Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 15 min czytania

Pięciu niewinnych

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Słońce zdecydowało się wreszcie wyjrzeć zza horyzontu wprost na złocistą dolinę. Agranoth stał niczym posąg wraz ze swoim wiernym sokołem na prawym barku, jego powieki zdawały się nie okazywać skruchy na widok bijących mu w twarz promieni słonecznych, ten nieustępliwy wzrok penetrował przepełniony złotem zbóż krajobraz, tę barwę dopełniały jeszcze błękit nieba, niemal nadzwyczajnie dzisiaj czystego, oraz soczysta zieleń lasów i łąk prezentujących się w oddali.. Agranoth był nadzwyczaj wyrośniętym, potężnie zbudowanym Vorypianinem z olbrzymimi ramionami i kucykiem ze śnieżnobiałych włosów sięgającym do połowy pleców. Mężczyzn z jego wioski nazywano nieraz niewinnymi pogromcami, wysokogórski klimat i mordercze treningi budowały najroślejszych mężczyzn jakich kiedykolwiek widział ten świat. Zaprawieni w boju, władający dwoma toporami, aczkolwiek z wyglądu codziennego bardziej przypominali niewinne miśki, pocieszni, odziani w grube niedźwiedzie skóry, zazwyczaj..

Dziś nie było na to miejsca, tu starczyły buty, przepaska i broń, bez której żaden mężczyzna się nie ruszał.. - Leć mój drogi Krotosie, leć i oświeć nas przed nastającym dniem - rzekł Agranoth lekko poruszając wargami. Sokół wzbił się w powietrze i poszybował ku widocznym w oddali młynom... - .. To będzie długi dzień .. - szepnął cichutko pod nosem zaczynając obracać się na pięcie. Gdy tylko się odwrócił, ujrzał czterech gotowych na wszystko, zdeterminowanych i zapalonych młodych mężczyzn, miał im dowodzić na prośbę ich ojca. Byli niczym przepełnieni żądzą krwi, świeżo po stracie jednego z pięciorga braci... Najstarsi dwaj, bliźniacy Yaragar i Vardenis, ubóstwiający ciskanie toporami w nacierających nań wrogów, młodszy Kreddal, bardziej rozgarnięty, aczkolwiek równie barbarzyński, oraz najmłodszy z braci - Marv, ten natomiast był z nich najniższy, zarazem najzwinniejszy, odnajdował się w tańcu, wirował między swoimi wrogami dzierżąc dwa obosieczne topory, nawet bryzgająca w niego krew nie była mu przeszkodą - nawet, bo to jedyne co było w stanie dotrzeć do niego w boju...

Ich obozowisko było usytuowane na skraju lasu, aczkolwiek wystarczająco dobrze zamaskowane, by skauci przebywających obecnie na tej fermie oddziałów armii królewskiej nie byli w stanie go dostrzec. Zależało im na tym, ponieważ chcieli momentu zaskoczenia, Agranoth polegał na swoim sokole, był on wyszkolony do pewnego rodzaju dostarczania informacji które pozyska podczas swego krótkiego lotu. Po niedługim namyśle z niemym uśmiechem na twarzy wyciągnął swe ramie przed siebie, niczym zahipnotyzowany patrzył na swą dłoń, którą po chwili przysłoniło mu ptaszysko. Krotos bezszelestnie przyleciał do swego pana, on już wiedział co to oznacza... Ów sokół został wytresowany tak, by lądować mniej zgrabnie gdy dojrzał jakikolwiek ruch na wybranym skrawku terenu, lub lądować bezszelestnie, jeśli wszyscy wciąż śpią, i nigdzie nie ma straży. Wszystko zapowiadało się niemal idealnie..

- Nie spodziewają się nas, prawda Agra? - przerwał ciszę Marv, pytając z taką pewnością wypowiadanych słów, taką tonacją, jakby znał już odpowiedź. - Nie spodziewają.. - skwitował Agranoth, następnie dodał - Ruszamy, obozowiska i tak nie znajdą. - Drużyna ruszyła z początku śmiało, szli wyprostowani, z kolejnymi metrami coraz ostrożniej zbliżali się do pierwszych zabudowań, od nich natomiast dzieliło ich już tylko pole zboża. Plony były już dosyć wysokie, można by myśleć o skradaniu się skulonym jedynie z głową nad złocistymi kłosami, ale w ich przypadku zboże sięgało im do kolan - bardzo rzadko zdarzał się mężczyzna niższy niż dwa metry. Zbliżyli się już na odległość rzutu toporem, znowu to samo, bo jeśli chodzi o mężczyzn z tej wioski to nie było takiego który by rzucał bliżej niż pięćdziesiąt metrów, a więc spory kawał drogi przed nimi, zwłaszcza gdy trzeba się skradać w miarę sprawnie przez pole zboża. W dolinie była idealna cisza, nie było ani wiatru ani ćwierkających ptaków. Na zbożu wisiała jeszcze poranna rosa, która dawała się we znaki przemoczonym nogom Vorypów..

