Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 38 min czytania

Pięćset metrów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PIĘĆSET METRÓW

Obserwował siedzącą naprzeciw parę z coraz trudniej skrywaną irytacją. Nawet głupi by zauważył. Flirtowali. Bez dwóch zdań. Lena przycupnęła na kanapie z podwiniętymi nogami; wyraźnie adorowała niedbale rozpartego obok Grześka. Adam przez chwilę walczył z chęcią wygłoszenia ostrej uwagi na temat dwuznaczności zaistniałej sytuacji, ale w końcu tylko wzruszył ramionami. Niechby i tam… Był przekonany, że jego pozycja w żaden sposób nie jest zagrożona. No dobra, przynajmniej tak mu się wydawało. W końcu coś musiał przyjąć za aksjomat. A jednak trochę się zdziwił swym podejściem do sprawy. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia. Czyżby coś się zmieniło? Po chwili namysłu musiał przyznać, że… jest jakoś inaczej. Na czym polegała ta inność? Nie miał pojęcia. Zresztą… Mniejsza z tym. To wcale nie prowokacyjne zachowanie tej dwójki było powodem kąsającej go złości. Cały wieczór był rozdrażniony i doskonale wiedział, co trenowało pizzicato na jego neuronach. Zdawał sobie sprawę, że nie było to miłe, ani sympatyczne, ale chciałby, żeby dziewczyna już sobie poszła. Owszem, zazwyczaj zostawała na noc, ale to była jedna z tych nielicznych chwil, gdy jej obecność nie była mu na rękę. Na swoje usprawiedliwienie miał, że naprawdę nielicznych. Tego dnia przyczyna był prosta i niezbyt wyrafinowana. Wręcz prozaiczna, a może nawet głupawa. Nic nie mógł poradzić na to, iż był fanatycznym wielbicielem piłki nożnej. Za kilka chwil biało-czerwoni mieli rozegrać kolejny mecz „ostatniej szansy”. To wszystko. Lena nie znosiła „kopanej”. Wspólne oglądanie meczów, jeśli nawet nie kończyło się utarczkami, nie sprawiało Adamowi żadnej przyjemności. Teraz również był przekonany, że dziewczyna nadal tu siedząc robi mu na złość, a jego wredny przyjaciel wydawał się być setnie rozbawiony zaistniałą sytuacją. - Będziesz oglądał mecz? – Pytanie zabrzmiało dość niewinnie. Pozornie. - Mam zamiar. - Po co ? Przecież wszystko jest już pozamiatane. – Prowokacja numer jeden padła wcześniej niż Adam się spodziewał. Lena wydęła wargi w ironicznym grymasie. No tak… Wyglądała z nim uroczo i kokieteryjnie. W dodatku figlarnie zmarszczyła mały, obficie nakrapiany piegami nosek. Bawiła się od niechcenia końcem grubego, rudego warkocza. Adam poczuł znajome „motyle figle” w podbrzuszu. Psiakrew, bestia wiedziała jakie są jego słabe strony. A może raczej, które są jej najmocniejszymi… - Wystarczy, że wygrają dwoma bramkami i awansują – mruknął bez większego przekonania. - Marzyciel… Było to ulubiony termin Grześka na opisanie związku przyjaciół. Nie było w tym żadnej złośliwości, za to wiele racji. Chyba naprawdę stworzeni byli do marzeń, a może raczej to właśnie one ich stworzyły. Od początku trwania swego związku karmili go wyobrażeniami o wspólnej przyszłości, sukcesach i celach, które mieli osiągnąć. Część z nich była zupełnymi fantasmagoriami, ale niektóre i owszem, udawało im się spełniać. Fakt, że nieliczne. No dobra, może jedno, a może kilka.. - Moje marzenia, w przeciwieństwie do twoich, mają przynajmniej teoretyczną możliwość realizacji – Adam odgryzł się z dużą dozą satysfakcji. - Ja nie mam marzeń – jakoś bez przekonania mruknął Grzegorz. - No, a