fantastyka · 21 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 58
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
– Nie wiem, czy to dobry pomysł… – westchnął Hektor; niby sam do siebie, ale nieufne spojrzenie rzucone w stronę białej bruki było bardzo wymowne.
Anax skoncentrowana na nasłuchiwaniu czegoś innego puściła zaczepkę mimo uszu. Wysycone astrą szepty Starszej rozchodziły się po izbie, kojąc zmysły w hipnotyczny sposób. Z każdym kolejnym wygojonym sznytem, z każdym wchłoniętym siniakiem lisica oddychała z ulgą. Sama nie wiedziała, dlaczego tak pragnie, żeby ten nieznajomy mężczyzna przeżył. Myśli kotłowały się w głowie, niosąc zamazane, poszarpane obrazy.
Czy ja go znałam? Czy to ktoś bliski z czasów, kiedy byłam tą Lejlą, o której mówią ci wszyscy nieznajomi?
Czemu ja nic nie pamiętam?!
Skryła twarz w dłoniach, uciekając w pustkę własnego wnętrza.
Wraz z ostatnią wymazaną raną Atma wygasiła astralny blask i przerwała gęstą ciszę.
– Mogę pana zapewnić, Hektorze, że jeśli ktoś tu coś wskóra, to właśnie to dziecko – odpowiedziała, prostując plecy.
Wszystkie pomniejsze, a liczne rany cesarza zostały zapominane przez rzeczywistość. Tyle mogła zrobić; tyle światła stworzenia mogła mu ofiarować.
Starsza omiotła izbę wzrokiem.
– Gdzie ten mnich?
– Poszedł rozejrzeć się za jakąś trzodą. – Niski głos Wulkira niósł wyczuwalną niepewność. – Brat Imael powiedział, że jeśli chłopak nie podoła, to on zrobi, co konieczne, ale potrzebuje do tego źródła.
Atma zmarszczyła czoło w konsternacji.
– Ja tylko powtarzam, sam tego nie rozumiem.
– Z jakiego on jest bractwa?
Część 22 / 6
– Empatów – rzucił Hektor, nie odrywając zatroskanego spojrzenia od bladego jak ściana władcy.
Tak głębokie więzi nie brały się ze zwykłego patriotyzmu. Hektor traktował Wilfreda jak syna i kochał tą samą ojcowską miłością, co swoją przerośniętą pasiastą córkę.
– Nie znam tego zakonu, ale z przyjemnością sprawdzę, co za magią zaczynacie się parać. Wy, ludzie, chyba najbardziej spośród wszystkich młodszych lubujecie się w niezbadanych sztukach astralnych.
– Taki nasz urok – przytaknął Hektor.
Atma uśmiechnęła się i przeniosła wzrok na Anax. Lisica nadal skrywała twarz w bezpiecznym mroku wnętrza własnych dłoni. Ta przyjemna ciemność separowała jej umysł od chaotycznego otoczenia: obcego i bliskiego zarazem. Starsza zrobiła krok w jej stronę, taksując lisicę badawczo. Nie dowierzała, że etirion ładu, istota znana ze swojej bezwzględności, przybrała tak delikatną formę.
Przed czym on ją chroni?...
Rytmiczne uderzenia kopyt zmieszane z parskaniem koni wybiło Atmę z pułapki własnych rozważań. Hektor złapał za broń. Anax poderwała się nerwowo i wystawiła pazury. Przez jej oczy przemykały błyski błękitu, a powietrze zgęstniało od astralnego zimna. Deski na ganku karczmy zaskrzypiały, jakby ktoś się skradał, ale nieudolnie.
Skrzydło drzwi pchnięto delikatnie.
– Nie spinać się! To my – oświadczyła Safonka i wkroczyła do środka, a za nią podążył girzelski piechur eskortujący jakąś zakapturzoną dziewczynę. – Zanim zalejecie mnie salwą pytań… – Podeszła do okna i zaciągnęła zasłony z brudnego lnu. – Sebil, zdejmij iluzję.
Mistyczka wybudziła zmianę z letargu. Ciało dziecka poszarzało i zrzuciło kokon z matowego metalicznego pyłu, który następnie wpełzł na plecy gwardzisty i zespolił się w długą pelerynę.
– To było super! – krzyknął Eliot i rzucił się w kierunku Atmy.
– Cześć. – Pogłaskała chłopca.
