Fantasy · 15 min czytania
"Pieczęć", rozdział I, część 2.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- No opowiadaj, opowiadaj… Przecież jesteś gońcem. Nie wierzę, że nie masz nic ciekawego do powiedzenia. Za długo cię znam żeby w to uwierzyć. - Mówię, że od jakiegoś czasu wszystko idzie jak z górki. Dostaję wiadomość, wyjeżdżam z miasta – Teartis wziął kolejny łyk piwa – przemierzam lasy i pola, docieram na miejsce. I tyle. Basta. - Przecież wiesz, że jeśli nie zaczniesz teraz, to jeszcze trochę cię podchmielę i będziesz gadać jak z nut. Co tak machasz głową? Nie wierzysz? Za dobrze cię już znam… Słuchaj, ja zacznę. Słyszałeś o tej szajce bandytów, którzy grasują nieopodal? Nie? Wielki goniec nie ma pojęcia o tym, co się dzieje dookoła niego? No dobrze, przynajmniej mam temat do opowieści… Nie martw się, nie podkoloryzuję. No, no. Zbastuj z tym piwem, bo nic nie zapamiętasz… Cicha woda brzegi rwie, co? Dobra… więc mój pewien znajomy, Morus, jest kupcem. Niedawno wrócił z Jurty, pojechał tam w celach związanych ze swoim fachem. Z czegoś trzeba żyć, nie? Chłopak handluje wszystkim, czym popadnie. Dywany, świece, lampy naftowe, biżuteria, sztućce, ryby. W jego wypadku im więcej, tym lepiej. Z Jurty wyjeżdżał z trzema ludźmi… jednego zgodził się przetransportować za opłatą, a pozostali dwaj byli wynajęci jako strażnicy. Morus zawsze był ostrożny… dlatego zapewnił sobie ochronę. Pewnie nie zdołałby wrócić, gdyby nie ci biedacy. Ciekawy jesteś co mu się przytrafiło, nie? Do nas dotarł z jednym człowiekiem… nigdy przedtem nie widziałem go takiego roztrzęsionego. Wyglądał jakby nie spał od kilku dni… Opowiedział mi o napadzie. Sam wiesz jak wygląda droga do Jurty. Lasy, pola, lasy. Jest parę wsi, ale nie wszystkie znajdują się przy trakcie. Morusa dorwali jakieś dwa dni drogi od Terwii… niemal na gościńcu. Zatrzymali się gdzieś przy drodze żeby przenocować. Tak jak zwykle się to robi, wiesz… ognisko, beczułka piwa, sen na workach z towarami. Zanim zdążyli się upić, przybyli tamci. Biedak nie pamiętał ilu ich było. Jeden ze strażników zachłysnął się piwem i okazało się, że ma strzałę w plecach… koleś, który zapłacił Morusowi za możliwość dostania się do Terwii stracił głowę. Zaczął krzyczeć i płakać, ruszył gdzieś biegiem i słuch po nim zaginął. Handlarz wskoczył na wóz razem z drugim żołdakiem. Pogonili muły, bo wiedzieli, że nie mają szans w otwartej walce. Przez jakiś czas gonił ich jakiś bydlak, ale potem chyba go trafili z kuszy, bo zaniechał… po jakimś czasie jeden z mułów padł – okazało się, że został trafiony na samym początku. Rana nie była bardzo poważna, ale wystarczyła, żeby zwierzę zdechło. Zostawili truchło i pojechali dalej. Podróżowali jeszcze podobno półtora dnia zanim dotarli do domu. Morus zastanowi się teraz kilka razy przed ponownym opuszczeniem miasta… zapowiedział już, że przenosi swoją działalność na Mały Targ. W ogóle to zaczynają tutaj dochodzić pogłoski o tej szajce, która ich zaatakowała… aż dziwne, że niczego o nich nie słyszałeś. Hej, nie spodziewałem się, że to wywrze na tobie aż takie wrażenie. Na pewno wszystko dobrze? Dobra, dobra nie naciskaj tak… już kontynuuję. Mówi się, że grupka nie jest duża… Nikt nie wie skąd się wzięła, ale jest prowadzona przez typka, który każe na siebie wołać Bajarz… czy jakąś tak. Podobno pojawili się w tych okolicach około sierpnia… dlaczego straż nic z nimi nie robi? Myślisz, że nie próbują? Był pomysł żeby obstawiać wsie posterunkami, ale ograniczono się tylko do konnych patroli. I zalecono żeby podróżować większymi gromadami. Tylko, że to nie pomogło… Nadal napadają na mniejsze wioski, haracze biorą – rzekł Aleks, wyjmując zza pasa nóż i rozglądając się po kantynie. Po kryjomu zaczął rzeźbić w stole jakiś symbol. Po chwili na blacie ukazała się podobizna byka.- Takim znakiem się posługują. Jak gdzieś zobaczysz, to znaczy, że nie jest bezpiecznie i powinieneś brać nogi za pas, rozumiesz? No i ostatnio zaatakowali jakąś karczmę. Jak ona miała? Jedna z tych lepszych…
***
Było już popołudnie, zaczęło się przejaśniać. Taertis zostawił za sobą wzgórze, na którym znajdowało się sioło.