na przykład… Kto od lat ględzi o nowym samochodzie, a ciągle jeździ wykopaliskiem? Rzeczywiście, wywołany do tablicy pojazd trzymał się kupy chyba tylko siłą woli właściciela. - A… To? - Mężczyzna jakby odetchnął z ulgą. – To nie są marzenia. To plany czekające w ko-lejce na realizację. Lena parsknęła śmiechem. Dołączył do niej Adam, a wkrótce potem i sam Grzegorz. Był typem słomianego zapaleńca. Równie szybko, jak podejmował decyzję zarzucał projekty których dotyczyły. Poza tym, co tu dużo mówić, większość z nich dotyczyła sfery materialnej, a pieniądze dziwnie się go nie trzymały. - No dobrze, starczy już tej radości – Grzesiek podrapał się odruchowo po nosie, w typowym geście zakłopotania.– Powiedzcie raczej, co z waszym największym marzeniem? Długo mam jeszcze czekać na wiążące decyzje? Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Lena wyciągnęła przed siebie nogi. Na cała długość, a miała co wyciągać. Oszczędna w gabarytach spódnica podciągnęła się odsłaniając wzorzyste manszety. Pończochy? Adam uniósł brwi w zdziwieniu. Tyle razy ją namawiał do urzeczywistnienia jego delikatnych perwersji. Bezskutecznie. Zawsze dowiadywał się, że to szalenie niewygodne. Nic nie pomagały tłumaczenia o wyjątkowo łagodnej formie jego fetyszyzmu, ani to, że żaden facet nie jest od jakiegoś jego rodzaju wolny. Poprawiła zawiązaną na szyi, Bóg wie zresztą po co, apaszkę czy chustę. Przez chwilę wydawało się Adamowi, że zrobiła to tylko po to, by przy okazji przesunąć palcami pomiędzy piersiami zerkającymi zalotnie z dekoltu bluzki. Wypięła je, prężąc się prowokująco. Tu też miała się czym pochwalić. Kpiąco spojrzała na swego chłopaka spod przymkniętych powiek. Adam, choć sam nieco zmieszany, złapał ukradkowe spojrzenie przyjaciela. Nie trudno było odgadnąć na co ów spoglądał. No cóż, był tylko mężczyzną. Nie dla psa kiełbasa, kolego. - Mam sobie pójść, tak? – Lena podciągnęła z powrotem nogi. - Przecież cię nie wyrzucam – burknął Adam po nosem. - Nie chcę oglądać pajaców w krótkich majteczkach, uganiających się za nadmuchanym pęcherzem. - Ja też – mruknął Grzegorz. - Akurat twoje zdanie najmniej mnie interesuje – Adam wzruszył ramionami z trudem tłumiąc irytację. Kątem oka widział, że drużyny wychodziły już na boisko. Dziewczyna machnęła z rezygnacją ręka. Wstała i wyszła do przedpokoju. Jej kanapowy towarzysz ruszył natychmiast za nią. Mijając Adama rzucił przez ramię. - Nieładnie. Przecież obiecałeś jej, że będziecie razem w każdej chwili i sytuacji. Nawet podczas transmisji piłkarskiej. - I zawsze będziesz mnie kochał – dodała Lena. - No właśnie. Nawet kiedy już będzie brzydka i stara. – Grzesiek skrzywił się pociesznie, unikając złośliwego kuksańca. Wywalił z satysfakcją język. - Nie dasz mi odejść, a sam nigdy nie zostawisz. – Lena znów machnęła ręką, ale mężczyzna sprytnie się uchylił. - Będziesz ją wielbił do końca życia i jeszcze dłużej – dopowiedział z uśmiechem atakowany, odskakując w kolejnym uniku. - Skąd on to wie? – warknął Adam. Przestawała mu się podobać ta nieoczekiwanie założona spółdzielnia. Zaczęli grać hymny. Lena zachichotała odrzucając głowę do tyłu. Miała taką smukła szyję. Tylko ta apaszka… Wcale nie spodobał mu się ten rodzaj śmiechu. Wyczuł w nim jakieś… lekceważenie? - Pamiętasz swoje ostatnie urodziny? Ładnie sobie wlałeś, a ja, co jak co, ale głowę