Fantasy · 15 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 46
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Zaułek Innych – lub Dzielnica Przeklętych, jak mawiali kapłani Matki – stanowiła spory wydzielony niskim murem obszar miasta zamieszkały głównie przez inne młodsze rasy. Tak na dobrą sprawę Zaułek sam funkcjonował, jak małe miasto z osobnym targiem, kaplicą Imaltis, cechami rzemieślniczymi i czymś na kształt ratusza, gdzie zbierali się miejscowi; było tu wszystko, czego trzeba małej społeczności.
Wbrew rozpowszechnionej wiedzy większość ludności tego wydzielonego dystryktu Girzel mieszkała w nim od pokoleń – w szczególności Lemachowie i Greplini, którym kiedyś zapewniono azyl i przyznano status obywateli. Tak – byli uchodźcami, owszem, ale to ich dalecy przodkowie uciekali przed wojną na ziemie o wiele mniejszego wówczas Cesarstwa. Sungard zaś witał ich z szeroko otwartymi ramionami, karmił, dawał dach nad głową i zapewniał bezpieczeństwo. Dlaczego? Bo nieśli wiedzę; rzecz najbardziej cenną, jeśli planuje się ekspansję.
Burmistrz rzadko zaglądał do Zaułka, ale przez lata piastowania urzędu zyskał tam coś na kształt uznania. Osobiście bardzo sympatyzował z tamtejszą ludnością. Ciepło wspominał wypady na pokazy magicznych sztuczek egzotycznych kuglarzy; tęsknił za starymi czasami, kiedy wszyscy nie skakali sobie do gardeł, tylko dlatego, że ktoś miał więcej sierści, szpiczaste uszy i potrafił to i owo z astrą.
Do czasu zdelegalizowania praktykowania magii na terenie całego Cesarstwa – poza zakonami – w zaułku funkcjonowała niewielka gildia magów, która obecnie dzieliła los wszystkiego, co zakazane: zeszła do podziemia, zmieniła formę, a jej usługi zyskały na wartości. Burmistrz o tym wiedział, ale oficjalnie nie wiedział, a Pieśniarze nie mieli wystarczających dowodów.
Girzel od dawna opierało się na iluzji, ułudzie swobody i stabilności. W teorii wszyscy obywatele cesarstwa mogli poruszać się po Zaułku, a jego mieszkańcy po reszcie miasta – w praktyce nikt nie kwapił się, żeby eksplorować granice swojej swobody. Tak było lepiej; mieć świadomość, że mogę coś zrobić, ale nie chcę. Tylko co odważniejsi pielgrzymi zapuszczali się jeszcze na teren Dzielnicy Innych. Po mieście krążyły różne opowieści o dziwnych stworach żerujących nocami na ulicach; czarownicach wysysających dusze; chochlikach, które wchodzą pod ubranie, uczepiają się skóry, a potem rosną jak monstrualne kurzajki i wiele, wiele innych niedorzecznych historyjek. Nawet w gwardii ciągnięto paski słomy o to, kto będzie musiał patrolować Zaułek.
Kiedy świątynia zaczęła się radykalizować wobec ludności innych ras, przedstawiciele rady Dystryktu złożyli petycję do ratusza o uformowanie specjalnego regimentu straży na terenie dystryktu. Regiment miał być współfinansowany z prywatnych środków. Strażnicy oczywiście nadal podlegałaby jurysdykcji Girzelskiej gwardii, ale Zaułkowicze chcieli mieć swoich ludzi, gwarant bezpieczeństwa, własne oczy skierowane na nieprzychylne ręce.
Burmistrz przystał na pomysł pomimo protestów miejscowej arystokracji. Uznał, że to całkiem dobre i tanie rozwiązanie, które w dodatku zniechęci podżegaczy. Jeśli ludzie zobaczą Bruków i Greplinów patrolujących ulice w białych tabardach i bramowych hełmach uznają ich za coś naturalnego. Jednak gwardziści innych ras szybko ograniczyli się – lub zostali zmuszeni – do wart wokół własnej dzielnicy, co tylko pogłębiło rozwarstwienie społeczne. W rezultacie patrole przy wejściach do dystryktu obstawiali Brukowie, Greplini i ludzie: nieliczni autochtoni lub nowi osiedleńcy, którzy z różnych przyczyn zadomowili się w Zaułku. Jedynie Lemachom odmawiano wart ze względu na krępą posturę; nie dlatego, że czteroręcy nie potrafili się bronić. Bardziej dlatego, że ktoś mógłby poczuć się zachęcony walką z pozornie słabszym przeciwnikiem.
