Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 40 min czytania

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 65 - FINAŁ

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Korytarz prowadzący za mury rozświetlały jedynie nasączone magią glify, a duszny półmrok drażnił umysły natrętnym niepokojem. Każdy chciał jak najszybciej opuścić tunel. Ciasna ścieżka wydrążona w litej skale chamakadarkich granitów uniemożliwiała szybkie poruszanie się, a zatęchłe powietrze zmieniało każdy oddech w nieprzyjemną konieczność.

Po drodze nie napotkali dziwnych stworów czy opętanych mnichów, co stanowiło sporą pociechę w tej paskudnej sytuacji. Przemieszczali się gęsiego, przylegając do lepkich ścian z naciekami białego wapienia. Prowadziła Selekta, tuż za nią szła Anax i jednooki bruk gwardzista. Za pierwszą trójką dreptał Eliot w obstawie rodziców, następnie Fus, który zdążył już nawyknąć do tego typu przygód w towarzystwie lisicy, za nim kolejni gwardziści z girzelskiego Zaułka: masywny bruk z krótką włócznią za plecami i maczetą u boku oraz wytatuowany greplin prowadzący za rękę ciemnowłosą dziewczynę okutaną w bury płaszcz. Kilka sążni dalej korowód zamykali belantrejczycy. Arq obiecał Sebil, że pomoże przy ucieczce w zamian za pewne benefity.

Od momentu opuszczenia piwnicy jednej z chałup Zaułka wszyscy kroczyli w nerwowym milczeniu, jakby najmniejszy szept miał zwabić monstra i opętańców. Atmosfera gęstniała jeszcze bardziej od skrywanego poczucia winy: w mieście miało rozpętać się piekło, a oni uciekali jak zwykłe szczury. Ale rozkaz Cesarza, to nie sugestia, z którą można polemizować.

Przez zamyślenie Anax nawet nie zauważyła, kiedy przekroczyli próg wyjścia zamaskowanego skrzętnie utkaną iluzją. Dopiero powiew świeżego powietrza wymieszanego z chłodem późnojesiennego wieczoru ocucił lisicę z letargu. Spojrzała na trakt przed nimi. Starożytna droga wchodziła między skały, a niemal prostopadłe ściany wąwozu poznaczone rysami i kominami wywoływały chwilowy zachwyt.

– Chyba nie mamy towarzystwa – stwierdziła Selekta.

– Na tyłach też czysto! – poniosło echo kamiennego tunelu. – Oby ta wasza ptaszyna nie zawiodła, bo droga kończy się bramą nie do sforsowania – dodał Arq, opuszczając tunel. – Nawet dla mnie, choć nigdy nie próbowałem – zaznaczył i wyszczerzył kły.

– Jeśli mnie pamięć nie myli, Białe Wrota miały zasklepić jedyną wyrwę w obwarowaniu z wysokich gór. – Wtrącił Lemach i nałożył gogle. Światło zachodu nadal nieco drażniło jego nie najmłodsze już oczy.

– Nie pocieszasz, dziadku – syknęła Trybada. – Dobra… nie ma wyboru. – Obróciła się do mieszanego girzelskiego regimentu, którego członkowie stanęli na baczność. – Idziemy, powoli i gały dookoła głowy. Otaczamy cywili kobiety i dzieciaka.

– Ta jest!

– My potrafimy się bronić! – zaprotestował Fus i odruchowo zasłonił Anax, nie wiadomo przed czym.

– Naprawdę? – parodiowała Selekta. – To idziesz pierwszy. Krzycz jak coś: jeśli zdążysz – dopowiedziała ze złowrogą miną.

Bruk przełknął ślinę.

– Nie musisz go straszyć – mruknęła lisica.

– Spoko, mała… – wydźwięk tego słowa sprawił, że poczuła się jakoś… niezręcznie. – Wybacz. Wiesz, ja tak mówiłam do…

– Do niej, do Lejli, tak? Właśnie wydało mi się to znajome. Chodźmy już. – Anax zarzuciła kaptur i poszła przodem.

Dwóch bruków z zaułkowej straży nie wybrano przypadkiem: praktykowali sensoryzm – oczywiście w pełnej konspiracji. Arq nakazał im patrolować prawą grań, a sam wziął lewą. Wieczorna mgła ograniczała widoczność, więc spotęgowane astrą zmysły stanowiły wartościowy atut.