mam solidną. Dobrze się bawiłem słuchając twoich deklaracji, marzycielu. – Wbrew swym słowom Grzesiek nie wydawał się być specjalnie rozbawiony tym wspomnieniem. - A słyszałeś też, że jeśli ktoś wejdzie mi w drogę, dostanie w zęby? – Na boisku losowali już strony. - Owszem – dziwnie poważnie odpowiedział Grzegorz. Raptownie zmienił temat. – Chodź Le-na, podwiozę cię do domu. - Daj spokój – zasapała, wciągając z trudem zamszowy, czerwony botek. – To raptem z pięćset metrów. Przejdę się. – Odrzuciła na plecy opadający warkocz. – Gdzie jest do cholery, drugi? Miała dość irytujący zwyczaj rzucania obuwia gdzie popadnie. - Pięćset, nie pięćset. To po drodze. Przecież wiesz jak jeżdżę – uśmiechnął się złośliwie. – Zdążysz na pierwsze kopnięcie. - Idiota. – Nie zabrzmiało to jak krytyka, raczej na stwierdzenie faktu. – Dobra, jedziemy. - No widzisz? Wiedziałem, że się skusisz. Taki mecz to nie byle co. – Grzesiek chyba dobrze się bawił konfliktem przyjaciół. Nieoczekiwanie poufale chwycił dłoń dziewczyny. Ten gest również nie spodobał się Adamowi. Lena delikatnie, lecz stanowczo uwolniła się z uchwytu. Wyglądała na nieco zmieszaną. - Idiota to za słabe określenie. Cześć, do jutra – pomachała swemu chłopakowi na do widzenia. Zamknął za nimi drzwi. Nasi mieli rozpocząć grę.

Wyszedł na balkon. Rzadko palił, ale były takie momenty, że nie mógł się powstrzymać od puszczenie „dyma”. Lena jak zwykle miała rację. Po dziesięciu minutach było już dwa- zero do tyłu. Szkoda było nerwów i oczu. To nie Grzegorz, to on był idiotą. Zaciągnął się. Spojrzał w dół. Uśmiechnął się do swych myśli. Uwielbiał tę dzielnicę, nie chciałby mieszkać nigdzie indziej. Przed momentem spadł krótki, ciepły deszcz. Opłukane z kurzu kasztanowce z ulgą wyprostowały wiechy kwiatów. Obficie rosnące między blokami bzy wypełniły powietrze oszołamiającym aromatem; na jakiś czas przytłumił nawet smród samochodowych spalin. Maj rozbuchał się na dobre. Popołudniowe słońce igrało z nim, miejscami wydobywając ostre kontury otoczenia, gdzie indziej czarując subtelnymi światłocieniami. Rześkie powietrze miało jeszcze niespotykaną później przejrzystość. Adam ze smutkiem pomyślał, że kiedyś taki mecz opróżniał ulice, teraz ruch nie zmalał nawet symbolicznie. Ulicą ciągnął sznur aut; z hamujących z piskiem autobusów wysypywał się tłum pasażerów. Gdzieś w oddali zawyła syrena karetki. Usłyszał sygnał komórki. Lena jak zwykle pewnie czegoś zapomniała. Wrócił do środka. Wyciszył telewizor; komentator mówiący o nadal istniejących szansach działał mu na nerwy. Spojrzał na wyświetlacz. Uniósł brwi w zdumieniu. Dzwonił potencjalny szwagier. Mówiąc szczerze, nie pałali do siebie braterską miłością. - Słucham? - Jesteś tam skurwysynie?! – głos w telefonie niemal eksplodował pasją. Adama nieco zatkało. Mimo braku jakiejkolwiek łączących ich nici sympatii, takie inwektywy nawet w tych nielicznych kontaktach, które się im przytrafiały, nie były na porządku dziennym. - O co ci chodzi? – Mężczyzna odburknął zaskoczony. - Akurat tej nocy nie chciało ci się jej posunąć, co?! Akurat tej nocy „pana Adama” nie swędział kutas! - Pytam się?! O co ci kurwa chodzi?! – „pan Adam” stracił cierpliwość i równowagę. - O co mi chodzi? Chodzi mi o to, że akurat dzisiaj zabrakło dla niej miejsca w twoim barłogu! Bo co? Bo akurat był jakiś pierdolony mecz!!!