Słońce stało w zenicie, kiedy Bramowi w swoich pozłacanych barbutach podprowadzili trójkę przybyszy pod główne wejście do dystryktu. Dwóch brukijskich gwardzistów zmierzyło nadchodzącą grupę spojrzeniami polujących drapieżników.
Część 22 / 4
– Ras, oni są od burmistrza – oświadczył pewnym głosem jeden z eskorty, choć w środku trząsł się jak galareta z wygotowanych kości. – Chcą popytać w Zaułku o zaginioną towarzyszkę.
Bury olbrzym rzucił okiem na przekazane mu pismo, potem na trójkę przybyszy i zatrzymał wzrok na najniższej postaci w całości skrytej pod ciemnym płaszczem z postawionym kapturem.
– Musi odsłonić twarz, takie są zasady – sapnął strażnik i oddał pergamin człowiekowi. Ręka ludzkiego strażnika przypominała dziecięcą dłoń podsuniętą do łapy masywnego lwa.
Okutany przybysz posłusznie zsunął kaptur, odsłaniając umaszczenie w kolorze nocnego granatu i rysie uszy zakończone kępkami grubego włosia.
– Proszę, kiciu, tylko się nie zakochaj – rzuciła Sebil, a strażnikowi zaświeciły się oczy. Zresztą obaj Brukowie wykrzywili pyski w głupawe uśmiechy. Imael również uległ fascynującemu pięknu mistyczki. Przyszło mu do głowy, że gdyby noc zstąpiła z nieboskłonu i przybrała formę, to właśnie w takiej postaci z gracją kroczyłaby ulicami miasta. Piękna i drapieżna.
– Wchodźcie – rzucił jeden z włochatych dryblasów.
Nie nosili hełmów, a jedynie gwardyjskie skórzane pancerze – każdy z bramą wymalowaną na wysokości torsu – i krótkie białe peleryny z cesarskimi skrzydłami wyhaftowanymi na całą szerokość.
Selekta podeszła bliżej jednego z Bruków, który wodził wzrokiem za okolicami zgrabnego tyłka mistyczki.
Część 33 / 4
– Jest zajęta, kolego. – Safonka puściła mu oko i dołączyła do Sebil, obejmując ją ostentacyjnie.
– A tobie gorzej? – spytała mistyczka.
– Będę twoją przyzwoitką.
***
Po drugiej stronie muru panował typowy dla miejskiej ciasnoty gwar; podobny do tego w Telmonton, tylko stosunek liczby ludzi do innych ilterańskich młodszych ras był odwrócony. Nieliczni autochtoni zamieszkujący ten fragment Girzel niknęli pośród o wiele liczniejszych stepowych Bruków, Lemachów i Greplinów. Wszyscy wydawali się bardziej zainteresowani Selektą i bratem Imaelem aniżeli Sebil. W końcu ona była jedną z nich.
– Choć raz role się odwróciły, he. – Wyszczerzyła się mistyczka.
– Tak, ciesz się chwilą. – Selekta odwróciła się do emapty, który omiatał alejki wzrokiem chłopca na cyrkowym pokazie.
Część 44 / 4
Egzotyczne zapachy, ubiory, zwierzęta… Imael przypominał entuzjastyczne dziecko na wycieczce z rodzicami. Selekta powiodła za jego spojrzeniem. Braciszek przyglądał się podstarzałemu Greplinowi, który wyprowadzał dziwne stworzenie na sznurowanej smyczy. Maskotka z tułowiem goryla i głową wielkiej ryjówki nachyliła się nad kałużą i wsunęła do brudnej wody długi rurowaty język.
– Ej! – Selekta klasnęła Imaelowi przed oczami.
– Tak? – oprzytomniał i spojrzał na Trybadę.
– Skup się. Jesteśmy tu w konkretnym celu – upominała Empatę, ale z ciekawości sama cały czas łypała na niezwykłe zwierzę i na jego pomarszczonego zielonego właściciela z rzędami kościanych kolczyków rozwieszonych na długich rozłożonych na boki uszach.
– A to ja podobno siedzę w jamie – skomentowała Sebil. – Ten ze sznurem w ręku to Greplin, ten pijący z kałuży to Lizun. Skoczkowie z Centranej Puszczy hodują te stwory i szkolą na pomocników w zbieractwie.
– Dzięki za wykład – rzuciła zdawkowo Trybada. – Wyczuwasz coś, braciszku?
Imael zamknął oczy i popchnął świadomość w stronę unitrarnej sieci, ale pomimo aksamitnej białej rękawiczki trzymanej mocno w garści, chaos setek istnień zmieszany z…