fantastyka · 16 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 60
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Szła powoli, ale w sercu rwała się do biegu. W sumie nie miała żadnego planu, tylko płonną nadzieję, że stwór usłucha desperackiej prośby, że kiedy Tijanor się dowie, to odzyska władzę, a brat… On nie będzie musiał oglądać starszej siostry w takim stanie.
Holi pamiętała, że do przejścia potrzebny był magiczny klucz, że przed drzwiami stało dwóch strażników w paskudnych bryłowatych hełmach, ale to było nieważne. Jakoś musiała sobie poradzić, musiała chociaż spróbować.
Samo zejście do piwnic stało niestrzeżone: kontrola krzątającej się służby nie miała sensu, a z podziemia nie było innego wyjścia, więc potencjalny złodziej i tak musiałby minąć gwardzistów w i przed budynkiem ratusza.
Ichti zeszła, stąpając ostrożnie po skrzypiących schodach. Ciemność rozświetlały jedynie nieliczne pochodnie; wyznaczały szlak do uczęszczanych piwniczek. Księżniczka narzuciła kaptur i ruszyła w stronę dawnej komnaty przesłuchań: obecnie klatki dla Tijanor – a raczej dla monstrum, które przejęło nad nią kontrolę.
Od momentu ucieczki z Oruun Holi zastanawiała się, czy gdyby siostra nie musiała ich ratować, to ta poczwara zyskałoby taką władzę nad jej ciałem.
Czy musiała sprzedać duszę w zamian za tę pomoc?
Szybko odpędziła ponure myśli.
Nie mam na to czasu!
Przyspieszyła. W jej głowie nadal rezonowały słowa Walończyka. Wiedziała, że nie powinna podsłuchiwać, ale chciała wiedzieć, nie była już dzieckiem! Przez szparę po ukruszonej zaprawie usłyszała, o nadchodzących potworach, monstrach polujących na Tiję. Musiała cos zrobić. Musiała ją chociaż ostrzec.
Pokonała dwa zakręty, zostawiając za sobą kilka ciemnych odnóg korytarza; wiodły do pomniejszych niezagospodarowanych wnęk. Kilku zaaferowanych codziennymi obowiązkami pachołków minęło ją w pośpiechu i tylko dwóch czy trzech wysiliło się na zdawkowy ukłon. Oficjalnie była córką arystokraty w gościnie u burmistrza, bezpieczne kłamstwo na prośbę Wulkira, choć plotki i tak już się roznosiły.
Część 22 / 6
Holi zatrzymała się tuż przed kolejnym zakrętem. Pamiętała, że tam powinna zastać gwardzistów pilnujących zapieczętowanego włazu. Drżały jej ręce, a oddech przyśpieszył.
Przecież mnie nie zabiją.
Wyszła zza muru. Przyjemny powiew ciepłego powietrza przegonił zbutwiałą wilgoć – ale ten podmuch nie powinien istnieć, nie w piwnicach bez okien. Właz rozsunięto na szerokość dwóch łokci, a straż zniknęła bez śladu. Holi wpierw pomyślała, że to szczęście, dopóki się spojrzała pod nogi. Ślad ciemnej krwi meandrował do przedsionka komory przesłuchań. Z wnętrza pulsowało hipnotyczne światło.
Księżniczka przełknęła ślinę, podeszła i zajrzała do środka.
Wycofała się natychmiast i przylgnęła plecami do zimnej ściany, jakby stała nad krawędzią bezdennej czeluści. Musiała zatkać usta, żeby nie wrzasnąć, choć resztkowe krzyki i tak przelały się przez palce. Girzelscy strażnicy wisieli przybici do sklepienia czymś, co wyglądało jak kamienne rogi wyrastające prosto z posadzki.
Holi oddychała szybko. Panika przejmowała kontrolę nad ciałem i rozumem. Księżniczka chciała być odważna, ale nogi odmawiały jej posłuszeństwa i drżały, dygotały jak kończyny rachitycznego starca.
Wyrzut energii buchnął z komory niczym oddech budzącego się smoka.
– WEJDŹ… Morderca już uciekł.
Holi zamarła.
Część 33 / 6
Dwa zdania dwa głosy. Drugi miękki i delikatny, należał do Tijanor. Zebrała się w sobie i przekroczyła próg owalnego tunelu. Krew zamordowanych nadal spływała po kamiennych palach.
Stanęła. Nie mogła iść dalej.
– MÓWIŁEM PRZECIEŻ, ŻE UCIEKŁ! Nic ci nie grozi, siostrzyczko. – Głos dochodzący z komnaty na końcu łącznika niósł moc, każde słowo formowało falę uderzeniową. Runy pochłaniające, którymi wyłożono ściany i sklepienie jarzyły się od absorbowanej astry, oddając magię w postaci ciepła i szkarłatnej łuny,
Holi już prawie minęła makabryczną scenę, nie oderwawszy pleców od muru, gdy nieopatrznie spojrzała zamordowanemu w przerażone trupie oczy. Zasłoniła twarz i uciekła w stronę kopulastej komnaty.
