – A ten przepiękny kwiat za mną to lady Margijana Erenbrille z domu Lafet. Oczywiście moja ukochana małżonka.
Część 44 / 6
Przywołał kobietę dłonią.
Margi uniosła nieco bufiasty bliaud, odsłaniając koronkowe nogawiczki i drobnym krokiem dołączyła do męża. Selekta nie mogła opanować oczu, które wodziły za kształtnymi alabastrowymi piersiami burmistrzyni.
Sebil szturchnęła ją karwaszem.
– Miło mi, burmistrzu – rzuciła Safonka, okraszając słowa znikomymi pokładami życzliwości. – To może ja od razu przejdę do sedna. Nigdy nie byłam w tym mieście, a kilka godzin po przekroczeniu brony, zostaję zawezwana po imieniu do ratusza. Więc zapytam tylko raz: o co chodzi?
Burmistrz chrząknął nerwowo, a Margi otarła mu czoło aksamitką.
Trzymajcie mnie, bo zwymiotuję, pomyślała mistyczka, ale twarz telmianina – jak przystało na strażnika – nie zdradzała żadnych emocji.
– Czasy robią się niespokojne – zaczął Gilbert. – Mamy większą ilość zwiadowców na ulicach i poza nimi; wyglądają jak pielgrzymi, żeby nie niepokoić przybyłych. Pieśniarze natomiast podwoili straże na przesmyku Iwra i na obrzeżach. Proszę się nie dziwić, do nas też docierają złe wieści z północy: wierni to dobry nośnik informacji.
– A skąd wiedzieliście, że ja to ja? Nikt nie został poinformowany, że mam tu przyjechać. Nas też rozpoznał jakiś nadgorliwy pielgrzym? – Selekta nie dała zamydlić sobie oczu ogólnikami.
Część 55 / 6
– Może będzie lepiej, jak mój zacny gość wam to wyjaśni.
Burmistrz klasnął żwawo. Trzask rygla rozszedł się echem po komnacie. Z przejścia do jednego z korytarzy wyłoniła się potężna sylwetka. Mężczyzna zrobił kilka kroków, dźwięcząc metalem z nagolenników.
Selekta bez namysłu podbiegła do kolosa i uściskała mocno, nie zdoławszy jednak w pełni objąć go ramionami. Sebil ogarnął szok: nigdy nie widziała takiej wylewności u Safonki – nigdy na trzeźwo.
– Ty stary bizonie! Myślałam, że nie żyjesz! – Selekta rąbnęła Hektora w bark, a Wulkir skrzywił się lekko, bo dotkliwa rana choć zrośnięta nadal rwała przy każdym ruchu.
– Miło panią znów widzieć, mistrzyni Weil.
– Przestań, Hektorze. Po tym, co zrobiłeś, masz największe prawo, żeby mówić mi po imieniu.
Szybki i lekki stukot pantofli o kamienną posadzkę rozbrzmiał w korytarzu tuż za Wulkirem. Hektor odsunął się na bok, ustąpiwszy kolejnej niespodziance.
Dziewczynka wypadła zza kapitana z uśmiechem na twarzy, ale dojrzawszy Selektę, stanęła w miejscu, nieumiejętnie maskując zawód: spodziewała się kogoś innego. Promienny uśmiech przeszedł w lekki wyraz zadowolenia.
Część 66 / 6
– Mistrzyni Weil. – Księżniczka dygnęła.
– Holi…? Jak to możliwe? Przecież ty i Felix... Wy mieliście się pobrać. – Safonka spojrzała na Hektora, który zmarszczył czoło, uwidaczniając bruzdy wyryte przez czas i trudy życia.
– Pobrać? – zdziwił się Wulkir.
– To może zorganizujemy jakiś posiłek i wszystko sobie omówimy – wtrącił się burmistrz. – Fryderyku – przywołał gońca, który wcześniej usunął się w cień. – Pierzchaj do kuchni i powiedz serwim, żeby przygotowali posiłek w mojej prywatnej jadalni. Nakrycie na sześciu uczestników.
***
Atmosfera przy posiłku wydawała się tak gęsta, że nikt nie kwapił się od rozpoczęcia konwersacji – a wieści od obu gości burmistrza mogły tę atmosferę jeszcze bardziej skondensować.
Selekta w końcu podjęła wyzwanie i streściła powód ich przybycia do Girzel.
– Braciszek Imael wykrył Lejlę gdzieś tu, a Cesarz został zaproszony na ślub własnej siostry, i tak się tu znaleźliśmy. A wy, Hektorze? – spytała Selekta, przerzucając wzrok na nienaturalnie…