Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 18 min czytania

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 54

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

– Czy to na pewno wszystko, młodzieńcze? – Alangras spytał przykulonego ze strachu Bruka.

Fus kątem oka spojrzał na stojącego w cieniu Arqa, którego z kolei obserwowało przynajmniej czterech ratuszowych strażników.

– Mówiłem już kilka razy! Spotkaliśmy się w okolicach portu w Mederet. Błąkała się, to zaoferowałem pomoc. Potem dołączyliśmy do trupy pani Oriny Sal-Nazarae. Z czegoś trzeba żyć – fuknął na koniec.

– Łżesz – sarknął Arq.

– Nie!

– Pójdę po tego Empatę.

Odkleił plecy od ściany, drapiąc drogi marmur metalowymi szponami. Strażnicy wzdrygnęli się nerwowo. Ręce powędrowały w kierunku broni, a spojrzenia na Burmistrza, który siedział obok Margi.

– Nooo… Mogłem trochę pominąć – napomknął młody stepowiec, usłyszawszy, iż mają w ratuszu pewny wykrywacz kłamstw w postaci rykryckiego braciszka. Wychowanie w portowym mieście ma swoje plusy: można poznać świat, nie wychodząc z karczmy.

– To gadaj! I to szybko, bo…

Burmistrzowa poderwała się ze zdobionej bramami berżery.

– Wystarczy!

Nadmiar sierści w jej etnicznie czystym domostwie wywoływał u arystokratki nerwowe palpitacje serca. Musiała ściągnąć sznureczki przy dekolcie, żeby ukryć wykwity czerwieni na pastelowo białej, upudrowanej skórze.

Odwróciła się do męża, który masował czoło i skronie w nadziei, że ulży potwornej migrenie.

– Zrób coś, Gilbercie! Na miłość Matki, to nie jest sala do przesłuchań, ani żaden loch! Niech ci… – Obrzuciła Arqa pogardliwym spojrzeniem. – ... ci zaułkowicze idą załatwiać swoje porachunki gdzie indziej!

– Tak, Margi.

Burmistrz wstawał powoli, ciężko, zupełnie jakby całe miasto i jego problemy stanęły nad nim i przygniotły kamiennym butem. W końcu uniósł się ze swojego wysokiego siedziska i ruszył niemrawo w stronę gości, których przyprowadziła Sebil.

– Panowie, proszę o zachowanie kultury w naszym domu. Jakiekolwiek zatargi macie z tym młodzieńcem, możecie je wynieść poza mury ratusza.

Alangras dał Arqowi znak prawą parą rąk, żeby ten odpuścił. Sam poprawił przyciemnione sadzą gogle i ukłonił się lekko w stronę Gilberta, świecąc łysiną z bladej szarawej skóry.

– Burmistrzu, przepraszam za zuchwałość mojego protegowanego: młodość to okres życia, kiedy krew wrze z byle powodu. Jednak obaj chcemy pomóc w odnalezieniu przyjaciółki pańskich protegowanych. – Ferkot uśmiechnął się szeroko, ale uśmiech Lemacha wyglądał życzliwie tylko dla drugiego Podziemnego. – Posiadamy również immunitety dyplomatyczne. – Nawet nie starał się zamaskować tego ostrzeżenia, które miało powstrzymać burmistrza przed pochopnymi decyzjami.

– Tak, wiem, panie Ferkot, zapoznałem się z pismem i na mocy dekretów pomiędzy Sungardem a Belantres jestem zobowiązany zapewnić wam strawę i dach nad głową. Nie zmienia to jednak faktu, iż pogwałcenie zasad instytucji Ratusza, czyli mojego domu, może skończyć się wydaleniem za mury Girzel.

– Oczywiście, burmistrzu, oczywiście. Arq, idziemy. Panienka Sebil na pewno zajmie się naszym znaleziskiem z należytą… delikatnością. My w tym czasie poszukamy panienki Lejli.

– W lewym skrzydle są pokoje dla korpusu dyplomatycznego. – Gilbert złagodniał, choć wachlarz Margi nadal trzepotał w tle upominająco. – Możecie, panowie, się tam zatrzymać.

– Nie będzie takiej potrzeby, burmistrzu, mamy wynajęte pokoje w bardzo ładnej karczmie nieopodal Zaułka.

– Zatem każe przygotować weksel – nalegał Gilbert.

– Oczywiście.

Alangras wolałby pozostawić lokalizację ich pobytu w tajemnicy, ale nie była to sprawa życia i śmierci, czyli rzecz niewarta scysji z władzami miasta.

Wychodząc, Belentrejczycy minęli się z nadchodzącym telmiańskim strażnikiem, któremu Arq puścił oko i bezgłośnie poruszył pyskiem, jakby mówił: „Przyjdę po dług”. Sebil go zignorowała i ruszyła wprost do burmistrza i jego żony. Nie chciała zdradzać przebrania. W holu cały czas stacjonowała straż, a o wtopionych w tło serwi i wartownikach łatwo było zapomnieć – oni natomiast cały czas słuchali i patrzyli.

– Burmistrzu, melduję, iż Lady Weil dochodzi już do siebie.

– Czy była w stanie wyjaśnić, co ich spotkało? – spytał Gilbert, a baronowa Margijana obrzuciła młodzieńca w lamelkowym, skórzanym pancerzu aroganckim, pełnym wyższości wzrokiem.

Świadomość, iż Bruk przywdziewa ludzką skórę, wypełniała jej serce obrzydzeniem, pogardą i strachem. Teraz każdy sługa, każdy gość mógł być ukrytym włochatym brudasem. Sebil czuła tę czystą, niesprowokowaną nienawiść i zachodziła w głowę, jak istota tak przepełniona jadem może być jednocześnie kochającą żoną – ale czy ona byłaby inna, gdyby nie… Nieważne.

