Fantasy · 18 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 59
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Cesarz wstał z posłania – choć bardziej trafnym określeniem byłoby: wymęczył pozycję pionową. Podszedł do lustra. Niby nic mu nie dolegało, nie miał fizycznych obrażeń, przynajmniej żadnych zewnętrznych, ale ciało poturbowane przez… Właśnie: przez co? Czym było to monstrum? Magiczny twór z otchłani, przywołaniec jakiegoś wynajętego czarownika czy pionek w rękach Walończyków?… Nie deliberował dalej, miał nadzieję, że dowie się wkrótce. Zrobił kilka ostrożnych kroków w stronę drzwi.
Ostry ból wybuchł w podbrzuszu, zupełnie jakby rozszarpany wcześniej korpus zapominał, że nie ma już rany. Wilfred skulił się w spastycznym odruchu i złapał na świeżą skórę. Atak ustąpił, widać mózg musiał się upewnić, że wyrwa w wątpiach już nie istnieje.
Przewlekły metaliczny jęk ciężkich odrzwi wyrwał Wilfreda z zamyślenia.
– Panie. – Goniec pokłonił się uniżenie. – Wszyscy czekają w gabinecie burmistrza.
– Walończyk też?
– Również i on, panie.
– Zaraz dołączę, zawołaj serwi. – Odprawił młodzika z rozkazem i otworzył skrzydła garderoby. Kilka uprzednio przyszykowanych strojów wisiało na wieszakach i pachniało świeżością. Oczywiście motyw Girzelskiej złotej bramy wyszytej na każdym dublecie nie pozwalał zapomnieć, gdzie jest. Zacisnął pięść na myśl o tym, gdzie być powinien.
Po chwili kilka panien w schludnych skromnych surkotach i włosach związanych w praktyczne koki wkroczyło do izby, otoczyło Cesarza i czekało w milczeniu na polecenia. Żadna nie odważyła się spojrzeć Wilfredowi w twarz. „Macie być niewidzialne, obojętne dla oka jak praktyczne meble”, tak im mówiono, kiedy szkoliły się na pałacowe serwi.
Nie lubił tego, nienawidził być zależnym od kogokolwiek, ale teraz… Teraz stwierdził, że lepiej się nie nadwyrężać dla dobra wyższego celu.
Część 22 / 6
Rozłożył ramiona na znak gotowości, a służki, niczym robotnice wokół królowej mrówek, rozpoczęły zaszczytny proces ubierania monarchy. Po wszystkim Wilfred stwierdził, że to nawet przyjemne, a dziewczyny zabawnie rumieniły się, kiedy ukradkiem spoglądały na jego muskularne ciało.
Na koniec jedna z serwi podała mu laskę i, upewniwszy się, że to już wszystko, podeszła do drzwi i popchnęła skrzydło, rozwierając wrota przed Cesarzem. Podziękował skinieniem głowy i ruszył w bolesną wędrówkę do gabinetu. Odmówił lektyki: miał swoją dumę i teraz bardziej niż zwykle czuł potrzebę jej eksponowania.
Pozdrawiany ukłonami strażników dotarł na miejsce. Gubernator wedle zwyczaju ustąpił mu miejsca za biurkiem. Selekta, Sebil, Hektor i Blezer śledzili go wzrokiem – ale nie tylko oni. Para młodych oczu zeszkliła się i zalała policzki łzami na widok Cesarza kuśtykającego po korytarzu.
– Wejdź, Holi. – Krzyknął w stronę uchylonego skrzydła. Księżniczka weszła ostrożnie i choć chciała rzucić mu się w ramiona, to nie wiedziała, czy może. Zasłyszała od gwardzisty, że Wilfred został zaatakowany, kiedy gnał do Girzel po siostry, które uciekły ze stolicy. Czuła się winna.
– Cieszę się, że… – Głos jej zadrżał, a podbródek zaczął dygotać.
– Nie wygłupiaj się i nie zmuszaj mnie, żebym…
Nie zdążył dokończyć, gdy wątłe ramiona oplotły go w pasie.
– Przepraszam.
– Nie masz za co; to ja przepraszam, że zostałyście same. – Otarł łzy z bladego policzka Ichti. – Zmykaj, bo musimy tu pogadać o nudnej polityce. Później po ciebie poślę.
Część 33 / 6
Ichti przytaknęła, dygnęła lekko i opuściła salę.
– Może wasza łaskawość powiedzieć, dlaczego jest tu ten niedoszły morderca Lejli? – Selekta dokończyła z pogardą, wskazując na Blejzera.
– Bo mnie uratował, więc jestem mu winien przynajmniej wysłuchanie. Mów, co się stało. – Dał znak Walończykowi, który wyszedł z kąta i stanął naprzeciw zabytkowego biurka. – Moje wspomnienia ze starcia nadtrawiła gorączka.
– Dziękuję, panie… – Blejzer nie czuł się dobrze, nazywając okupanta swojego kraju panem, ale Walon miał teraz większego wroga. – W dzień naszego spotkania obaj byliśmy ścigani. Wasza Cesarska mość przez ludzi, a ja… Mnie gonił demon: przywołaniec na rozkazach istoty, której ani nie znam, ani nie pojmuję, bestia opętana…
– Pomiń kwieciste opisy i do sedna – upominał go Wilfred.
– Oczywiście.
***
Pędziłem za dnia jak oszalały. Kreatura, którą za mną posłano, nie przepadała za światłem, a na moje szczęście dni były bezchmurne, przez co zyskałem nieco przewagi. Niestety słońce chyliło się ku zachodowi, a wraz z nadejściem nocy bestie odzyskiwały rezon i przyspieszały. Starałem się omijać wsie, żeby nie pożywiały się na mieszkańcach; łudziłem się, że dzięki temu nikogo nie skrzywdzą. Po tym, co widziałem w Watenfel, wolałem tak myśleć.