Pogrzeby są wystarczająco przygnębiającą uroczystością, gdy żegna się znajomych; są przeżyciem traumatycznym, jeśli w drewnianej skrzyni leży bliska osoba. Zwłaszcza, gdy ktoś został uznany tej tragedii winnym i skazanym nawet bez wysłuchania mowy obrończej. Adam przetrwał uroczystość siedząc w ostatnich rzędach ławek. Tak jak nie został dopuszczony do okazania ciała, tak też nie pozwolono mu zająć w kościele bardziej eksponowanego miejsca. Nie był tym ani zaskoczony, ani specjalnie urażony. Nie zgadzał się jedynie z zrzuceniem na niego winy za śmierć Leny. Nawet Grzesiek nie do końca ponosił odpowiedzialność za nieszczęście. Nie mógł przewidzieć, że naćpany szczeniak wymusi pierwszeństwo, nie miał wpływu na to, że wiele lat temu komuś zachciało się posadzić drzewo tuż przy ulicy. Kasztanowca. Może gdyby nie jechał tak szybko, może gdyby Lena zapięła pasy… Ale przecież to było tyko pięćset metrów… Próbował uniknąć kolizji i pewnie by się udało, gdyby nie stanął mu na drodze potężny pień. Lena wybiła ciałem szybę i może nawet przeżyłaby, lecz jej lot brutalnie zatrzymał zakwitający właśnie olbrzym. Nie miała szans, z całym impetem uderzyła w popękaną korę. Zasady dynamiki Newtona były bezwzględne. Zerwane wstrząsem kwiatki w proteście, a może w żalu, okryły jej ciało białym kirem. Gdy po odebranym telefonie Adam przybył na miejsce zdarzenia, od razu wiedział, że nic się nie da zrobić. Lena leżała z rozrzuconymi ramionami; jedna z nóg skręcona pod nieprawdopodobnym kątem sprawiała wrażenie, że spogląda się na porzuconą szmacianą lalkę. Ktoś litościwie nakrył jej twarz chustą. Tą, którą nie wiedzieć czemu miała na szyi. Pokryły ją plamy równie czerwone, jak botek, który spadł z nogi. Bosa stopa w podartej pończosze zrobiła na nim porażające wrażenie… Nalał szczodrze do szklanki. Wiedział, że picie niczego nie rozwiąże, ale potrzebował znieczulenia. Nie mógł pogodzić się, ani ze śmiercią swej dziewczyny, ani z tym, jak potraktowała go jej rodzina. Fakt. Nigdy go nie akceptowali. Jej rodzice, ludzie starych zasad, nie mogli mu wybaczyć ich sposobu życia, a zwłaszcza wspólnych nocy. Tak jakby ją do czegoś zmuszał. A teraz winili go za to, że tym razem u niego nie została. Najgorsze, że w tym przypadku przyznawał im rację… Przechylił szklankę. Pocieszycielka odebrała mu na chwilę oddech. Złapał powietrze i popatrzył na trzymane w dłoni naczynie. Wcale nie czuł się lepiej. Puste szkło murszeje. Napełnił je ponownie…

