Fantastyka · 45 min czytania
Piekielna wariacja duszy obłąkanej - collage
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
PIEKIELNA WARIACJA DUSZY OBŁĄKANEJ -COLLAGE-
Prolog Z sąsiedniego pokoju dochodziło stłumione bicie zegara. Północ nadeszła niepostrzeżenie. Właściwie, dopiero, co zaszło słońce, a teraz przez łuk wysokiego okna wpadała blada poświata księżycowej pełni. „Jakie to Piękne” - pomyślała, ale zaraz prychnęła sama na siebie - „i jakie banalne”. Zamknęła starą księgę oprawioną w szkarłatną skórę i zgasiła świecę. Nie chciało jej się czytać. Godzina widm może i nastrajała do zgłębiania wiedzy tajemnej, ale teraz nie miała na to ochoty. Wolała po prostu delektować się nocą. Blask księżyca spłynął na wiszący na ścianie krzyż. Otoczył biblioteczkę, stolik i w połowie pustą butelkę. Wreszcie rozlał się na łoże zasłane czarnym jedwabiem. Srebrny pentagram na okładce księgi, zalśnił zimno i groźnie. Demoniczne cienie tańczyły na ceglanych ścianach, a lekko pożółkła firanka drgała strachliwie. Nie zauważyła, kiedy zapadła w sen. Spała niczym dziecko. Spokojnie, cicho i bezpiecznie. Delikatnie, lecz mimo to zdecydowanie, w jej świadomość wdarło się monotonne stukanie. Zdziwiona, nie bardzo przytomna otworzyła oczy. Wciąż było ciemno, wciąż księżyc roztaczał wokół trupią poświatę. Stukało cały czas. Raz za razem, wytrwale, nieustępliwie. Sen odszedł, lub może został przegnany, a jego miejsce zajęło świadome myślenie. „Przecież to do drzwi” - wreszcie zdała sobie sprawę, co się dzieje. „Jakiś gość, o tej porze? Nikogo się nie spodziewam...” -Chwileczkę - powiedziała niepewnie i wstała by otworzyć...
I -Ty diable - wyszeptała i przytuliła się mocniej. Była Piękna, ciepła i kusząca. Może i faktycznie, dla wielu nazbyt wyzywająca i bezpruderyjna, ale pasowało to do niej. -Nie jestem diabłem. Jestem twoim kochankiem Mała - pogładziłem kruczoczarne włosy i objąłem ją ramieniem. Przyciągnąłem do siebie. -Ależ jesteś nim, mój kochanku. Obok mnie leży diabeł, a jego bóg, jest we mnie tak często, że gdy wychodzi, czuję jakby brakowało mi powietrza. -Bluźnisz Maleńka. -Nie mój diable. Ja wierzę. Wierzę gorąco. Co dzień, co noc pokutuję klękając przed diabłem, biorąc do ust i w siebie jego ciało. Przecież diabeł jest aniołem... Zresztą... przejrzyj się w lustrze. Mógłbyś być nawet Chrystusem. Jest do Ciebie tak podobny... -Jezus Chrystus wygląda tak jak ja? - Nie mogłem się nie uśmiechnąć. To prawda, że czułem się wyjątkowy, ale pierwszy raz stałem się jednocześnie barankiem i bestią. Nie odpowiedziała. Zamiast tego objęła mnie nogami i mrużąc ciemne oczy wpuściła do swego ciała. Ruszała się jak kotka, z gracją, z lekkością, z perwersyjną profesją. Skręcała się niczym wąż, lubieżnie oblizywała i zagryzała rubinowe wargi. Igrała z moim podnieceniem. Oddawała się swojej - jak powiedziała - pokucie, z pasją i żarliwością. Ogarnęła mnie bezkresna błogość. Głaskałem dłonią i wzrokiem śliskie pończochy opinające jej nogi, kształtne biodra, bezwstydnie obnażone łono, udekorowany kolczykiem brzuch, krągłe piersi, łabędzią szyję naznaczoną piętnem szatana i Piękną twarz emanującą ekstazą. Zamkowa komnata zawirowała mi w uniesieniu. Dziesiątki świec i świeżo ściętych róż tańczyły ze sobą i