Zacisnąłem ręce na lejcach i pogoniłem wierzchowca. Horyzont czerwienił się późnym zachodem. Miałem nadzieję, że Girzel da mi schronienie.
Część 44 / 6
Na przełęczy Iwry prawie mnie dopadły, ale się wymknąłem. Przez całą drogę czułem cień, który pożerał, pochłaniał wszystko, co za mną.
Nie mogę dać się pokonać! Muszę poinformować Sungard o tej rzezi. Cesarz może i jest uzurpatorem, ale nie jest potworem. „On jest lepszy, on jest mniejszym złem”, tak sobie mówiłem, tak się pocieszałem.
Koń galopował od ponad godziny. Pędził jak wściekły.
Opamiętaj się, Blejzer!, zganiłem się za bezmyślność.
Wierzchowiec, choć w pełni sił, rzęził jak dychawiczna szkapa. Przeszedłem w kłus, a potem stęp. Nieopodal szumiał strumień.
Szlag! Muszę się zatrzymać, bo stracę konia. Krótka przerwa i znowu w drogę.
Świst strzały: minęła mnie o włos.
Zeskoczyłem z ogiera, wskoczyłem w krzaki i wyjrzałem na wąski leśny trakt. Dźwięki rozmowy dochodziły z otoczonego leszczyną przerzedzenia, mniej więcej z miejsca, z którego nadleciał pocisk. Przeczołgałem się ostrożnie i odgarnąłem nieco szczelnie splątanych wici.
Kilku młociarzy prężyło się przed kimś. Poszerzyłem lukę w listowiu. Mierzyli do – nie wierzyłem własnym zmysłom – mierzyli do Cesarza. Tego byłem pewien, takiej twarzy się nie zapomina.
Część 55 / 6
Czyżby zamach stanu? Kurwa nie teraz, teraz on jest potrzebny.
Przygotowałem mechanizm ukrytej w karwaszu kuszy.
Jednego zdejmę, ale tych było trzech, i chuj wie ilu jeszcze poza polem widzenia.
Zakradłem się i wymierzyłem w Jokiwarczyka najbliżej monarchy: on nie mierzył do Cesarza z kuszy, co wykluczało przypadkowy wystrzał. Młociarz warknął coś i sięgnął po linę, odsłaniając spore miejsce pod pachą. Bełt syknął jak przyczajony wąż.
Trafiony, zatopiony. Zatrute ostrze nie wybacza.
Dwaj młociarze wyposażeni w kusze odruchowo przenieśli uwagę na krzaki. Cesarz rzucił się na jednego, a ja wyskoczyłem na drugiego – ale wtedy… Wtedy szelest łamanych konarów zapowiedział najgorsze.
Ten stwór; dogonił mnie!
Szponiasta łapa wystrzeliła z czyżni i rozorała zatrutego młociarza, który jeszcze chwiał się na nogach trawiony przez truciznę. Przestałem walczyć; Jokiwarczycy i Cesarz też. Wszyscy mieliśmy większy problem. Garbata i szeroka w barach sylwetka z długimi ramionami i mięsistymi kończynami wyszła na przerzedzenie w drzewach. Oglądała ociekającą szkarłatem łapę; patrzyła, choć nie miała oczu, tylko szarą skórę naciągniętą na czaszkę.
Część 66 / 6
Pierwszy raz widziałem to monstrum z bliska. Nawet krocząc na czworaka, było wyższe od rosłego chłopa o głowę, albo i więcej.
Jeden z młociarzy wystrzelił z kuszy. Trafił potwora w bok, ale pocisk wbił się w ciało czubkiem grotu. Ostry jak brzytwa bełt wystrzelony z bliska jedynie drasnął to coś. Do licha, z takiego dystansu idzie przebić kolczugę!
Młociarz postąpił zbyt pochopnie. Niewybaczalny błąd, którego nie popełnia się dwa razy. Bestia doskoczyła do niego z nienaturalną chyżością i powaliła Jokiwarczyka impetem rozpędzonej masy. Cesarz odskoczył i upadł na ściółkę. Podszedłem, żeby pomóc mu wstać.
Nie chciał iść. Wyrywał się, żeby pomóc rycerzowi, ale dla mężczyzny nie było ratunku. Łapa spoczęła na pancerzu. Zielona poświata wyssała życie z ofiary, pozostawiając gęstą, błotnistą kałużę. Maź wypływała z pustych ubrań i połączeń w zbroi. Obaj patrzyliśmy. Wbrew rozsądkowi patrzyliśmy otępiali i oszołomieni. Ostatni młociarz rzucił się między drzewa. Bestia odwróciła się w naszą stronę. Oprzytomniałem i zmusiłem Cesarza do ucieczki. Zrobiliśmy zaledwie kilka jardów, gdy obleczona skórą koścista lanca przebiła bok władcy. Pocisk gruby jak pięść mężczyzny przeszył go na wylot. Upadł. Był już martwy, tylko odliczał oddechy do końca.
Potwór nawet się nie śpieszył, podchodząc do nas badawczym krokiem: bawił się jak sadysta z uwięzioną ofiarą.
Spojrzałem na Cesarza. Rzęził, tocząc pianę z ust.
Przecież, nie mogę go tu zostawić. Kupa błota nie jest żadnym dowodem, a ciało i gigantyczny cielisty pocisk już tak.
Tak, o tym właśnie…