Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 22 min czytania

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 55

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

O poranku Atma wybrała się na jeden z pomniejszych targów, żeby zakupić kilka podstawowych produktów – nie była przygotowana na tylu gości, bo nigdy ich tu nie miała. Całe szczęście Hektor zaoferował pomoc przy zapewnieniu bezpieczeństwa Ozirom. Starsza nie chciała zostawiać ich samych; coś działo się w tym mieście: pojawienie się oruńskiego kapłana, który ją przesłuchiwał; wywrotowe nastroje podsycane przez świątynię; księżniczka opętana przez Pierwszego i czarodziejka będąca najprawdopodobniej pieczęcią ładu – definitywnie za dużo dziwnych rzeczy jak na jeden kawałek świata.

Nawet nie zauważyła, kiedy weszła na zatłoczony plac ciasno obstawiony straganami. Dopiero brutalne szturchnięcie przez tragarza wyciągnęło ją z głębin wiekowego umysłu.

– Nie pora teraz na lęki – syknęła, ganiąc samą siebie, po czym podeszła do znajomego zielarza po kilka przydatnych składników alchemicznych.

Teraz śniadanie, pomyślała i westchnęła na widok ciasnoty, przez którą przyjdzie się jej przeciskać.

Całe szczęście apetyczny zapach świeżego pieczywa, który towarzyszył Atmie w drodze do ulokowanej nieco na uboczu piekarni, dodał Starszej nieco animuszu. Chwilę później została szczęśliwą właścicielką kilku podpłomyków, połowy żytniego bochna i – po krótkiej walce z wewnętrzną gospodarnością – sporego sękacza. Świeżo upieczony pachniał obłędnie, a nad piecem obracały się kolejne, roztaczając słodką woń.

– Jeszcze tylko jaja, baryłka mleka i pożywne śniadanie dla całej rodziny jak znalazł – westchnęła i przeliczyła pozostałe remy.

Uśmiechnęła się w duchu. W gruncie rzeczy była z siebie dumna, że tak szybko przywykła do praw rządzących światem po tej stronie bramy. Światem tak różnym od bezpiecznego sanktuarium wewnątrz pierścienia ze stromych gór; od miejsca, które porzuciła; od domu, za którym jej inra tęskniła każdym astralnym fragmentem wypełniającym ciało.

Ciężar wiktuałów i bańki z białą wydzieliną zwierzęcych gruczołów, której w Artem nie spożywano, pozwolił odpędzić smętne myśli, ale musiała przystanąć: magia Matki Kreatorki nie tworzyła zwykłej iluzji, ona zmieniała fundament istnienia. Kruche ludzkie ciało Starszej domagało się odpoczynku.

Atma spojrzała w stronę dziurawiącej chmury grani Chamankadaru.

– Co tam się teraz dzieje? Czemu nie wracasz, Sylfioran?

– Wrrr!! – Woźnica ściągnął wodze, a koń stanął dęba. – To nie jest samotnia, tylko droga, kobieto! Tu się idzie, a nie podziwia widoki! – Korpulentny furman aż pokraśniał ze złości.

W sumie miał rację.

Starsza pokłoniła się przepraszająco i ruszyła w dalszą drogę. Nie było łatwo, gdyż alejka ciągnęła się nieco pod górę, ale w końcu się udało. Stanęła przed wejściem do małego prywatnego sanktuarium, postawiła pakunki, przeciągnęła plecy i stwierdziła jednoznacznie, że ludzkie ciała są bardzo bolesne. Otworzyła usta, żeby zawołać Eliota, ale zastygła w pół słowa. Dziwnie znajomy męski głos wybrzmiał poprzez rozwarte na oścież kuchenne okno. Zasępiła spojrzenie, a kilka magicznych błysków pozłociło jej tęczówki. Ostrożnie pokonała stopnie i po cichu weszła do środka. Wąski przedsionek od reszty izby oddzielała gruba kotara, którą Starsza wpierw lekko uchyliła.

Eliot siedział matce na kolanach, a Hektor stał oparty o ścianę. Wszyscy patrzyli w przeciwległy kąt pomieszczenia, który pozostawał poza zasięgiem wzroku Starszej.

– Nie słyszę nic niepokojącego, Emirze – wybrzmiał łagodny męski tembr.

Skąd ja znam ten głos?...

Odrzuciła kotarę i weszła do pomieszczenia. Nie było powodu, żeby się dłużej czaić. Emir stał przy oknie z uniesioną koszulą, a arcykapłan – wnioskując znakach wyszytych na humerale – osłuchiwał mu plecy, co rusz przykładając ucho do dziwacznego kubka.