Ocknął się. Zerwał się z fotela niczym rażony prądem. Przez chwilę nie wiedział gdzie się znaj-duje. Pokój wypełnił ostry blask. Co jest? Dopiero po chwili skołowany umysł Adama pojął, że na zewnątrz szaleje burza. Kolejna błyskawica rozświetliła wnętrze pokoju. Firanka targana gwałtownymi podmuchami wiatru wykonywała dzikie harce w otwartych drzwiach balkonu Z trudem wstał, potknął się o pustą butelkę. Zmełł po nosem kilka słów mówiących o życiu, ludzkim losie i starożytnych kobiecych profesjach. Wyjrzał na zewnątrz. Ściana wody ograniczała widoczność do kilkunastu metrów. Ulewa rozbryzgiwała się o gres balkonowej podłogi. Odbite krople padały na bose stopy Adama. Popatrzył w dół. Zaraz… Gdy wzrok trochę przyzwyczaił się do ograniczonej widzialności ze zdziwieniem ujrzał nieruchomą postać stojącą pod drzewem. Czy na pewno postać? Im dłużej wpatrywał się w ciemność, tym mniejszą miał pewność, że chodziło o ludzką formę. Może to jednak dziwnie ukształtowana kępa jednego z licznych krzewów? Kolejna błyskawica rozdarła mrok. Nie. To człowiek. I to kobieta. Męska percepcja bezbłędnie rozpoznała charakterystyczne szczegóły sylwetki. Widział ją tylko przez świetlistą chwilę… Wzruszył ramionami. - Wariatka – mruknął pod nosem drapiąc się po rozczochranej czuprynie. Przez chwilę próbował sobie przypomnieć, czy posiadał jeszcze w domu jakieś rezerwy alkoholu. Wydały mu się w danej chwili niezbędnie potrzebne. „ Obiecałeś”. Odwrócił się gwałtownie. W napięciu rozejrzał się wokół. Pokój był pusty. Jedynym zauważalnym ruchem były biegające po ścianach refleksy rzucane przez rozbujane wiatrem gałęzie. Układały się w niepokojąco realistyczne wzory. Nie było tu nikogo, kto mógłby wypowiedzieć usłyszane przez Adama słowo. Przetarł twarz. Oto skutki alkoholowej kuracji. „Razem w każdej chwili… I tym razem głos rozbrzmiał gdzieś za jego plecami. Ponownie się obrócił. Wyjrzał na zewnątrz starając się jak najbardziej skoncentrować rozbiegany wzrok. Pod bezlitośnie zalewanym przez deszcz drzewem nie zauważył już dziwnego mirażu. Po chwili wahania wyszedł na balkon. Za-drżał pod uderzeniem strug wody. Nikogo. Podszedł do barierki. Popchnięty dziwnym przymusem spojrzał w dół. W blasku wyładowania ujrzał widmową postać. Miała uniesioną i odchyloną głowę, patrzyła wprost na niego. Tak mu się przynajmniej wydawało, choć nie zarejestrował żadnych rysów twarzy; tam gdzie powinna się znajdować, spostrzegł jedynie biała plamę. „Nigdy nie zostawisz…” Targnął się w tył. Potknął się o próg balkonowych drzwi. Był zbyt pijany, by zachować równowagę. Runął na plecy jak długi, z impetem uderzył głową o podłogę. Przed oczami ujrzał błysk nie słabszy, niż blask piorunów uderzających raz po razie na zewnątrz. Przez chwilę leżał bez ruchu. Zaszlochał bezgłośnie. Nie z bólu. To przez głos, który słyszał. Był tak znajomy… Cholerna gorzała.