Dotarli pod pierwszy budynek, wyglądał jakby na swego rodzaju karczmę, wszyscy ostrożnie zaglądali przez kilka okiennic do środka, dało się wyróżnić bar, oraz dużą ilość stolików z krzesłami pozasuwanymi do nich, idealnie czysto.. Licząc na moment zaskoczenia, musieli trafić do domostw w których byłaby wystarczająca ilość łóżek, by pomieścić łącznie trzydziestu wojaków wraz z ich uzbrojeniem. Na nieszczęście, Agranoth wiedział tylko o tych trzydziestu. Czwórka młodziaków podążała za rozważnie stąpającym po obcym gruncie przywódcy, w tej chwili trójka z całej drużyny ściskała w dłoniach swoje topory, natomiast bliźniacy mieli po dwie małe siekierki w każdej dłoni, kolejne dwie zawieszone u każdego boku, oraz dwa obosieczne topory na plecach. Ich broń była wykonywana przez ich własnego kowala, który sam hartował stal, oraz osadzał ostrza na rękojeściach tworzonych z najtwardszych drzew jakie dało się sprowadzić lub dostać w tych rejonach. Żaden z nich nie potrzebował zbroi na tę walkę, liczyli na bliski dystans a wtedy potrzebna jest zwinność, mieli więc na sobie zaledwie skórzane leciutkie ubrania i wytrzymałe wielowarstwowe buty które, mimo ilości owych warstw, były bardzo ciche... Dotarli do kolejnego domu, gdy byli pod ścianą dało się usłyszeć odgłos skrzypienia schodów w środku. - Najwyraźniej ktoś tu jest rannym ptaszkiem lub nie może spać... - Wyszeptał Kreddal. - Cii... Drzwi się otwierają! - Yaragar wskazał toporem na uchylone już lekko drzwi. - Oby nas nie zobaczył, po cichu do tyłu nim wyjdzie za próg.. - Szepnął Agranoth popychając lekko wszystkich do tyłu. Dopiero wtedy stało się coś, czego się nie spodziewali...

- Nie wiem po co królowi ta farma, przecież to tylko dwa młyny, kilka domostw i kilka hektarów zboża. - Mruknął jakby sam do siebie Persival - A może chociażby dlatego że u nas pod ziemią nie ma warunków do uprawiania pszenicy? Pomyślałeś o tym głupcze, że ma to dla nas wielkie znaczenie strategiczne, i król za wszelką cenę utrzyma tą farmę? - Odezwał się jego dowódca, Antonius. - Wybaczy mi Sir, nie pomyślałem o tym. Ale czemu nie możemy tego uprawiać u nas, na powierzchni? Mamy takie pola! - Persie próbował chyba nakręcić bardziej swego przełożonego żeby wyciągnąć z niego jakieś informacje. - Głupcze, tu klimat jest lepszy, nie słuchałeś co mówili mędrcy? Każdy rolnik się z nimi zgodzi, zgodzę się również i ja! Tutejsze zboże rośnie szybciej, większe, no i robactwo go nie zjada! Niczym Boska dłoń w tym przedsięwzięciu! - Lekko zbulwersowany głupotą niższego rangą wojskowego. - Ach tak, tak. Już rozumiem, Ale czy to aby powód by wysyłać tu.. - Persie nie zdążył dokończyć zdania, gdyż Antonius mu się wciął. - Persival, chodź no tu. Zobacz co leży pięć metrów przed domem. Widzisz to co ja? - Za drzwi wystawała jedynie dłoń wskazująca pewne miejsce, niestety Vorypowie nie widzieli tego co on, ponieważ widok zasłaniało im zboże. - Sir, to nie moja sprawka, przysięgam. Artur na pewno coś wie na ten temat.. Artur! Artur!? - Speszony Persival zaczął wołać swojego kolegę. - Człowieku, zbieraj to natychmiast, mówiłem Ci gdzie masz zostawiać swoje graty! Mówiłem, prawda!? - - Oż, kurka wodna! Co tu robi moja szata? I czemu jest w nią wbita strzała, hę? Ktoś mi za to zapłaci! - Skwitował oburzony widokiem Artur, jeden z wyższych rangą żołnierzy. - Sir, pozwoli Sir, że sam zajmę się tym kto to zrobił. - - Nie, ja się tym zajmę. Nie Ty.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pięciu niewinnych — czytnik · opowiadania