Przeniosła wzrok na Gilberta.

– Tak, burmistrzu. To nasza poszukiwana ich tak urządziła, a ci belantrejscy ambasadorzy szukają czarodziejki tak samo jak my, choć cel, który im oficjalnie przyświeca, wydaje się mało wiarygodny.

Gilbert rzucił się ciężko na wyłożony poduszkami tron. Ratusz w każdym większym mieście posiadał takowy. Symbol władzy burmistrza pod nieobecność Cesarza.

– Czy ona jest niebezpieczna? – Na czole niemłodego już mężczyzny pojawiły się mokre krople nerwowego potu.

Miękka aksamitka otarła jego zatroskaną głowę.

– Nie denerwuj się, kochanie… – Pocałowała męża w skroń i przyłożyła jego zafrasowaną głowę do piersi.

– Dziękuję, Margi, jesteś skarbem. – Uśmiechnął się i powędrował wzrokiem na Telmianina. – Muszę wiedzieć, czy czarodziejka zagraża obywatelom i pielgrzymom.

– Nie mogę tego wykluczyć, burmistrzu – odpowiedziała z niechęcią mistyczka.

– Zatem przetrząśniemy cały dystrykt innych, chałupa po chałupie. Musimy ja znaleźć, nie bacząc na konsekwencję. Jeśli zaatakuje kogoś poza murami Zaułka lub, co gorsza, użyje magii, to nikt nie utrzyma ludzi i zaułkowiczów przed skoczeniem sobie do gardeł.

– Nie zrobi tego! – wrzasnął Fus. – On jej tylko broni… – dodał już przyciszonym głosem, zdając sobie sprawę, że powiedział zbyt dużo.

– Burmistrzu, proszę o jeden dzień. Spróbuję ustalić, o co tu chodzi. – Sebil spojrzała w stronę Fusa, zmieniając oczy na kocie. Chłopak schował głowę w ramiona.

– Nie mogę ryzykować.

– Jeśli ten chłopak mówi prawdę, to atakując, popełnisz błąd! – Brzęk pancerzy poniósł sygnał, że straży nie podoba się ton obcego gwardzisty. Sebil przełknęła nieco buty i kontynuowała spokojnie: – Lady Weil nie jest słabą młódką z drewnianym mieczem, ona potrafi się bronić, a zaklęcie zmiotło ją jak piórko targnięte przez nawałnicę. Proszę pomyśleć, co się stanie, jeśli straż sprowokuje podobny akt na środku zatłoczonego placu. W Zaułku są pielgrzymi i kupcy, wieści rozniosą się jak pierd po ciasnej gospodzie.

– Chyba się zapominasz, młodzieńcze! – upominała ją baronowa. – Mój mąż trzyma to miasto w jednym kawałku od trzech dekad, a tacy – przeniosła wzrok na Fusa – jak on, wcale nie ułatwiają mu zadania.

– Spokojnie, Margi. – Pogłaskał i pocałował dłoń żony – Ten młodzieniec ma rację. Nie możemy sobie pozwolić na pochopne działania. Unikałem krwawego mordobicia od lat i nie chcę go teraz.

– Zrobisz, jak uważasz. – Głos Margi zmiękł. – Ty znasz się lepiej na tych przepychankach, a ja… Ja zawsze tu jestem, przy tobie, dla ciebie.

– Wiem, kochana. – Burmistrz przeniósł wzrok na telmianina. – Masz dobę, chłopcze. Dam ci glejt, pokaż go strażnikom w Zaułku, to otworzysz sobie więcej drzwi, i ust. Co jak co ale mam tam jeszcze szacunek.

– Dziękuję, burmistrzu; wyciągnę z młokosa wszystko, co się da i spróbujemy razem z braciszkiem zlokalizować naszą uciekinierkę. Stepowy twierdzi, że spędzili razem z czarodziejką dużo czasu: nada się lepiej niż rękawiczki – dopowiedziała tonem, który zjeżył Brukowi sierść na grzbiecie.

Przełknął nerwowo ślinę…

***

Fus szedł bardzo powoli i bardzo uważanie rejestrował wszystkie potencjalne drogi ucieczki. Nie wiedział, co go czeka, ale jak na razie nie zboczyli z głównego holu w kierunku jakiegoś obmierzłego lochu lub wyciszonej sali tortur, więc nie było najgorzej.

Przed chłopakiem kroczyło dwóch girzelskich włóczników w białych tabardach z wyhaftowaną… Tak, bramą. Za nim z wolna i w milczeniu szedł telmianin i wbijał Fusowi wzrok w plecy. Kiedyś karczmiany grajek stresowałby się bardziej, ale po tym, co widział w towarzystwie Anax i głucho-ślepej śpiewaczki, mało już go dziwiło, a z pewnością mniej niż w czasach, kiedy pracował w szynku – bardzo teraz tęsknił za gniewem starego Alojza.

– To tutaj – oświadczyła Sebil obleczona w iluzję i wskazała jedne z wielu identycznych wejść w korowodzie pomieszczeń. – Jeden zostaje, na wypadek, gdyby chłopak próbował nawiać. Ty – wskazała palcem wyższego ze strażników – zostaniesz przy drzwiach. A ty sprowadź empatę.

Zawahali się, a Sebil zauważyła, że jednemu bieleją knykcie od nerwowego ściskania drzewca. Mogła im rozkazywać, bo Gilbert przydzielił jej tych dwoje, ale rozkazy ze strony innego obcego gwardzisty z mniej „świętego” miasta mogły ich nieco rozsierdzić.

– Proszę – dodała tak szczerze i łagodnie, że nawet…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 54 — czytnik · opowiadania