Główny szlak wił się między ścianami jak koryto wyschniętej rzeki, która wykorzystała każdy wyłom, szczerbę czy rysę, żeby oszukać góry i uciec w doliny. Grepliński strażnik, szedł u boku lisicy, za nimi rodzina Ozirów, a na końcu Selekta wraz z Tijanor i Alangrasem. Księżniczka milczała, amulet na jej szyi błyskał z pozoru chaotycznie, ale to Sikher cały czas uspokajał dziewczynę; szeptał hasła, że jej rodzeństwo to silne osobowości i dadzą sobie radę. Frazesy, ale tonący ułudy się chwyta, więc księżniczka starała się mu wierzyć, jednocześnie nasłuchując czy Murkir nie budzi się gdzieś w głębi jej inry.

Safonka milczała, nie chciała ograniczać własnej percepcji rozmowami, Alngras to rozumiał i sam miał oczy szeroko otwarte, choć w przypadku jego rasy to uszy stanowiły główny, najbardziej wyostrzony zmysł. Każdy nawet najmniejszy ruch nie miał szans przemknąć niepostrzeżenie, tym bardziej że góry – prócz jaszczurek i drobnego ptactwa – zdawały się kompletnie martwe. Nawet wiatr jakby celowo zwalniał przed wejściem do kanionu.

– Nie podoba mi się to… – syknęła Trybada.

– Może pani zdefiniować „TO”, mistrzyni Weil? – Ferkot zdjął przesłony z oczu. Światło zachodu czerwieniło już tylko chmury nad turniami.

– Potworna cisza dokoła; te góry ponoć kwitną życiem, a tu nic… Zupełnie jakby fauna się bała albo…

– Albo została wytrzebiona? Tak, też o tym pomyślałem, ale zrzuciłem to do sakwy z domysłami i zasznurowałem. Nic nam nie pomogą, i tak musimy iść.

– Może zbyt pochopnie zrzuciłeś, dziadku.

– Może.

Parę kamieni spadło na drogę, kilka jardów przed lisicą. Dobywana broń szczęknęła chóralnie i wszystkie spojrzenia skierowały się na wysoko zawieszoną półkę, gdzie jeden bruk trzymał drugiego na krawędzi przewieszenia. Gwardziście osunęła się stopa, gdy nieopatrznie staną luźny nasyp.

– Im to żaden wróg niepotrzebny – skomentowała Selekta, ruszyła do przodu, ale odbiła się od Alangrasa, który stanął jak wryty i rozdziawił usta, prezentując rzędy szpilkowatych zębów.

Patrzył przed siebie; reszta zahipnotyzowanych widokiem uciekinierów też. Z wieczornej mgły wyłoniła się brama. Wyższa od każdego muru, jaki kiedykolwiek powstał rękami Młodszych. Biel ścian pokrytych płaskorzeźbami nie uległa wpływowi mijających wieków, metalowe okucia zaś wyglądały jak odlane z czystego złota i nietkniętego działaniem natury.

– Zachwycające – wydusił Lemach.

– To mi bardziej przypomina zwykły mur niż bramę. Gdzie jest wejście u licha? – Selekta powiodła wzrokiem w górę.

Na czymś, co przypominało blanki dla kolosów, rozstawiono dwie wieżyczki, ale z poziomu traktu ciężko było określić czy ktoś tam jest.

– Trafna uwaga, mistrzyni Weil – przytaknął Lemach.

– Wejście zostało zapieczętowane – wyjaśniła Anax. – Ale nie pytajcie, skąd wiem, bo nie wiem – westchnęła ciężko.

– Co teraz?

Masywny bruk zeskoczył z pobliskiej półki.

– Mogę spróbować wspiąć się trochę wyżej, ale nie widzę żadnej ścieżki w górę, więc wątpię, żeby reszcie udało się dostać na bramę.

– Super, ty sobie poudawaj kozę, a my rozbijemy obóz – warknęła Safonka.

– Nie drażnij mnie, babsztylu.

– Przepraszam, kiciu. Chodź, podrapię cię za uszkiem – parodiowała słodkim głosem i pokazała mu kułak.

Arq nie chciał pozostać dłużny i już unosił ramię, ale Alangras zmierzył go karcącym spojrzeniem, więc odpuścił.

