Fantasy · 27 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz.6
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
– Mileno Solaniko Karevis! – rozbrzmiał niski bas.
Matka Karevis wstała z pryczy, poprawiła po sobie narzutę i podeszła bliżej więziennych krat, gdzie stanęła w świetle rozpalonej pochodni. Zza bariery z żelaznych prętów spoglądał na nią ten sam sierżant cesarskich, który odeskortował ją z zakonu wprost do ratusza. Tuż za nim prężył się zaprzyjaźniony strażnik, z miną jakby miał się rzucić Oruuńczykowi z nożem do gardła.
– Mistrzyni Zak… – kontynuował wzniośle sierżant Istenwal.
– Skończmy z tymi tytułami i chodźmy już – przerwała mu Milena
– Ekhm… Tak. Oczywiście. Otwórz kraty! – rozkazał gwardziście.
Opuściwszy celę, Milena przystanęła przy telmiańskim strażniku.
– Dziękuję ci młodzieńcze za umilenie mi pobytu w gościnie u Gubernatora. – Uśmiechnęła się wdzięcznie.
– Nie trzeba dziękować, Matko – odrzekł i pokłonił się z szacunkiem, po czym sięgnął do kieszeni pikowanych spodni. – Proszę. Córeczka zrobiła. – Wręczył starszej kobiecie małą, słomianą laleczkę z habitem uszytym ze strzępka materiału i uśmiechniętą buźką z czerwonej nici. – To na szczęście.
– Piękna… Chodź, niech no cię pobłogosławię. – Dostąpiła do chłopaka i chwyciła za ramiona.
Nieco niższy od Matki gwardzista zdjął hełm i pochylił głowę, nadstawiając czoła. Sierżant przewrócił oczami.
– Nie dotykamy strażników! – warknął, ale Matka zignorowała jego ostrzeżenie.
– Niech Imaltis i jej syn Arkturos wskażą ci drogę wiodącą ku nadziei i zmianie na lepsze – wyrecytowała, pocałowała Telmiańczyka w czoło i dokończyła szeptem: – Jak rozpęta się tu piekło, to uciekajcie do katedry. Powołaj się na mnie…
Młody strażnik rozchylił usta, ale Milena dała sygnał, żeby milczał.
– Koniec już tego! Cesarz czeka – burknął zniecierpliwiony Istenwal i kiwnął głową do jednego z mieczników stojących przy schodach, by ponaglił Milenę. Zupełnie jakby sam wstydził się to zrobić.
Nim zbrojny zdążył się zbliżyć, kobieta sama ruszyła w stronę wyjścia, rzucając w Oruńczyków spojrzeniami, jak oszczepami.
– Miejmy to już za sobą – skomentowała i pod eskortą opuściła lochy w drodze na proces.
Część 22 / 6
Pomimo iż to ona miała być doprowadzona przed oblicze sądu, starsza, aczkolwiek chyża Milena przejęła inicjatywę i szła na przedzie, a trzech rosłych wojowników, sprawiało raczej wrażenie przydzielonej ochrony aniżeli eskorty dla przestępcy.
Karevis nigdy nie lubiła tego miejsca. W ratuszu nawet poboczne korytarze poobwieszano wizerunkami burmistrza, które teraz patrzyły na nią setką świńskich ślepek – a nawet jedna para podnosiła jej ciśnienie.
Kilka metrów przed wejściem do tymczasowej sali tronowej sierżant Istenwal przyspieszył kroku, wyprzedził Matkę i zastąpił jej drogę.
– Ekhe… Ja panią wprowadzę, Matko Przełożona Zakonu Miłosierdzia, Mileno Karevis – wychrypiał dosadnie, z trudem maskując zakłopotanie.
– Młody człowieku… Tytuły zostawmy dla arystokracji; mnie, ładnych dziesiąt wiosen temu, zakon wyciągnął z rynsztoku i uczynił osobą, nie monarchą… Za co jestem mu dozgonnie wdzięczna. Prowadź, młodzieńcze.
Kapitan wolał już nic nie mówić w obawie przed kolejnym wykładem, więc tylko pchnął drzwi i wpuścił Milenę przed oblicze Cesarza i uczestników procesu.
Wilfred – tak jak poprzedniego dnia – siedział na tronie z posępną miną jak maską na stałe przytwierdzoną do twarzy, lecz tym razem wokół zgromadziło się wielu członków telmiańskiej elity, w tym sędzia najwyższy obsadzony na stanowisku przez samego burmistrza.
