fantastyka · 12 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 53
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
– Mistrzyni Weil!... Mistrzyni… Weil! – Paniczne nawoływanie dobiegało echem z korytarza i przecisnęło się przez podcięcie pod drzwiami.
Selekta zerwała się z łóżka, chwyciła za miecz i gwałtownie rozwarła skrzydło, którym prawie wtłoczyła nos Imaela do wnętrza czaszki.
Braciszek jęknął, przygarbił się i złapał za twarz.
– Nie powinieneś stawać tak blisko drzwi, jeżeli wściekle kogoś wołasz! – przeprosiła.
– Mistsyni… – powtórzył Imael, odchyliwszy głowę nieco w tył, żeby zatamować krwawienie.
– Na litość Arkturosa, chodź do środka.
Wciągnęła braciszka do niewielkiej izby, ściągnęła lnianą chustę ze stolika i nakazała mężczyźnie przełożyć do nosa.
– Teraz gadaj, co się stało? Czemu wrzeszczysz w środku nocy jak siostrzyczka, która zobaczyła mysz!
– Porusiła się… Signał jest moćny i śkupiony.
Selekta wlepiła w niego spojrzenie wyrażające wielki znak zapytania kłębiący się w głowie.
– Czarodziejka… – przestał uciskać. – Czarodziejka opuściła Zaułek i idzie w stronę zewnętrznego muru. Szybko idzie… Czułem… niepokój troskę i chyba strach.
Część 22 / 6
– Idziemy!
– A pani Sebil?
– Być może to właśnie przez nią ucieka. Szlag! Po co ja się słuchałam tego dachowca. Chodź! Będziesz mną kierował. – Pociągnęła empatę za rękaw habitu. – Nie ma czasu.
Z ratusza wybiegli jak opętani, rzucając napotkanemu burmistrzowi jedynie zdawkowe: „Lejla wyszła z Zaułka”.
Gnali głównym traktem, sprowadzając na siebie stanowczo więcej uwagi niż powinni. To było jedyne wyjście, żeby odciąć drogę Lejli, która kluczyła po wschodnim płacie miasta. Imael cały czas ściskał białą rękawiczkę. Czarodziejka poruszała się szybko, ale bardzo chaotycznie; od czasu do czasu stawała w miejscu, a nawet zawracała. Ewidentnie się skradała. Brat Imael ledwie nadążał za ludzkim taranem skierowanym na zaginioną; musiał podtrzymywać więź z siecią, a to rozdzierało jego uwagę pomiędzy dwa światy.
– Lady Weil… – Stanął i skulił ciało, zasapany. – Za…wraca.
– Dobra, odbijamy w lewo. – Wepchnęła Imaela w jedną z bocznych uliczek.
Poruszali się jak zbiegowie z więzienia, którzy w panice uciekają przed pościgiem. Lejla najwidoczniej odkryła, że jest śledzona i próbowała ich zgubić, klucząc w ciasnej zabudowie.
– W lewo!
Selekta wbiegła wprost w rozwieszone pranie.
Część 33 / 6
– Teraz w prawo! – rzucił empata, który desperacko utrzymywał połączenie pomimo chaosu sytuacji. Tracił siły. Zielone wstęgi unitry mieszkańców wychodziły z domostw, sięgały do niego, nęciły głodną aurę, niemal same prosiły, żeby z nich zaczerpnąć.
Odrzucił te myśli z widocznym wzdrygnięciem ciała.
Safonka wypadła zza węgła wprost na obmacującą się parę mieszczan.
– Szlag!! – wrzasnęła, a kochankowie rozpierzchli się ostudzeni całą sytuacją. – Gdzie teraz! – warknęła na Imaela, jakby to on był odpowiedzialny za pokraczność tego pościgu. Żałowała, że wzięła miecz ze sobą. Ciążył niemiłosiernie.
– Biegnie… Oddala się.
– Chodź… – Szarpnęła za habit.
– Zatrzymała się – oświadczył, kiedy weszli na mały placyk na skrzyżowaniu dwóch bocznych alejek. – Idzie, w naszą stronę.
Trybada złapała za rękojeść broni, ale opanowała odruch.
Przecież to Lejla, a nie żaden bandyta!
– Tam! – Imael wskazał rząd wysokich beczek i oparł plecy o zimny mur. Przez ścianę wyczuwał unitrę; sięgała do jego głodnej, drapieżnej aury.
Część 44 / 6
– Mała! Wyjdź! To ja, Selekta! – Safonka rozłożyła lekko uniesione ręce.
– Czuję gniew – wyszeptał Empata i osunął się na ziemię.
Nie słyszała go.
– Każ mu przestać! – rozbrzmiał znajomy miękki głos.
Nad jedną ze zbutwiałych barył zapłonął zimny błękit rozżarzonych oczu. – Niech przestanie mnie szarpać. Niech wyjdzie z mojego ciała!
Trybada pojęła, o co chodzi.
– Przerwij zespolenie.
– Ale…
– Przerwij, powiedziałam!
Imael usłuchał i odrzucił unitarną wić łączącą go z Lejlą. Ulga, którą poczuł, niemal wepchnęła go w sen. Smuga zieleni zespoliła się z siecią połączonych istnień. Kroki zburzyły nocną ciszę. Postać zakryta ciemną peleryną weszła w wątłe światło rzucane przez srebrzysty półokrąg.
Część 55 / 6
– Dlaczego mnie śledzicie?
Głos, który dochodził spod kaptura, był taki znajomy, taki delikatny, taki… kochany. Słone strugi zwilżyły policzki Trybady.
– Mała, to przecież ja. – Safonka zrobiła krok w kierunku kogoś, kto według niej musiał być Lejlą. Nie mogło być inaczej. Ten głos. Nie pomyliłaby go z żadnym innym.
– Nie podchodź! Proszę… On… On może zaatakować.
Biały, lisi ogon wychynął spod poły opończy.
Selekta stanęła. Mózg szczuty niepokojem spiął jej ciało i szykował do obrony. Imael przyglądał się wszystkiemu w ciszy. Wyczuł czyjąś obecność grasującą w cieniu egzystencji lisicy. Potężną, pierwotną moc, pełzającą na skraju rzeczywistości.
– Ostrożnie, mistrzyni Weil!
Trybada zignorowała nawoływanie braciszka.
– Mała, przecież to ja. Coś ci grozi? Potrzebujesz pomocy?
– Mała… Selekta… – westchneła zakapturzona kobieta, kojarząc imię.
Część 66 / 6
– Tak, to ja! Poznajesz mnie, prawda?!
Radość pchała do przodu. Selekta chciała biec, złapać, przytulić, ale rozsądek skuwał kostki, buntował nogi.
Anax błądziła mętnym wzrokiem po błotnistym gruncie. Myśli atakowały rozczłonkowanymi wspomnieniami.
Pojedyncza chmura przesłoniła świetlistą tarczę księżyca.
– Lejlo?
Lisica wzdrygnęła się na dźwięk tego imienia i spojrzała w stronę zbliżającej się Safonki.
Oczy… Piękne, rozjaśnione błękitem astry. To są jej oczy, pomyślała Selekta. Teraz była pewna, a tęsknota tylko potęgowała tę pewność.
Lisica ściągnęła kaptur w momencie, kiedy chmura przemknęła przez tarczę nocnej latarni. Srebrzyste światło ukazało zaplecioną w warkocz białą grzywę i twarz porośniętą popielatą sierścią.
– Lejla… – westchnęła lisica.
Selekta zamarła z rozdziawionymi…