– Bardzo zabawne – fuknął tylko i zaczął zwinną wspinaczkę.

Słońce zaszło całkowicie, a gęstniejące chmury zaczynały odcinać kanion od księżycowego blasku.

– Super, jeszcze niech zacznie lać – syknęła Trybada.

***

Początkowa mżawka szybko przerodziła się w ulewę, a noc spadła na kanion jak obsydianowa płachta, gdy tarcza księżyca skryła się za gęstniejącymi chmurami. Jednak ciemność nie władała wąwozem zbyt długo. Jasne skazy poprzecinały granitowe ściany niczym zastygłe w czasie pioruny, kiedy liczne uśpione za dnia solasowe żyły rozjarzyły się złotym blaskiem. Brama zaś… Ona świeciła najjaśniej, ale nie ze względu na naturalne złoża. W przypadku tej konstrukcji aktywne minerały ułożono w obrazy, luminescencyjne freski będące graficznym zapisem minionych dziejów.

Alangras nie mógł się napatrzyć na to fascynujące dzieło architektury Starszych.

Selekta była mniej urzeczona: głównie ze względu na pluchę i frustrację z powodu bezczynnego oczekiwania. Pomimo rozpalonego u wejścia do groty ognia, żaden skrzydlaty nie pojawił się na horyzoncie. Z nudów Safonka zaczęła polerować miecz, co było czynnością wyjątkowo bezsensowną w przypadku magicznej klingi, która rozpada się na miriady brzytew.

– Niesamowity kunszt i wzornictwo, nieprawdaż? – zagabnął Ferkot.

– Ta, pinkne – burknęła od niechcenia, przenosząc wzrok na lisicę i Fusa.

Oboje siedzieli blisko ogniska wtuleni w siebie i przykryci derką. Selekta spąsowiała, ale zdusiła uderzenie gniewu, wyrzucając z głowy obraz Lejli podstawiony w miejsce białowłosej bruki.

Fus osunął głowę na kolana Anax, a lisica pogłaskała chłopaka za uchem, delikatnie przeniosła jego puchaty policzek z uda na jeden z tobołów i ostrożnie wstała od ogniska. Nie miała zbyt wielu możliwości na spacer, więc skierowała się w dół szlaku.

– A ty gdzie się wybierasz?... – szepnęła do siebie Trybada.

Odłożyła osełkę wraz z Oddechem Arktura i omiotła wzrokiem resztę uciekinierów. Ozirowie pilnowali Eliota jak dwaj oddani strażnicy, a Tijanor spała obok nich przykryta grubym płaszczem.

Selekta nie była tu potrzebna, więc ruszyła za białogrzywą spacerowiczką. Szła powoli, utrzymując dystans, jednak lisica w pewnym momencie zniknęła za wysokim filarem.

Safonka przyśpieszyła. Żałowała, że miecz został przy ognisku. Czuła się bez niego kompletnie naga i bezbronna na obcym terenie, ale nie chciała śledzić Anax z wielkim mieczem przytroczonym do pasa.

Już bez silenia się na skradanie wybiegła zza skalnego garbu.

Anax próbowała się wspinać, klinując dłonie w wąskich rysach, ale daleko jej było do zwinności bruków, którzy obserwowali okolicę spod ciemnych przewieszeń. Zawisła może kilka stóp nad ziemią i nie bardzo wiedziała co dalej.

Safonka pociągnęła ją za ogon wystający ze szczerby jak wetknięte w skały pióro.

– A ty gdzie się wybierasz?

Oczy lisicy błysnęły mroźnym błękitem.

– Nie dotykaj mnie!

– Dobra, czego się nerwisz. – Uniosła dłonie do góry i wycofała o kilka kroków. – Czy księżniczka wrażliwa raczy powiedzieć, gdzie się udaje?

Z twarzy lisicy zniknął gniew; ustąpił przed naporem łez i rozpaczy. Zeskoczyła na piarg z drobnego kamienia.

– Mam tu siedzieć bezczynnie, kiedy tam – wskazała w kierunku miasta – giną ludzie! To wszytko przeze mnie, bo coś, ktoś chce mnie dorwać! Nie będę… Nie będę znowu patrzeć. – Narzuciła kaptur i omiotła wzorkiem spękaną ścianę.