Leciwa podłoga zapowiedziała Starszą stęknięciem zmęczonego drewna. Orędownik Matki przerwał badanie i spojrzał w stronę wejścia, a Starsza poczuła lęk mrożący ciało aż do kości.

To on…

– Rozumiem, że to jest wasza dobrodziejka. – Kapłan uśmiechnął się: niby serdecznie, ale jednak było w tym coś niepokojącego.

Otmar zsunęła Eliota z kolan.

– Tak, to jest… Przyrodnia siostra mojego męża. – Wskazała na Atmę.

Chłopiec podbiegł do Starszej i przytulił się do zawilgoconej poranną mgłą sukni. Przyglądał się kapłanowi z tym samym nieufnym spojrzeniem.

On też to czuje, pomyślała i objęła chłopca ramieniem.

– Arcykapłan, Sared Malton. – Hierarcha zbliżył się do Atmy i wystawił dłoń w powitalnym geście. – Czy my się… Aaa! Już wiem, skąd panią kojarzę; spotkaliśmy się niedawno na głównym trakcie.

– Tak, w rzeczy samej. – Zmusiła się do uśmiechu i uścisnęła nieprzyjemnie zimną dłoń mężczyzny. – A ojca co sprowadza w moje skromne progi? – Słowo „ojciec” niemal ugrzęzło jej w gardle.

– Zobaczyłem przed wejściem starego druha. – Wskazał na Hektora. – Razem wyruszyliśmy z Oruun kilka tygodni temu i koniec końców wola Matki ponownie splotła nasze ścieżki.

Wulkir drapał się nerwowo po głowie, jakby dopadły go wszy, i skupiał wzrok na podłodze.

– Tak, to bardzo dobrze, że nic ojcu nie jest… Mam nadzieję, że ojciec nie ma mi za złe…

– Że zostawiłeś mnie w świątyni pogrążonego w obłędzie? Oczywiście, że nie. – Wydźwięk tego stwierdzenia sugerował coś skrajnie innego. Wulkir chciał zaprotestować, ale Sared uprzedził jego tłumaczenia. – Proszę się nie przejmować; wiem, że robił pan to, co konieczne, Hektorze. Możesz naciągnąć koszulę, Emirze. Nie słyszę w płucach nic niepokojącego; te bóle i zadyszki to i tak drobne powikłania po tak ciężkich oparzeniach. Zaiste, niesłychane szczęście… – Sared spojrzał na Eliota, a chłopiec jeszcze bardziej skrył się w spódnicy Atmy.

Otmar również to zauważyła.

– Dziękujemy, ojcze, za sprawdzenie staruszka. – Uśmiechnęła się sympatycznie. – Tyle lat razem, że nie wyobrażam sobie życia bez mojego wiernego capa. – Przytuliła męża.

– Capa, powiadasz. – Emir zaczerwienił się i zasznurował koszulę na torsie. – Mogę być i capem, ważne, że twoim.

– Na mnie już pora – oświadczył Sared, zabrał stułę ze stolika, narzucił na kark i ruszył do wyjścia. – Aaa…! Jeszcze jedno. – Odwrócił się w stronę izby i spojrzał na prywatny ołtarzyk Atmy. – Świątynia jest zawsze otwarta; zapraszam, gdyby było wam czegoś trzeba. Na poranne nabożeństwa również. – Mrugnął do pani Ozir.

– Oczywiście, ojcze – potwierdziła Otmar, rumieniąc się lekko: w całym chaosie ostatnich tygodni zaniedbywała praktykę i tylko szeptała modlitwy do małego medalika po babce.

Wszyscy z dziwną ulgą wzrokiem odprowadzili hierarchę do wyjścia. Kapłanów w ich wystawnych szatach zawsze otaczała specyficzna aura mistycznej wzniosłości, która wywoływała w człowieku krępujące poczucie małości własnej osoby.

W salonie zapanowała dziwna gęsta cisza.

– Coś z nim…

– Co z nim…?

– … jest nie tak – dokończyły równocześnie obie kobiety.

Atma podeszła do okna, wyjrzała na zewnątrz i, upewniwszy się, że Sared oddalił się wystarczająco, zasłoniła lniane zasłony.

– O co pytał, kiedy mnie z wami nie było? – rzuciła jak nożem i omiotła wszystkich wzrokiem.

Otmar poskładała myśli i przeczesała wspomnienia z rozmowy.

– W sumie to o nic szczególnego: jak się miewamy, czy to nasz zaginiony syn, skąd pan Hektor nas zna, jak długo zostaniemy… Chyba nawet się cieszył, że znaleźliśmy Eliota. Podczas pielgrzymki często z nami rozmawiał… Jakby tak o tym pomyśleć, to o wiele częściej niż z kimkolwiek innym.