Matka rzuciła mu przelotne spojrzenie i pokręciła głową. Zważywszy na napięte relacje pomiędzy zakonem a ratuszem nie było mowy o bezstronności w tym procesie – tego była pewna.
Oprócz świadków wybranych spośród mieszczan i rozsadzonych na trybunach po obu stronach sali, na uboczu, tuż za plecami gubernatora, stała postać, która na dłużej przykuła uwagę Mileny. Do tej pory nie widziała tego człowieka w gronie popleczników Balatana. Oblicze mężczyzny częściowo skrywał kaptur, ale insygnia wyhaftowane na wełnianym płaszczu i ubiór skrywający każdy – prócz twarzy – skrawek ciała świadczyły o przynależności do bractwa Imersów.
Milena poczuła ulgę. Empaci, jak ich tu zwano, mieli szczególne zdolności: potrafili wyczuć emocje i zajrzeć w głąb inry żywego stworzenia aż do rdzenia jego jestestwa. Człowiek pod wpływem takiej mocy stawał się mentalnie nagi – nie było przed tym ucieczki, nie było sposobu na obronę. Dlatego Braci Imersów często wynajmowano na rozprawy wysokiej wagi, gdzie jednoznacznie stwierdzali, czy oskarżony mówi prawdę. Mieli przy tym nienaganną reputację nieprzekupnych – i bardzo drogich.
Matka nie zamierzała kłamać – nie miała ku temu powodu, dlatego tym pewniej stanęła naprzeciw Gubernatora i Wilfreda, poprawiła habit i omiotła wzrokiem oskarżycieli. Atmosfera była ciężka, a radosne mlaskanie gubernatora dźwięczało jej w uszach.
– Mileno Solaniko Karevis – rozbrzmiał zgrzytliwy tembr sędziego. – Stajesz dziś przed obliczem Cesarza Uświęconego Imperium Sungardu Wilfreda Czwartego. Czy przyrzekasz świadczyć prawdę i tylko prawdę!?
– Przyrzekam! – potwierdziła stanowczo i wykrzesała z siebie wątły uśmiech.
Musiała zmusić wargi do tego dyplomatycznego gestu, gdyż widok podstarzałego sędziego wywoływał u niej odruch wymiotny. To właśnie ten ohydny człowiek o twarzy przypominającej jaszczurkę słynął z brutalnych gwałtów na nieletnich dziewczynkach, których rodzice – zastraszeni konsekwencjami lub przekupieni – trzymali wszystko w sekrecie.
On powinien stanąć przed sądem, nie ja, pomyślała Milena i rzuciła pogardliwe spojrzenie, którego starzec uniknął, zaglądając w księgę wyłożoną na kolanach.
Część 33 / 6
– W takim razie zacznijmy. Wprowadzić świadków! – krzyknął czerstwym głosem, a cesarscy strażnicy wpuścili bocznymi drzwiami kilku młodych telmiańskich konnych – świadczyły o tym podkowy wyhaftowane na zbrojach.
Matka rozpoznała w nich wojskowych delegowanych przez Garnefora do wyprawy nad rzekę Baskir. Nie miała złudzeń, iż będą świadczyć na jej niekorzyść; tak jak prowadzący rozprawę siedzieli na garnuszku u gubernatora, a Balatan doskonale wiedział, po kogo posłać, żeby dowolnie wpływać na zeznania. Ci trzej byli świeżo po żeniaczce, z dziećmi na utrzymaniu lub w drodze i żołdem, jako jedynym źródłem utrzymania rodziny.
– Przedstawcie się! Imię i ranga! – wyrzęził sędzia.
– Intar, starszy szeregowy z pierwszej chorągwi – odpowiedział najwyższy z trójki, a tuż po nim przedstawiło się dwóch pozostałych: szeregowi Kacper i Josef z tego samego oddziału.
Garnefor postanowił przejąć inicjatywę.
– Opowiedzcie, co się wydarzyło w dzień, kiedy doszło do walki z Białymi Krukami w forcie nad rzeką Baskir.