Selekta zaryzykowała i położyła dłoń na odsłoniętym białym ramieniu.

– Powiedziałam, żebyś mnie nie dotykała! – Pazury Anax wysunęły się z opuszków.

– W dupie mam ciebie i twoje pogróżki! Sierściucha też się boję, ale nie pozwolę ci się zabić! Znowu…

Mina lisicy złagodniała.

– Dlaczego?

– Bo gdzieś tam, pod tym futrem jest ona. – Popukała Anax w mostek. – Kobieta, którą… Kurwa żeż… Kobieta, którą kocham!! I nie pozwolę, żeby cokolwiek jeszcze bardziej ją skrzywdziło. – Nachyliła się nad Anax – Dotarło do kiciusia w środku?

– Nie wiedziałem…

– Teraz już wiesz i mam nadzieję, że ona też.

Arq zeskoczył z otulonej mrokiem skalnej półki: wylądował miękko i prawie bezdźwięcznie.

– Idą tu.

– Kto? – spytały niemal równocześnie.

– Te stwory, tuzin może więcej; unikają większych żył solasu.

Safonka rzuciła spojrzeniem w dół kanionu.

– To pora się przygotować, bo na pomoc pierzastych się nie zanosi.

***

Rozstawili się przed bramą – i tak nie mieli gdzie uciekać. Nadzieja na odsiecz zza wrót stworzyła plan, który bardziej przypominał skomplikowane samobójstwo niż zuchwałą obronę. Ale musieli się bronić; musieli, bo alternatywą była tylko śmierć przez rozszarpanie. Selekta stała w pierwszej linii razem z Anax; lisica uparła się, żeby walczyć. Arq i gwardzista obstawiali flanki, a drugi strażnik, greplin, Alnagras i Fus mieli pilnować groty tuż przy rozświetlonej bramie. W niej skryła się rodzina Ozirów, którzy wraz z Tijanor, weszli głęboko do wnętrza skalnej szczerby. Stwory nazwane przez Blejzera deabru powinny unikać mocnego magicznego światła bijącego z solasowych żył i ornamentów na zaporze, ale Otmar i Emir dostali broń i rozkaz dźgać włóczniami wszystko, co wpełźnie do jaskini.

Trybada zacisnęła pięści na rękojeści Raf Arkturo. Owinięty rzemieniami trzon chrzęstnął przeciągle. Było cicho, potwornie cicho. Świetliste rzęsy minerału meandrujące między warstwami granitu zaczęły migotać w oddali; masywne kształty przemieszczały się, przecinając drogę światłu.

– Szlag! Lezą po ścianach.

– Ja oświetlę – rzuciła Anax i zebrała moc, nad którą kontroli nauczyła ją ślepa artystka.

Błękit wypłynął z symetrii. Astra rozbiła się na frakcję, rozrzucając szeroką falę magii. Przed lisicą zawisła skondensowana kula z błękitu. Oddechy ścinały się w mgłę, kiedy ład tłumił ciepło, ruch i chaos będące częściami wszystkiego co żywe i martwe. Anax wyrzuciła glob w górę. Niepętany wolą eksplodował i zalał wąwóz zimnym światłem. Bestie oblepiały ściany jak przerośnięte robactwo. Nie tuzin, nie dwa… Dziesiątki. Niektóre smagnięte astralnym podmuchem spadły jak przejrzałe owoce. Inne tylko zasyczały – nie fizycznie: nie miały ust. Miast tego astra poniosła smugi cierpienia i skowyt jakby magia uwolniona przez Anax ćwiartowała ich żywcem.

Mimo rzuconego wyzwania monstra nie ruszyły do ataku, tylko otrzepywały umięśnione ciała z resztek błękitu, i czekały. Pytanie na co?

– No, nieźle – przyznała Safonka. – Będziesz mogła to powtórzyć?

– Tak, ale jeszcze nie teraz. Czerwień jeszcze wędruję po kanionie. Musi się wchłonąć.

– Nic nie rozumiem, ale jak będziesz gotowa, to wal śmiało.

Trybada przygotowała miecz do uderzenia, niewielkie rozbłyski zaczęły skakać pomiędzy metalowymi palcami w rękawicy Arqa, a grepliński tatuażysta aktywował bliznowate wzory na skórze. Brukijscy gwardziści szykowali, zmysły, miecze i pazury – Fus też.

