Fantasy · 10 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 49
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Burmistrz kroczył żwawo wzdłuż głównego traktu. „Ruch to najlepsza rzecz na gorejące stawy” powtarzał medyk. „Musi burmistrz więcej chodzić” recytował jak mantrę zawsze, gdy Gilbert narzekał na nieustający ból w plecach i kolanach. Z początku burmistrz oponował, ale po jakimś czasie spacery weszły mu w krew i ból faktycznie nieco zelżał. Skrzywiony od dzieciaka kręgosłup odciążał przy pomocy dwóch dębowych kosturów, którymi podpierał się naprzemiennie w rytm marszu – najnowszy krzyk mody zza wschodniej granicy. Margi lubiła takie nowinki.
Za Burmistrzem podążało dwóch gwardzistów. Jego małżonka nalegała, żeby nie chodził po mieście sam; ostatnio robiło się w Girzel dość niebezpiecznie, a ludzie łatwiej dawali się ponieść wywrotowym poglądom. Ale strażnicy w bramowych barbutach wcale mu nie wadzili – miał zamiar zboczyć z kursu, więc obstawa mogła się przydać.
Przystanął na wysokości Zaułka i oznajmił, że teraz pójdzie w prawo do starego parku obok Dystryktu. Ten niewielki skrawek zieleni, niegdyś popularne miejsce spotkań towarzyskich, teraz zarastał w najlepsze i już dawno zaczął żyć własnym nieskrępowanym życiem. Niemniej jednak dzięki temu zyskał również bardziej dziki, naturalny charakter.
Trzej mężczyźni nie bez trudu przeszli przez zielony labirynt wysokich krzewów. Rozbujała roślinność z przewagą dereniu zrzuciła okowy wymuszonych przez nożyce kształtów i zaczynała smakować wolności. Światło wąskich, krętych korytarzy powoli zarastało.
W centrum parku, wewnątrz niewielkiego zagajnika, piął się ku górze wiekowy dąb z szeroką koroną, a w jego cieniu marniało kilka starych, obrośniętych bluszczem kamiennych ław i połamana altana. Gilbert przysiadł na najlepiej zachowanym siedzisku i nakazał strażnikom czekać.
Nie minęło kilkanaście uderzeń serca, a zza bujnego żywopłotu dobiegły odgłosy ciężkich kroków i szelest łamanych gałęzi. Jeden ze strażników w bramowych hełmach chwycił za rękojeść miecza, ale drugi złapał go za przedramię.
– Nie bądź taki nerwowy – upominał towarzysza. To nie był jego pierwszy spacer z burmistrzem.
Część 22 / 4
Gilbert tylko się uśmiechnął i spojrzał na wyrwę w murze z zieleni, przez którą wkroczyło dwóch bruków w skórzanych zbrojach z herbem Sungardu wytłoczonym na piersiach. Między nimi szła o wiele niższa istota, prawie cała skryta w szacie z luźnego materiału. Delikatny, jedwabny niqab głaskał oczy pięknym błękitem i złotem liściastego ornamentu.
Greplinka nakazała eskorcie zaczekać i przysiadła się do burmistrza.
– Mes’alin, Esme. – Skinął głową.
– Mes’alin, Gilbercie. Jak twoje plecy? – zapytała niskim i zmysłowym głosem.
– Dobrze, twoja maść czyni cuda, Esme.
Greplinka wyciągnęła woreczek spod szaty, a z niego mały słoik z żółtawą mazią. Podsunęła naczynie Gilbertowi, a burmistrz schował je do kieszeni.
– Co ja zrobię bez twojej pomocy, moja droga.
Część 33 / 4
– Wiem, o co chcesz spytać; te podchody nie są potrzebne.
– Więc kiedy?
– Na wiosnę. Musimy wykorzystać pokój i przekroczyć belantrejską granicę, póki nowy Cesarz jeszcze nie oszalał. Tu nie ma dla nas przyszłości, Gilbercie. Powinieneś iść z nami.
– Nie, Esme, moje miejsce jest tu, z Margi. – Uśmiechnął się na samą myśl o pięknej żonie.
– No tak, zapuściłeś tu długie korzenie; jesteś już stąd, nie od nas, a twoja żona jest bardziej sungardzka niż samo cesarstwo. – Machnęła dłonią.
– Ha! Masz rację, Esme… Cała Margi. Kocha te swoje obyczaje.
Starszy strażnik burmistrza zbliżył się do bruków i wymienił z nimi oddziałowy uścisk dłoni. Drugi, nowy w szeregach, trzymał się na uboczu. Był młody i już przesiąknięty niechęcią do inności.
Część 44 / 4
– Musicie stąd odejść, Gilbercie – ton Greplinki zrobił się ciężki. Położyła dłoń na przedramieniu burmistrza. Szata zsunęła się z nadgarstka. Odsłonięte bliznowate tatuaże mieniły się zamkniętą pod nimi astrą. – Wczoraj słuchałam. Długo. – Spojrzała mu w oczy. – Sięgnęłam daleko. Poza mury. Drzewa nie szeptały, one krzyczały, Gilbercie. Coś się stało na północy. Ziemia płacze krwią.
– Nic nie wyczułem, Esme. – Wbił przerażony wzrok w wąski wizjer niqabu Greplinki.
– To dobrze; znaczy, że amulet nadal działa. – Zabrała rękę. – Ale przez niego jesteś ślepy. Po mieście snują się duchy. Powidoki potężnych czarów. My możemy się bronić, ukryć, ale ciebie znajdą i poznają. Maska nie pomoże.
– Nie strasz mnie, Esme. Stary już jestem i chce tu doczekać kresu moich dni. Po co miałbym iść z wami? Ku czemu? Wy macie cel: ty chcesz posłuchać drzew w Amuen, a ja? Mam się tułać po świecie? Wyrwać Margi z jej ukochanego miasta? Szukać przygód na stare lata? Maści by ci nie starczyło na moje zbolałe gnaty.
Zabrała dłoń jakby urażona.
– Uparty jesteś, Gilbercie. Do wiosny, do wiosny będę z tobą, potem…