Ozir przylgnął do pachnącej ziołami mieszczańskiej sukni jak młode pisklę do ptasiej matki. Starsza przeniosła wzrok na Sebil.
– Po co te przebieranki?
Część 33 / 6
– Nigdy nie wiadomo, kto obserwuje chłopaka w ratuszu. Te dziwadła pod postacią mnichów mogą tylko czekać na okazję.
Hektor wyjrzał na zewnątrz zza poły połatanej story.
– Przed karczmą stoi przynajmniej tuzin uzbrojonych girzelskich strażników? – obrzucił Selektę pytającym spojrzeniem.
– Burmistrz nieco spanikował na wieść o naszym poturbowanym władcy – palnęła obojętnie Safonka. – Uparł się, żeby wysłać tu oddział medyków i całą straż miejską. Trochę nam zajęło, żeby mu to wyperswadować, ale zawziął się, żeby dać nam chociaż minimum obstawy i najlepszego cyrulika. Nie dziwię mu się: nie wiemy, co się dzieje, nie wiemy, czy ta walońska szuja nic nie knuje i czy w ogóle w mieście nadal jest bezpiecznie dla kogokolwiek. Nic, kurwa, nie wiemy!
– Uważaj na język! – upominała ją Sebil. – Tu jest dziecko.
– Ja w jego wieku rzucałam kurwami bez ograniczeń i jakoś mi gęba nie zwiędła!!
– Bo maczałaś ją w piwsku.
Eliot wcale nie słuchał. Bacznie przyglądał się Anax, której zdawało się to kompletnie nie przeszkadzać. Poczuła nawet zaciekawienie chłopcem. Ozir podszedł bliżej, a lisica przykucnęła przed nim. Nie padły żadne słowa. Małe rączki dotknęły i pogłaskały miękkie futro na policzkach bruki.
– Cześć, Angarax.
– Ty go znasz?
– Nie ja, Aria.
Uśmiechnął się, odstąpił od lisicy i uchylił kieszeń od kubraka. Etirion Matki roztoczył ciepły blask nadziei i zawisł przed Anax w postaci rozjarzonego obłoczku. Mogłaby przysiąc, że już kiedyś go widziała i że dziwny twór ze świecącego gazu wwierca w nią parę nieistniejących ślepek.
– Proszę się nie martwić, panienko Lejlo, Angarax nie jest zły, chce dobrze. Chroni panienkę jak Aria mnie. – Chłopiec uśmiechnął się serdecznie.
Lisica miała wrażenie, że włosy Eliota spowiła poświata tegoż samego światła, która biła od duszka.
Część 44 / 6
Silne dłonie spoczęły na ramionach młodego Ozira.
– Oni znają się dłużej niż jakiekolwiek istoty na tym świecie – oświadczyła Atma.
Lisica podniosła wzrok na Starszą.
– Ty wiesz, czym ja jestem?
– Wiem, kim jesteś ty, wiem, kim jest twój strażnik; nie wiem jedynie, co się stało. Ale jeden problem na raz. – Atma obróciła chłopca w swoją stronę, pochylając się nad nim.
– Pamiętasz, jak wyleczyłeś tatę i moje skrzydła?
Pokiwał głową twierdząco.
– Teraz zrobisz tak samo, tylko będzie o wiele trudniej.
Z zewnątrz zaczęły dochodzić dźwięki szamotaniny.
Hektor wyjrzał ponownie przez brudną szybę niewielkiego okna.
– Nasz braciszek wrócił i został spacyfikowany przez strażników.
– Ja pójdę – rzuciła Selekta.
Poczuła ulgę. Przebywanie w jednym pomieszczeniu z Anax powodowało dyskomfort: z jednej strony wiedziała, że to Lejla, że jej mała żyje; z drugiej jednak… ta obcość i zimna obojętność wobec jej osoby zaciskała na sercu cierniowy wianek.
Część 55 / 6
Wyszła. Powiew chłodnego powietrza przyniósł trochę trzeźwych myśli. Okazało się, że Imael poganiał w stronę karczmy ogromną lochę, za co został surowo obsobaczony przez właściciela szynku – i lochy. Tłumaczenie, iż to dla wyższego dobra, nie docierało do umysłu prostego gospodarza, który poskarżył się girzelskim strażnikom stojącym przed jego przybytkiem. Koniec końców Selekta wybroniła braciszka i zapłaciła za świnię, bo empata nie był skory, żeby uszczuplić własną sakiewkę.