Kanion wypełnił brzęk metalu szurającego o skały i odgłos kroków. Nie pazurów tępionych przez twardy granit, tylko ciężkich uderzeń twardych podeszw. Ciemnoskóry mężczyzna. Szedł nieśpiesznie, szurając glewią o podłoże.

Uśmiechnął się półgębkiem.

– Witaj, przyjacielu – rzucił do Arqa i zwinnym ruchem zakręcił włócznią trzymaną we włochatej łapie.

Bruk wybałuszył oczy. Krew spęczniała mu w skroniach. Nie sądził, że jeszcze kiedyś zobaczy swoje ramię.

Dwustronna glewia Faroga mieniła się zielenią, błękitem i szarością. Rozproszona po kanionie magia Anax, łasiła się do broni nomada niczym kolorowe koty do nogi łaskawego pana.

– Arq, zachowaj spokój! – krzyknął Alangras i pochwycił swoją dziwaczną zakrzywioną różdżkę. Metalowy bęben magicznej broni wpadł w obroty, a osadzony w trzonie katalit gromadził magię.

Arq splunął na ziemię sążniście i zacisnął stalową pięść. Powietrze wokół rękawicy poprzecinały wyładowania. Astra wyłoniła się z pęknięcia w magicznym polu – powoli, jak ropa z sączącej się rany. Niewidoczne wstęgi skręconego wiatru oplatały ciało bruka, a powietrze zapachniało mocą.

Twarz ciemnoskórego nomada porzuciła resztki uśmiechu i stężała w surową posępną maskę.

– Zanim rzucicie się na śmierć – wybrzmiał basem – powinniście rozważyć moją ofertę. – Wbił żeleziec w skałę. Ostrze weszło jak w miękkie drewno, skrząc się kolorowymi iskrami.

Pokaz siły, pomyślała Selekta. Pajac.

– Rozumiem, że chcesz zaproponować zabranie stąd czarnego zadu razem ze swoimi szarymi bachorami? – zakpiła.

– Poniekąd tak, ale potrzebuję chłopca. – Wskazał brukijskim szponem na grotę z Ozirami. – Tylko on z was wszystkich jest potrzebny mistrzowi. Bez obaw, nie potrzebujemy całego: tylko kawałek.

Arq kipiał wściekłością. Zaciskane metalowe szpony pluły iskrami, a wir wściekłego powietrza wzbierał na sile. Szarość powoli wyrywała się z oków nicości gotowa zmieniać rzeczywistość bez niczyjej zgody.

Selekta zachowywała wyćwiczony zimny spokój, zawsze zachodziła w głowę, skąd się to bierze.

– No to nic z tego, kochasiu, bo my akurat potrzebujemy całego chłopaka. A teraz bądź łaskaw wypierdalać, bo na kogoś czekamy.

– Nigdy nie przestaniecie dążyć do samozagłady, co? – mruknął spokojnie Farog i wyrwał ostrze glewii z podłoża. – Nawet z jednym, krótkim życi…

Błękitna błyskawica poprzedziła grom, który rozbił się o kamienne ściany i rozlał dudniącym echem.

Nomad odskoczył.

Arq rzucił się na niego z siłą rozpędzone tarana i razem przetoczyli się po skałach. Bestie uczepione kamieni zerwały się do natarcia.

– No i się zaczęło. – Uśmiechnęła się Trybada.

Raf Arkturo zabłysnął w powietrzu. Maszkarony ruszyły niczym wygłodniały rój, który wywęszył łatwą ofiarę.

– Pilnować, groty! Nie dać się okrążyć! – komenderowała Safonka.

Jeden potwór spiął ciało, zeskoczył do wąwozu i zaszarżował. Jego łysa naciągnięta skóra odbijała światło solasowych żył.

Selekta nie drgnęła. Obserwowała, gdzie żgnąć nasączonym magią ostrzem. Miała wrażenie, że oręż niecierpliwi się razem z nią; że wyczekuje momentu, kiedy spłynie ciepłą posoką.

– No chodź, padlino. – Machnęła zaczepnie mieczem.