Burmistrz nie mógł się doczekać momentu, kiedy okryje Matkę wstydem, tak jak ona miała w zwyczaju czynić podczas większości jego wystąpień publicznych. Stary Jaszczur nie oponował, tylko mlaskał wyjątkowo głośno, a Wilfred siedział w milczeniu, mocno zaciskając dłonie na podłokietnikach – świadczyły o tym zbielałe knykcie i chrupot naciąganych paliczków. Choć minę miał kamienną i neutralną, to z oczu wyzierał mu gniew.
– Otrzymaliśmy rozkaz eskortować lady Weil i Matkę Karevis do przeprawy nad rzeką Baskir – przemówił Intar: najstarszy stopniem. – O brzasku ruszaliśmy w drogę, żeby dotrzeć na miejsce jeszcze za dnia.
– Czy wiedzieliście, w jakim celu udaje się tam Milena Karevis?
– Nie, Gubernatorze, wydałeś rozkaz eskorty – oświadczył bez wahania jak wytresowany piesek na rzuconą komendę. – My wykonujemy tylko rozkazy – dodał wyuczoną frazę nerwowo.
Cała trójka uciekała wzrokiem przed obserwującą ich Matką. Milena nie żywiła urazy; wiedziała, że dostali ultimatum.
– Więc czemu pogalopowaliście na fort wypełniony sprzymierzonym wojskiem? – wtrącił się Wilfred.
– Panie, na czas eskorty dowodziła Matka Karevis. My… my wykonujemy rozkazy – powtarzał jak magiczną mantrę.
– Panie, czy mogę? – poprosił Garnefor.
Wilfred skinął głową.
Część 44 / 6
– Czy atak na Walończyków został w jakiś sposób… sprowokowany?
– Nie, burmistrzu.
– Imaelu. – Garnefor wskazał na brata Empatę, który wzdrygnął się na dźwięk własnego imienia. – Użyj, proszę, swoich zdolności i potwierdź nam, czy ten człowiek mówi prawdę.
Zakapturzony mężczyzna podszedł do konnego, zdjął grubą rękawicę i złapał wojskowego za odsłonięty nadgarstek. Magiczna fala powędrowała po wzbudzonym astralnym polu, wywołując dziwne uczucie czyjejś obecności.
– Mówi prawdę – oznajmił Imael, w ostentacyjny sposób kierując słowa w stronę obserwujących proces mieszczan.
Milena odniosła wrażenie, iż gra w tandetnym przedstawieniu.
– Czyli on też – wyszeptała.
– W takim razie kontynuujmy. – Balatan niemal podskoczył z radości. – Czy gdy dotarliście na miejsce, wydarzyło się coś, co można by nazwać nadzwyczajnym? – Ewidentnie zmierzał ku czemuś i z pewnością nie było to nic dobrego dla Matki.
– Tak – odpowiedzieli jednocześnie kawalerzyści, zupełnie jakby nie mogli się doczekać tego pytania.
– Cóż to takiego?
Starszy szeregowy nie ustępował pola i ponownie przejął inicjatywę.
– Zatrzymaliśmy się za Łysolem i…
– Za Łysolem? Aaaa… No tak. Ludzie tak mówią na pagórek przed groblą – wyjaśnił gubernator
– Dokładnie. I wtedy przestrzeń zalała gęsta mgła. Pierwszy raz widziałem coś takiego; widoczność góra na metr. – Spotęgował przekaz efektami ruchowymi.
– Rzeczywiście dziwne – wychrypiał sędzia. – Mieszkam tu od urodzenia i nic takiego nigdy nie widziałem, ale już… kontynuuj.
Część 55 / 6
– Potem Matka cisnęła w stronę fortu stalowym pociskiem wielkości koła od wozu i roztrzaskała bramę.
Na sali wybuchła wrzawa.
– Jak to cisnęła? Ta starsza kobieta?! – Balatan ciągnął dalej ten teatrzyk, nieudolnie symulując zdziwienie.
– Tak. Żaden z naszych nie pomagał, a czterech ledwo wcześniej wrzuciła to żelastwo na powóz – dodał drugi z przesłuchiwanych kawalerzystów.
– Magia… – padło z trybun i popłynęło na fali ze skumulowanych wdechów oburzenia. – Czarownica… – szeptali między sobą świadkowie procesu rozsadzeni na dwóch ławach po obu stronach podejścia do podwyższenia z tronem.
– Czy to prawda, Matko Karevis? – Sędzia zwrócił się do Mileny, przysłuchującej się temu wszystkiemu zupełnie beznamiętnie, a nawet z lekkim rozbawieniem.
