Melodramat · 9 min czytania
Pięć tysięcy kilometrów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jak to jest być tą „prawowitą”, legalną, jedyną, wiedziałam na samym początku. „Przyrzekam ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci” – mówił prosto w oczy w piękne, sobotnie popołudnie w kościele Św. Rodziny. Uśmiechał się, a wtedy jak zwykle pojawiały się te jego dołeczki. Mój mąż musiał mieć dołeczki, on je miał tylko dla mnie. Kocham go najmocniej ze wszystkiego co istniało kiedykolwiek na świecie, wiem, że to głupie i banalne, ale zrobiłabym dla niego bardzo, bardzo dużo. Poznaliśmy się w akademiku. Mieszkał razem z chłopakiem mojej koleżanki. Przystojny, z poczuciem humoru, ale skryty. Bronił swojego zdania w dyskusjach, lecz gdy się nudził, po prostu wychodził. Bez słowa. Podziwiałam go. Pokochałam, kiedy przypadkiem zastałam go samego w pokoju. Nie, przepraszam, nie był sam. Opiekował się 3-letnim chłopczykiem. Zaprosił mnie, zrobił herbatę, i powiedział, że to jego bratanek, siostra miała ważne interesy w urzędzie, i nie miała z kim go zostawić. Chłopiec miał na imię Edwin. Piłam spokojnie herbatę, i obserwowałam jego skupienie na Edwinie, troskę, czułość z jaką go karmił, błysk w oku, kiedy się bawił. Zawsze, kiedy było mi źle w trakcie naszego małżeństwa, wspominam tamten dzień. Był taki spokojny i stabilny. Byłam wtedy zarazem podekscytowana rodzącym się uczuciem i wzruszona jego opieką. Los chciał, że On też mnie pokochał. Byliśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Wiem to na pewno. Nie ma możliwości, by ktoś kochał mocniej, to już było fizycznie niemożliwe. Nasz ślub utrwalił i scementował to czym się darzyliśmy. Ujawniliśmy swe uczucia dwiema obrączkami na naszych serdecznych palcach. Eden trwał 3 lata, później był już tylko tępy ból i apatia. Poznał aktorkę. Była młoda, piękna, inteligentna… Okazała się jego największą pasją. Spędzał z nią każdą wolną chwilę. Nie krył się z tym przede mną, bo ufaliśmy sobie i naprawdę mu wierzyłam. Nie zauważyłam, lub nie chciałam zauważyć faktu, że najczęstszym tematem naszych rozmów była Ona; jej wspaniały talent, nowa rola, udany bankiet, choroba cioci, kłótnia z reżyserem. Wszystko mi opowiadał, przeżywał, analizował. Już przestał się dopytywać, jak mnie minął dzień, co słuchać w mojej pracy. Pierwszy etap trwał dwa miesiące. Wszystko widziałam, jako jedyna zaczęłam rozumieć, że to początek końca. Jego coraz częściej nie było w domu. Na początku dzwonił, i mówił, że wypadł mu dodatkowy projekt. Po dwóch tygodniach już nawet się nie odzywał. Kiedy w końcu wracał, ja zazwyczaj spałam, lub udawałam. Myślał, że nie zauważam, że nie kładzie się obok mnie, a idzie spać do salonu. Zniknął między nami jakikolwiek kontakt fizyczny. Zero dotyku, pocałunków, więc co dopiero mowa o seksie. To był czas dla mnie najgorszy ze względu na ciągle jeszcze tlącą się nadzieję. Mimo że nie umiałam funkcjonować już bez leków uspokajających, nadal wyobrażałam sobie co noc, że jutro przyjdzie z bukietem kwiatów, weźmie w ramiona i powie, że nigdy żadna inna nie istniała… Nic takiego się nie stało, był tylko jego spuszczony wzrok zbitego psa. Unikał mnie jak tylko mógł. Znałam go na tyle, i wiedziałam, że walczy ze swoim sumieniem. Był dobrym człowiekiem, więc źle mu z tym było, że zdradzał żonę. „Żona”… Pierwszy tydzień po ślubie ciągle tak do mnie mówił, w ogóle nie używał imienia. „Moja żono, zabieram cię na spacer!”, „Co dziś na obiad Żoneczko?!” W dzień przed jego odejściem nie wytrzymałam, upiłam się na umór. Tej nocy nie poszłam spać, postanowiłam twardo na niego czekać. Wrócił o drugiej. Siedziałam w salonie. Wyjęłam dodatkowy kieliszek i z ledwością mu polałam. Nie zauważył tego, bo od razu poszedł do łazienki. - O nie... – Pomyślałam. – Tak łatwo dzisiaj nie uciekniesz Mój Mężu... - Kochanie! Zapraszam cię na lampkę znakomitego wina przed snem! – Krzyknęłam w stronę łazienki opierając się o ścianę dla utrzymania równowagi. - Nie, dziękuję, nie mam ochoty na alkohol. - Usłyszałam przytłumioną odpowiedź zza drzwi. - Ale ja mam, i to wielką! Przyjdź, i zaszczyć swoim towarzystwem twą osamotnioną Żoneczkę! – Krzyknęłam po raz kolejny z lekką determinacją. „Koniec zabawy, chcę z tego wszystkiego zatrzymać chociaż mój honor.” W tym momencie On wszedł do pokoju. Spojrzał na prawie pustą butelkę po Chardone, na mnie, lekko zsuwającą się po ścianie i na kieliszek w mojej dłoni, którego zawartość wylała się na