Nie mógł się na niczym skoncentrować. Współpracownicy przez pewien czas tolerowali jego humory; wszyscy znali sytuację, jednak ich cierpliwość zaczęła słabnąć. Dużo gorzej było z kierownictwem. Co tu dużo gadać. Robił błąd za błędem, a jego opinia w firmie zaczynała przypominać meteoryt. Spadającą gwiazdę. Ostanie spotkanie z szefem nie należało do najprzyjemniejszych. Wszedł do windy. Beznamiętnie patrzył na światełka podświetlające numery mijanych pięter. Potem spojrzał na swoje odbicie w lustrze stanowiącym jedną ze ścian kabiny. Nie wyglądał dobrze. Nawet we własnej, subiektywnej ocenie. Szara cera, wory pod oczami. Dziwne. Ostatnio sypiał długo i twardo. Może jednak środki nasenne, które stosował, nie wpływały zbyt korzystnie na powierzchowność. Oświetlenie zamigotało. Winda szarpnęła i stanęła z metalicznym zgrzytem. Na moment zapadła ciemność. Po chwili zapłonęło wątłe światło awaryjne. Wyobraźnię Adama opanowały obrazy mijanych w szalonym pędzie stropów kolejnych pięter dzielących go do parteru. Zacisnął zęby. Spokojnie. Za dużo marnych filmów. To tak nie działa. Odetchnął głęboko. Ze złością nacisnął przycisk alarmu. Nie doczekał się reakcji. A jednak… Drgnął. Coś usłyszał. Cichy stukot. Znajomy i jakby codziennie słyszany dźwięk. Zwyczajny, ale nie tu. Nie w windzie. Po chwili już wiedział. To był odgłos kroków. Słyszał je coraz wyraźniej. Zbliżały się. I już nie myślał, że był to odgłos zwyczajny i typowy. Nie do końca brzmiał normalnie. Były to urywane i nieregularne stąpnięcia kogoś chromego, utykającego. Odwrócił się. Zamarł; nie znał dotąd takich poziomów przerażenia. W lustrze nie ujrzał swego odbicia. Zniknęło. Za to, niczym przez otwarte na zewnątrz drzwi, widział szeroką, pogrążoną w nocnym mroku aleję, płytki chodnika i ocieniające go korony potężnych drzew. Kasztanowców… Roniły obficie kwieciem strącanym z gałęzi przez nieodczuwalne podmuchy. Nieliczne latarnie nie dawały sobie rady z ciemnością, mrugały przerywanymi łyśnięciami, zupełnie jak lampy windy. Adam nie wierzył w to co widział. Może właśnie ta niewiara, niwelująca uczucie atawistycznego strachu, pozwoliła mu podejść do granicy oddzielającej wnętrze windy od mirażu. Po chwili wahania wyciągnął rękę w kierunku powierzchni lustra. Coś kazało zatrzymać mu się w połowie ruchu. W widzianej perspektywie wszystkie lampy przestały filować, zapłonęły równomiernym, łagodnym blaskiem. Oprócz jednej… Ta zupełnie zgasła. Adam zbliżył twarz do szklanej tafli najbliżej, jak mógł, nie ryzykując jej dotknięcia. U pnia drzewa, do niedawna jeszcze oświetlanego wygasłą teraz latarnią, ktoś stał… Jeszcze bardziej przysunął twarz do szklanej powierzchni, tak blisko, aż powstały na niej chmurki skraplającej się pary jego oddechu. „W każdej potrzebie…” Głos dochodził zza jego pleców. Odwrócił się w okamgnieniu. Nikogo. Kabina była pusta. „…i w każdej sytuacji…” Słowa znów dobiegły z tyłu. Tyleż przestraszony, co trochę rozzłoszczony, obrócił się z powrotem. Irytacja umknęła w jednej chwili. Ugięły się pod nim nogi; usiadł na podłodze. Przeraźliwy zgrzyt niemal rozdarł mu mózg. Był niczym jęk kredy przesuwanej po szkolnej tablicy. Lustro nie ukazywało już pogrążonej w półmroku alei i choć może nadal, gdzieś w jego głębi czaił się jej obraz, teraz ukryty był zasłoną nieprzejrzanej mgły. Nie to było jednak najgorsze… Dwie dłonie o rozpaczliwie rozpostartych palcach, z widocznym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pięćset metrów — czytnik · opowiadania