Tak jak poprzednio Tijanor klęczała z ramionami przytkniętymi ciasno do boków, zupełnie jakby spętano ją sznurem. Patrzyła na Holi. Purpurowe tęczówki jarzyły się gniewną astrą. To one najbardziej kontrastowały z delikatną białą cerą starszej księżniczki – one i szkaradny demoniczny uśmiech.
– Nie boję się ciebie! – rzuciła zawzięcie Holi, ale nie odważyła się zrobić nawet jednego kroku dalej.
– NIE MNIE POWINIENEŚ SIĘ BAĆ, MIESZAŃCU.
Oczy starszej księżniczki przestały wyzierać astrą. Nawet Holi wyczuła, że gryząca energia, przygasła. Obecność Murkira wycofała się nieco, ale nadal mocno manifestowała swoją obecność, niczym gorejący pancerz z jęzorów ognia oplatający chude ciało Tijanor.
– Podejdź, Holi, on NIC CI NIE ZROBIĘ! – Dwugłos świadczył o wewnętrznej walce. W ciele starszej księżniczki mała ludzka pchła walczyła z tygrysem i stawiała opór.
Część 44 / 6
– Dopuść moją siostrę do głosu!
– Czupurna z ciebie istotka, ale nawet gdybym mógł, to nie mam na to czasu. Podejdź, nie będę krzyczał, bo nie panuję nad mocą i mogę cię spalić, nieopatrznie oczywiście.
Ichti nadal stała w miejscu otumaniona strachem.
– PODEJDŹ, DZIECKO!
Otrząsnęła się. Głos ocucił świadomość, smagając ciało żarem. Ruszyła w stronę siostry i przytłaczającej obecności zsadzonej gdzieś w bliżej nieokreślonym mroku.
Amulet na szyi Tijanor migotał spokojnie: Sikher nawoływał. Ichti przełknęła gulę z paniki zwiniętą w gardle, zacisnęła pięści i przyśpieszyła. Kopulaste sklepienie wyłożone glifami rozświetlały wyładowania szkarłatnych błyskawic przeskakujące pomiędzy przepełnionymi runami. Powietrze pachniało mocą, niosło gniew, gotowało krew. Holi przyklęknęła przed siostrą i złapała za amulet zwisający Tijanor z szyi.
– Słyszysz mnie, Sikherku?
– Tak, księżniczko.
– Czy Tija… Czy ona jest bezpieczna? Czy…
Część 55 / 6
– Nic jej nie grozi, księżniczko… Posłuchaj mnie teraz, proszę. W ratuszu jest istota, taka jak ja, Etirion ładu, Angarax. Musisz go tu sprowadzić. Nie pytaj po co, po prostu musisz.
– Sikher, ale ci strażnicy… Ponoć ktoś poluje na Tijanor!
– Wiem, to wysłannik Ojca. On zamordował tych gwardzistów, chciał też… Po prostu znajdź białego lwa Lejdy, on może przyjmować różne formy: wołaj po imieniu.
– A ten morderca? Czy on po was nie wróci?
– Nie, nie wróci – odparł Sikher.
Opętana Tijanor parsknęła złowieszczo jak na wspomnienie jakiegoś makabrycznego żartu.
– Księżniczko, proszę, nie ma czasu, zbliża się niebezpieczeństwo, Sehel jest zagrożony. Musimy działać. Pan Gniewu nie może się wycofać, zredukować swojej obecności. Potrzebujemy lwa Lejdy.
– Ja chyba wiem, o kogo chodzi – potwierdziła Holi, przyprowadzę ją, obiecuję.
Wstała, odrywając dłoń od amuletu.
Część 66 / 6
– WEŹ JESZCZE ASTELIONKĘ; TĘ, KTÓRĄ NAZWANO ATMA – warknęło ciało Tiji. – Będzie nam potrzebna.
– Dlaczego mam ci ufać, potworze!
– BO SĄ NA ŚWIECIE RZECZY, KTÓRYCH BOJĄ SIĘ NAWET BOGOWIE.
***
Cesarz patrzył na makabryczne znalezisko z miną, która wyrażała gniew, smutek i poczucie winy zastygłe w jednym bladym obliczu. Serce tłukło mu w piersi jak oszalałe. Trzej girzelscy gwardziści z eskorty zdjęli hełmy: nigdy tego nie robili na służbie, teraz zrobili, i szepcząc modlitwę do Matki, prosili o spokój dla zamordowanych.
Było gorzej, niż opisała to Holi – znacznie gorzej, a ona musiała na to patrzeć. Krew zdążyła już przyschnąć na skalnych szponach, które rozsadziły kamienie w posadzce i zaatakowały bez litości. Ciała zamordowanych zwisały bezwładnie z twarzami powykręcanymi w ostatnim bólu i okrwawionymi rękoma spuszczonym w dół.
Wilfred spojrzał na dłonie jednego z nich i uderzył pięścią w ścianę.
W desperacji próbowali niemożliwego: próbowali wyciągnąć kamienne pale!
Całość przypominała ołtarz ku czci jakiegoś okrutnego bożka. Stłumiony krzyk przerażenia wyrwał Cesarza z szoku. Anax minęła właz i wyszła wprost na potworną kaźń. Żołądek lisicy skręcił się, a krew odpłynęła z członków w jakieś bezpieczne miejsce. Gdyby nie futro, lisica z pewnością przypominałaby…