Fantasy · 12 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz.8
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
– Matko… – W celi rozległ się szept. – Matko Karevis – powtórzył głośniej strażnik i wsunął przez klapkę w kratach misę z parującą papką oraz z kilkoma chlebkami owiniętymi w materiał. – Przyniosłem kolację.
Coś poruszyło się w ciemnym rogu celi ratuszowego więzienia, a telmiański miecznik poczuł lekką bryzę ulatującą z wnętrza mrocznego pomieszczenia.
– Matko…? – Odruchowo wycofał się spod prętów.
– Już idę, chłopcze! Te stare kości nie są już takie ruchliwe. Ło, ho, ho! – Postać osnuta półcieniem zaśmiała się karykaturalnie i kulawym krokiem weszła w pełne światło pochodni.
– Czy Matka dobrze się czuje? – spytał strażnik zdziwiony brakiem gracji, z którą zazwyczaj poruszała się starsza kobieta.
Karevis obciągnęła habit, zapięła przepaskę wokół podbródka i, z upiornie szerokim uśmiechem, podeszła do krat.
– Wszystko gra… Ło, ho, ho! – zaśmiała się sztucznie i irytująco głośno.
Część 22 / 6
– Przyniosłem Matce trochę zupy warzywnej i kilka pszennych placków.
– Dziękuję ci, kochaniutki. – Milena przejęła posiłek. – Umieram z głodu… I z nudy – dodała bardzo cichym szeptem.
– Jeśli Matka chce, to dziś też mogę zostać dłużej – zaproponował chłopak, zdobiąc młodzieńczą twarz serdecznym uśmiechem.
Oczy więźniarki spłaszczyły się, a usta wygięły w dziwny lubieżny grymas. Odstawiła posiłek i uwiesiła się na kracie w nieudanej próbie przybrania uwodzicielskiej pozy.
– Bądź tak łaskaw mi przypomnieć: co my tu zazwyczaj robimy, kiedy zostajesz? – spytała, oblizując wargi.
– Rozmawiamy… – Zmieszał się strażnik.
– Rozmawiamy, powiadasz… – Zrzedła jej mina. – Na co ja liczyłam... – dodała, przewróciwszy oczami.
Część 33 / 6
– To Matka nie pamięta?
– A wiesz… Młoda już nie jestem, za kołnierz nie wylewam: otępienie starcze i te sprawy. Zmykaj już, muszę odpocząć. Ło! Ho, ho!
Strażnik wyszedł z raczej z mieszanymi uczuciami i dłuższą chwilę starał się zrozumieć, czego właściwie był świadkiem.
Tymczasem Matka Karevis wróciła do cienia na tyłach celi, usiadła na zimnej kamiennej posadzce i krzyżując nogi, zabrała się za jedzenie jałowej papy, zagryzając niedosolonymi podpłomykami.
– Arkturosie, daj mi siłę – westchnęła i z zamkniętymi oczami, zatkawszy ostentacyjnie nos, wpychała do ust porcję za porcją.
{i}– Sebil… Jesteś tam? –{/i} W myślach zadźwięczał znajomy głos, a oczy Matki pochłonęła szarość.
{i}– A gdzie mam być!? Gnije w więzieniu za nie swoje winy. O ja udręczona… O ja biedna… Oooo… Oooo!{/i} – Ukształtowała myśli w zawodzenie przepełnione iście mistrzowsko wyreżyserowanym żalem.
Część 44 / 6
{i}– Bardzo zabawne{/i} – oświadczyła telepatycznie prawdziwa Matka Karevis, robiąc użytek z połkniętego Jądra Arkturosa: artefaktu, który zespalał jaźnie dwóch posiadaczy bliźniaczych pereł pustyni. – Zbliżamy się do fortu. Jesteś sama? – spytała na głos tak, żeby jadąca obok niej Selekta usłyszała ich rozmowę.
Minęły właśnie palisadę opuszczonego kruczego fortu, w którym kilka tygodni temu stoczyły walkę z Walończykami.