Po załatwieniu formalności Imael zaczął ciągnąć maciorę w stronę bocznego wejścia do izby z Cesarzem, ale Atma ostudziła jego zapędy, tłumacząc, że da znać, kiedy Eliot skończy naprawiać ciało Wilfreda. Przysłany przez burmistrza medyk wepchał się ordynarnie do środka.
– Matko, dopomóż, żeby Eliotowi starczyło sił i ten cały cyrk nie będzie konieczny – pomyślała głośno Atma, wykreśliła runę słońca i wróciła do izby, zatrzaskując za sobą drzwi.
Nieliczni pozostali goście szynku zostali – delikatnie rzecz ujmując – wyproszeni, więc nikt nie powinien zakłócić rytuału.
– Pamiętasz, czego cię uczyłam? – Chłopiec przytaknął żwawo. – Dobrze, wyczuj niedoskonałość, miejsce, gdzie unitra wypływa z ciała. Tam skieruj swoje wewnętrzne ciepło. Aria ci pomoże.
Wiszący nad głową chłopca duszek zamrugał twierdząco.
– Dobrze, ciociu.
– Nie wiem, czy zabieg takiej wagi powinien odbyć się w takich warunkach – skrytykował korpulentny cyrulik. Najlepszy w mieście. Gilbert gotów był powierzyć mu własne życie. – Co wy, ludzie, w ogóle chcecie zrobić?
Starsza spojrzała na mężczyznę z politowaniem i odchyliła pled z ciała nieprzytomnego władcy Sungardu. Błękitna magia wypełniająca głęboką wyrwę w podbrzuszu Cesarza biła drażniącym chłodem.
Medyk nachylił się nad tym dziwnym astralnym tworem, przełknął ślinę i trwożnie spojrzał w oczy Atmie. Bez słowa ustąpił pola chłopcu; wiedział, że tylko cud mógł uratować Wilfreda: kolejny, bo jeden trzymał go przy życiu.
– Nie bój się, to tylko Magia. – Atma poklepała cyrulika po plecach. – Błękit ładu jest chłodny w odczuciu; ta astra wygasza wszystko bez wyjątku: ciepło też.
– Czy… – Anax zawahała się. – Czy ja mam to rozproszyć?
Sama nie wiedziała, czy by umiała. To Angarax władał astrą, a ona nie panowała nad Angaraxem.
Część 66 / 6
– Nie, trzeba to zrobić powoli, bo Cesarz gotów się wykrwawić, nim Eliot go połata. No, dziecko, do dzieła. Dasz radę. – Atma uśmiechnęła się do chłopca i umiejscowiła jego dłoń nad zimnym klinem z tętniącej mocy.
Czupryna młodego Ozira pojaśniała. Tęczówki pokryły się złotem.
– Mem-sabat, en-sanraj – wyszeptał w astras. Dwa rozkazy rzucone światłu: „rozbij się” i „twórz naczynie”.
Brzegi rozległej rany zaczęły lśnić jak słoneczna tarcza, która o poranku wygląda nieśmiało zza horyzontu.
Aria-Selfra zawisł nad łatą z błękitu. Pomieszczenie wypełniło kojące ciepło. Astra Pierwszej Matki płynęła strumieniem, wsączając energię do zasklepiającej się rany. Selekta uśmiechnęła się do Anax, nienaturalne myśli napełniły jej serce sztuczną nadzieją. Hektor obrzucił podobnym spojrzeniem Trybadę, nawet Sebil zaczęła marzyć i łaknąć przyszłości.
Wszyscy poddali się chwili beztroski – tylko nie Anax.
Skorupa, więzienie z Angaraxa, ono blokowało umysł i ciało. Nie marzyła, nie miała o czym – a jednak, gdy spojrzała na leżącego Cesarza, zapragnęła… Chciała, żeby żył. Łzy zwilżyły delikatne futro poniżej powiek.
– Dobrze ci idzie, ale musisz mocniej; musisz wygenerować więcej astry. Ja pomogę, daj się prowadzić. – Starsza ułożyła ręce na małych dłoniach Ozira. – En-saraj… – powtórzyła.
Niebieska wyrwa zaczęła znikać jeszcze szybciej, ustępując miejsca świeżej, zdrowej tkance.
– En-saraj.
Chłód ulatniał się wraz z parującym ładem. Okna skuły bruzdy ze szronu, a oddechy ścinały się w parę.
– Jeszcze trochę… En-saraj.
Ład…