Atma przeniosła wzrok na Wulkira.

– Jak pan na to odpowiedział, sir Hektorze?

– Skłamałem… Powiedziałem, że przyszedłem po maści na bliznę. – Odchylił koszulę i pokazał szeroką brzydką szramę pod obojczykiem. – Nie lubię łgać, ale faktycznie to nie ten sam prosty człowiek, którego miałem okazję poznać podczas drogi do Watenfel. Jakby się zmienił… Myśli ma mniej chaotyczne, słowa wyrafinowane i ruchy bardziej wyważone, zaplanowane. Normalnie przypisałbym mu trening wojskowy, i to dobry trening.

– Niedobrze. A ty, Otmar? Co mówiłaś?

Pani Ozir spojrzała na męża.

– Prawdę, że nie wiem, co dalej, ile zostaniemy i czy w ogóle zostaniemy. – Wzruszyła ramionami.

– Ten pan nie jest sam – wtrącił nieśmiało Eliot.

– Co, kochanie?

Otmar pochyliła się nad synem, ale chłopiec tylko spojrzał na Hektora nieufnym wzrokiem; nadal miał mocno utrwalone w głowie, że mówienie dziwnych rzeczy przy obcych, może się źle skończyć.

– Aaa… Mój bystry synek. Spokojnie, możesz mówić.

– Nooo… Ten pan kapłan jest taki jak ta czarna pani; ta, która nas odwiedziła przed pożarem. Nie jest sam w sobie. Jakby miał własną Arię, tylko bardziej straszną, i w głowie.

Duszek pojawił się w formie małego obłoczku, zawisł przed Eliotem i zamigotał nerwowo.

– Nie, Aria, ty nie jesteś straszny.

– Wytłumaczę później, sir Hektorze – oświadczyła Atma, widząc konsternację na twarzy kapitana. – Nie możemy tu zostać. To nie jest przypadek, że wszyscy się tu spotykamy.

– Sugerujesz, że ktoś nadał ten list, żebyśmy tu przyjechali? Ale po co? Skoro wiedzieli, gdzie jest Eliot, to po co my w tym wszystkim?

– Nie wiem, Otmar, i chyba nie chcę czekać, aż się dowiemy. Panie Kapitanie. Może nas pan eskortować do Ratusza?

– Tak, kiedy chce pani wyruszyć?

– Natychmiast; musimy iść za dnia i trzymać się zatłoczonych miejsc.

– Atmo…

– Nie martw się, Otmar, Ratusz jest dobrze strzeżony, na dodatek jest tam mistrzyni Weil i jej potężna mistyczka. Poza tym, gdyby ci kapłani lub ich przełożeni nie dbali o dyskrecję, już by działali.

– Dobrze – westchnęła pani Ozir i przytaknęła pewnym skinieniem głowy, bardziej dla podbudowania własnej pewności co do słuszność tej decyzji. – Pomogę spakować Eliota.

Emir westchnął głośno i z wyczuwalną dezaprobatą, ale nie odezwał się ani słowem. Otmar doceniała to całym sercem. Pamiętała, że mąż był bardzo przywiązany do małego skrawka ziemi w sercu Walonu; skrawka, który oboje posiadali i który oboje kochali. Od momentu, kiedy to wszystko strawił ogień i los zmusił ich do porzucenia gospodarstwa, mężczyzna jakby przygasł i snuł się przez życie niczym otępiały starzec. Otmar miała wyrzuty sumienia. Czuła, że ich relacja rozpada się z dnia na dzień, ale Eliot… Jego bezpieczeństwo było obecnie ważniejsze.

Spojrzała na chłopca z miłością, a on obdarzył ją niewinnym, dziecięcym uśmiechem. Jej uśmiechem, bo twarz bez wątpienia miał po matce.

– Nie mamy za dużo rzeczy: to lokum miało być tymczasowe. – Atma wyrwała Otmar z zadumy. – Zaraz przygotuję to, co niezbędne. A wy gdzie rezydujecie?

– Przy świątynnym schronisku.

– Więc na razie nie możecie tam wrócić. Zorganizujemy coś na miejscu.

– Ja rozejrzę się na zewnątrz – oświadczył Hektor.

Z Mirandą u boku czułby się pewniej, ale spacerowanie ulicami miasta z półtonowym pasiastym niedźwiedziem, nie wchodziło w grę.

Kilka lekkich, badawczych uderzeń w drzwi sprawiło, że…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%