Odkąd zobaczył symbol grupy Bajarza na studni, zaczął się zastanawiać nad nazwą karczmy, która padła łupem bandytów. W jego głowie panował ogromny zamęt, niezdyscyplinowane myśli nie chciały ułożyć się w całość, a wokół złowieszczej kantyny panowała aura tajemnicy. Posłaniec starał się „rozwiać” mgłę niepewności, lecz na nic zdawał się jego wysiłek. Przemierzał sporą polanę pokrytą trawą, która sięgała stojącemu człowiekowi do połowy uda. Zdawał sobie sprawę z tego, że im szybciej zostawi za sobą otwartą przestrzeń, tym lepiej. Łąka wydawała się oazą spokoju, ale kuriera niepokoił las, który rósł naokoło. Mroczny bór mógł dać schronienie najróżniejszym niebezpiecznym stworzeniom. Najgorsze z nich chodziły na dwóch nogach i potrafiły posługiwać się łukiem lub kuszą. Posłaniec nadal błądził w swoim umyśle, szukając odpowiedzi na pytanie, od którego mogła zależeć cała jego przyszłość. Jak nazywała się karczma zaatakowana przez Bajarza? Gdzie leżała? Nie zamierzał przejeżdżać w odległości mniejszej niż trzy mile od ongiś napadniętej tawerny i miał nadzieję, że zbudowano ją bliżej Jurty. Wokół tego miasta znajdowało się wiele zajazdów… „Kieł”, „Milowiec”, „Artur Leebs”,„Ermis”… żadna oberża w promieniu kilkudziesięciu mil nie mogła się jednak równać z „Ozorem”. Karczmarz Woldek wynajął kilku śmiałków, by bronili jego dobytku…
Myśli Taertisa zwróciły się ku Lurdze. Na trakcie wiodącym do miasta znajdowały się jeszcze trzy placówki. „Ozór”, który leżał najbliżej, następnie „Podest”. W granicach Lurgi znajdował się „Złoty Miech”. Dobrą opinią cieszyła się tylko pierwsza i ostatnia tawerna. Obydwie oferowały usługi na niebanalnie wysokim poziomie, a ich właściciele cieszyli się poważaniem i bardzo znaczącymi znajomościami, które umożliwiały sprawne funkcjonowanie karczm mimo oddalenia od aglomeracji. Co jeśli Bajarz napastował jeden z tych trzech zajazdów? Podróż w okolicy takiej oberży wiązałaby się z dużym zagrożeniem. Jeśli bandyci złamali opór właściciela, to bez problemów mogliby codziennie „odwiedzać” kantynę. Zaczęliby obozować bliżej niej, a zimą skorzystaliby z usług biednego karczmarza. Właśnie dlatego Woldek wynajął ochroniarzy… nie robiłby tego bez powodu. Teraz mógł bez wahania stawić czoła rozbójnikom. Taertis nie wątpił w zaradność szefa „Ozora”, lecz instynkt kazał mu zastanowić się głębiej. Możliwe, że to właśnie ta placówka stała się ofiarą złoczyńców. Olśnienie pojawiło się niespodziewanie. Niepokój gońca wzrastał z każdą chwilą, gdy myślał o karczmach wybudowanych na gościńcu prowadzącym do Lurgi. Kurier poczuł, że to właśnie "Ozór" stanowił niebezpieczeństwo.
Część 22 / 2
***
-No i ostatnio zaatakowali jakąś karczmę. Jak ona miała? Jedna z tych lepszych… "Ozór"! -"Ozór"? Nie może być. Przecież to nie jest byle speluna. -To tylko pogłoski, ale dobrze radzę... weź je pod uwagę.
***
Teartis przeklinał siebie za to, że pozwolił sobie na wypicie takiej ilości alkoholu... Ten wybryk mógł kosztować go nawet życie. Wszystko było już pewne... Nie mógł jechać do Lurgi najprostszą drogą. Musiał znaleźć objazd.
„No dobra, weź się w garść. Pomyśl raczej o tym, co teraz zrobić... – dumał Taertis - trzymać się traktu? Cholera... na pewno siedzą w jakiś krzaczorach przy nim i czekają na pacana, którego będą mogli ograbić… nie uda mi się koło nich przemknąć. Trzeba jechać okrężną drogą. W poniedziałek wiadomość ma być w Lurdze. Szlag.…