{i}– Teraz tak, ale kręci się tu jakiś całkiem przystojny strażnik {/i}– oświadczyła Sebil obleczona piaskową iluzją i oblizała wargi.
{i}– Nawet o tym nie myśl!{/i} – przestrzegła ją Matka.
{i}– Romans podstarzałej zakonnicy z młodym dewiantem ze straży… To dopiero by był skandal {/i}– kontynuowała mistyczka, celowo grając Milenie na nerwach.
{i}– Sebil! {/i}– Matka przesłała gniewną myśl, która wywołała dreszcz na plecach brukijki. Gdyby nie magiczne przebranie, to sierść zjeżyłaby się jej na grzbiecie.
{i}– Oj dobra, nie bądź tak cnotliwa! Żartuję przecież.{/i}
Część 55 / 6
{i}– Ani mi się waż szargać mojej reputacji! Z czego nas utrzymam, jak popyt na nalewkę spadnie!?{/i}
– Żyjemy z pędzonej na lewo gorzały. Ech… Czy można upaść jeszcze niżej? – westchnęła na głos Brukijka.
{i}– Jesteśmy –{/i} oznajmiła Selekta, dźwięcząc echem w głowie mistyczki.
Matka Karevis służyła za astralny pomost pomiędzy ekspedycją nad Baskir, a Sebil uwięzioną w ratuszowym areszcie. Stan ten nazywano dwumyśleniem, a opanowanie kakofonii odczuć, jakie wywoływał, nie należało do łatwych zadań – niestety na tę chwilę nie miały zbyt wielu opcji.
– Nad wyraz tu spokojnie – szepnęła Milena, omiatając wzrokiem zgliszcza.
Nie ostało się zbyt wiele umocnień, które przetrwały magiczną eksplozję na moście. Wokoło poniewierały się rozrzucone pale ozdobione przez wylegujące się barwne jaszczurki i płazy, a wiatr zawodził rozpaczliwie, przeciskany przez szczeliny w szczątkowych obwarowaniach. O stoczonej bitwie świadczyła jedynie rozgruchotana brama i wbita w ziemię stalowa kula – tego w przeciwieństwie do strzał i porzuconego oręża żaden grasant nie podjął się ukraść.
Zakonnice uwiązały konie przy wejściu na teren rumowiska. Rozkazem cesarza uprzątnięto z niego ciała i zapewniono poległym typowo sungardzki pochówek – niezależnie od strony, po której walczyli za życia. Wilfred nie pozostawił tu stałej straży; nie było takiej potrzeby, gdyż rwący nurt pędzącego Baskiru uniemożliwiał szybką przeprawę. Obsadzona baszta obserwacyjna na jednym z pobliskich wzgórz i sporadyczne patrole wzdłuż brzegu w zupełności wystarczały.
Część 66 / 6
{i}– Uważajcie –{/i} ostrzegła mistyczka. – {i}Coś tu powietrze za gęste{/i} – dodała.
– Co masz na myśli, Sebil? – spytała werbalnie Milena: bardziej istotne kwestie wypowiadała normalnie, żeby Selekta miała zgrubne pojęcie, o czym rozmawiają.
{i}– Albo to pokłosie poczynań naszej zaginionej, albo ktoś tu czaruje {/i}– obwieściła Sebil.
Pomimo dzielącego ich dystansu, bliźniacze perły idealnie spajały świadomości. Dwumyślenie działało bez zarzutów; Milena wyczuwała zapach zapleśniałych, wilgotnych murów celi, a Sebil słyszała i widziała wszystko, co działo się wokół Matki.
– Ćśśśś… – Safonka, usłyszawszy coś na kształt warknięcia, dobyła miecza. – Teraz powoli; w stronę kręgu wzbudzeń – wyszeptała i wskazała drogę, a Matka skinęła głową twierdząco i podążyła tuż za nią.
Ostrożnie minęły resztki zapadniętego namiotu Burkharda i,