Stwór zaatakował. Z dużą siłą, ale nieprecyzyjnie. Długie szpony osadzone na chudych palcach chlasnęły powietrze ze słyszalnym świstem. Czysta furia: mordercza, ale łatwa do uniku.

Ciosy posypały się jeden za drugim. Safonka robiła miękkie zwody; przemyślane ruchy oszczędzały siły – dobra taktyka, jeśli nie wiesz, ile potrwa walka. Bestia uniosła łapsko, odsłaniając ścięgna. Selekta cięła z obrotu. Z rozharatanej pachy trysnęła czarna jucha, ale drugie ramię nadal kosiło jak wściekłe, nie bacząc na rany. Dwa kolejne monstra spadły ze skał, a kilka kolejnych gotowało się do śmiercionośnego wyskoku.

– Padnij!! – rzuciła lisica.

Błękit wezbrał, wydzierając niebieskie spoiwo z symetrii. Futro lisicy okryła magiczna łuna. Wpierw fala uciekającej czerwieni przetoczyła się przez przestrzeń, zaraz po niej wachlarz z mrożącego ładu: zwarty i kontrolowany. Błysnął, wystrzelił i roziskrzył kamienne ściany, wrzynając się w granit. Z trzech żywych bestii zrobiło się sześć podrygujących ochłapów.

Anax upadła na jedno kolano.

– Trzymasz się? – Trybada zasłoniła ją własnym ciałem.

Deabru przystanęli jak jeden organizm, ale gdy resztkowe zimno przestało kąsać, wrócili do natarcia.

– Potrzebuję czasu… – wyszeptała lisica.

– Dostaniesz go. – Selekta przekręciła rękojeść Oddechu Arkturosa. W dwa uderzenia serca klinga rozpadła się w huragan śmiercionośnych ostrzy.

– No chodźcie, chłopaki – zadrwiła.

Potwory nie czuły strachu, nie miały świadomości; ich wola była wolą Ojca, a on pchał ich szkaradne formy, sącząc przez unitrę tylko jeden rozkaz – zabić! Liche jestestwa, tych niegdyś dumnych istot stłamszone i zepchnięte na granicę istnienia, pełgały wewnątrz niezdolne do przejęcia kontroli.

Selekta cięła samą rękojeścią; zamaszyście, jakby długi miecz wciąż wychodził z szerokiego jelca. Grad twardych jak diament odłamków runął na bestie miriadą brzytew. Zamieć z poderwanego żwiru wymieszanego z fragmentami zaklętej klingi i czarnych strzępów mięsa wypełniła przestrzeń.

– Dziękuję – szepnęła Anax i wyprostowała plecy. – Zewrzyj miecz. Teraz ja. – Błękitny ogień wyzierał jej z oczu, a długie kły opływały wydychaną parą. – Chciałeś mnie bronić, lwie, masz ku temu najlepszą okazję. – Lodowe szpony wyrosły jej z rąk, a ciało zyskało pamięć i siłę przeszłych wcieleń Angaraxa. – Znacznie lepiej.

***

Arq stawiał ostrożne kroki, prawie szurając plecami o ścianę wnęki, do której trafili razem z nomadem. Zza grani dochodziły odgłosy zawziętej walki, a wyczulona aura bruka rozszerzała ten pokaz o doznania astralne – nie było dobrze, ale nie mógł do nich dołączyć, nie chciał. Przyglądał się swojemu oponentowi, który tylko mierzył go obojętnym spojrzeniem. Brukijski gwardzista wyłonił się zza skalnego garbu i przygotował broń.

– Wracaj do nich! Pomóż staruszkowi albo wariatce z magicznym kabanem – rozkazał mu Arq.

– Ale…

– Już! Nie będę cię osłaniał przed tym bydlakiem.

Jednooki strażnik spojrzał na ciemnoskórego oponenta. Farog ziewnął leniwie. Po krótkiej wymianie ciosów, która nieco rozgrzała mu krew, zaczynał się już nudzić. Bestie nie zbiegały się do ich pozycji, zupełnie jakby nomad uznał, że nie jest mu potrzebne wsparcie, co jeszcze bardziej irytowało Arqa. Było tak jak poprzednio; wtedy, w tej małej wiosce, gdzie senidczyk z zimna obojętnością pozbawił go przedramienia.

– Posłuchaj się Sehela,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 65 - FINAŁ — czytnik · opowiadania