W obliczu Empaty nie mogła kłamać, zresztą nie miała po co.
– Tak, ci młodzieńcy nie oszukują.
– To oświeć nas, droga Matko: jakim cudem dziewięćdziesięcioletnia kobieta mogła dokonać takiego czynu, a ponad wszystko… bądź łaskawa powiedzieć: po co? – Garnefor z satysfakcją spojrzał Milenie w twarz wrednymi wąskimi ślepkami. Wierzył, iż to on rozdaje karty w tej grze.
Pomylił się.
– Po pierwsze, młodzieńcze… to nie przystoi wykrzykiwać wieku kobiety pośród tylu ludzi, tym bardziej tak dojrzałej, jak ja. – Utarła mu nos, wzbudzając śmiech na sali obrad.
– Cisza! Cisza! To nie cyrk, tylko proces! – Sędzia próbował wygasić wrzawę.
– Zgadzam się: cyrkowi hecarze przynajmniej są śmieszni – dodała Milena, a twarz gubernatora przybrała odcień wściekłej purpury.
– Matko Karevis! Proszę nas nie zwodzić marnymi żartami i odpowiedzieć na pytanie! – zrugał ją Balatan.
– Ta młodość, taka niecierpliwa… Już dobrze. Koniec z tymi wygłupami. Jeśli chodzi o mój dobry stan zdrowia, to od lat przyrządzam specjalną nalewkę, której receptura sięga początków zakonu. Zawarte w niej zioła dodają wigoru, a kapka alkoholu łagodzi stres. Niejeden z obecnych tu mężczyzn potwierdzi, że mam racje. – Przemknęła wzrokiem obie trybuny i faktycznie: na wielu twarzach zagościł rozmarzony uśmiech na wspomnienie tej wspaniałej mikstury z wyjątkowo mocną kapką spirytusu, sprzedawanej w przyklasztornym sklepiku.
Część 66 / 6
– I mam uwierzyć, że od ziołowej gorzały Matka ma siłę pasiastego Niedźwiedzia! – zadrwił Balatan, próbując ponownie zyskać przychylność tłumu.
– Pij szklaneczkę dziennie przez siedemdziesiąt lat, a sam się przekonasz, młodzieńcze – zadrwiła Milena, okraszając słowa uroczą miną. – Aczkolwiek muszę przyznać, że gabarytami już dorównujesz niejednemu Wulfirowi – dopowiedziała głosem słodkiej starszej kobiety, która właśnie wbija ci lukrowaną rurkę w oko.
Ciszę w ratuszu rozpędził dławiony śmiech.
– Dosyć tego! – wykrzyczał sędzia. – Dość tej błazenady! Mileno Karevis! Odpowiadaj na pytania rzeczowo. Dlaczego zaatakowałaś garnizon i co przytrafiło się czarodziejce lady Lejli Winter!
Na dźwięk imienia ukochanej nieobecny myślami Wilfred pokraśniał, a mięśnie zaciśniętej szczęki uwypukliły mu się pod skórą
– Może faktycznie już pora na konkrety – skomentowała głośno oskarżona i poprawiła habit. – Otrzymaliśmy informacje, że armia buntowników z Walon zamierza przekroczyć Baskir. Cesarskie oddziały były o dwa lub nawet trzy dni drogi stąd. Nie mogliśmy czekać; o czym doskonale wiedziałeś, Gubernatorze.
– Bzduuura! – ryknął, przeciągając z emfazą Garnefor.
– Niech cię zbada ten empata – zaproponowała Matka, rzucając Balatanowi zaczepny uśmieszek.
– Nie ja tu jestem oskarżony! – oponował gubernator pewny swego.
– Poddaj się procedurze, burmistrzu – wtrącił się Wilfred. – Inaczej staniesz po drugiej stronie razem z tą kobietą.
– Tak, panie – spokorniał Garnefor. – Jeśli takie jest twoje życzenie, panie. – Skulił głowę, a Imers złapał go za ramię.
– Mówi prawdę! – oznajmił niemal natychmiast.
W tym momencie Milena była już pewna, że on również pracuje dla gubernatora i że jest osaczona przez hieny czyhające, aż się potknie. Wzbierający lęk skręcił jej trzewia i zacisnął krtań.
„WYPUŚĆ MNIE…” zadudnił znajomy głos, pośród galopujących myśli.
– Nie