śmiały się z tej bluźnierczej pseudo-mszy. Wielki krzyż na ścianie wydawał się groteskowy, ale jednocześnie groźny, patrzący z wyrzutem, żądający kary. Nie było czarnego kota, ani koguta, nie było krwawej ofiary, ani wyszukanych, tajemnych rytuałów. Mimo to czar wypełniał zamek. Miłość może być zła... Zaczynał się trzeci dzień, od kiedy spytałem ją o drogę. Tak krótko, a wystarczyło, bym pokochał moją ufarbowaną na czarno wiedźmę - kapłankę - kochankę, jej Piękno, jej tajemnicę, jej zagubienie i poszukiwanie, jej głęboką duszę skrzętnie ukrytą przed światem. Kochałem też ten chłodny zamek, mimo, że w tej chwili jego sypiące się mury dusiły mnie, zaciskały między sobą i dławiły niemal druzgocząc żebra. Świece, róże i pajęczyny wirowały przede mną jak szalone. W środku nich tańczyła czarnowłosa Piękność, a z poza tej wizji pachniały kadzidła, palone liście i kurz. Z żarłoczną chciwością zachłysnąłem się jej grzesznym wyuzdaniem i nagle zapragnąłem jej innej: niewinnej, skromnej, oddanej w miłości i wiernej. Stanęła przede mną w białej sukni i była jeszcze Piękniejsza. Tak samo nieprawdziwa, tak samo zagubiona, ale jeszcze bardziej Piękna. Bez skazy. Zabrałem ją do ogrodu. Powietrze było dużo świeższe, trawa perliła się rosą, a żółty blask wschodzącego słońca zamienił klomby róż w rzeźby ze szczerego złota. Zbudzone ptaki, skaczące swobodnie króliczki i ciemna bryła zamku przyglądały się, jak kochamy się nad brzegiem stawu. „Mogłaby być moją Kobietą” - pomyślałem upajając się jej urodą i zaczarowaną wonią róż. - „Czegóż nam więcej potrzeba? Ten mroczny zamek i bajkowy ogród skryte przed paskudną resztą świata, dałyby nam schronienie, a sami siebie obdarowalibyśmy radością i szczęściem.” Znów na nią patrzyłem. Leżała trochę zmęczona, mokra od rosy i potu, Piękna. Nagle zrozumiałem, dotarło do mnie, że ta zjawiskowość, to przecież jedynie chwila. Jeśli z nią zostanę, zestarzejemy się, opatrzy się nam nasz widok, osłucha głos, a z żaru miłości zostanie jedynie węglik przywiązania. Przecież za dwadzieścia, trzydzieści, może pięćdziesiąt lat, z jej Piękna zostanie tylko mgliste echo wspomnień... Żal i złość, niezmierzony smutek, zalały mnie niczym ocean. Czemu wszystko, co dobrego mnie spotyka musi minąć? Każde Piękno zaciera się, ustępuje miejsca szarości i beznadziei. Nienawidzę tego świata, tego Piękna, które tak kocham! NIENAWIDZĘ!!! To Piękno musi umrzeć! Może wtedy zostanie na wieki? (...) Leżała blada jak śmierć, którą teraz się stała. Woda w stawie bezszelestnie muskała śliczną twarz, gładziła ufarbowane na czarno włosy. Ułamałem pąsową różę i złożyłem na jej piersiach. Miała kolor jej ust i była równie martwa. Obie były Piękne. Piękno umarło. Leżałem u jej boku. Byłem wciąż jej kochankiem i wiem... byłem diabłem...
II Nie pamiętam, co się stało. Czy dosięgła mnie kara boska, czy też przypadkowy piorun, czy już za życia miałem odpowiedzieć za grzechy swoje i te odziedziczone po prarodzicach? Zapomniałem moje Piękno, które przecież chciałem uczynić wiecznym. Może nie zapomniałem, może zostało mi zabrane? Nie pamiętam jej imienia, jej urody, oczu, ani włosów, ani nawet dotyku. Nie pamiętam, czy była dla mnie aż tak ważna, by powiedzieć jej te dwa słowa, które choć znaczą najwięcej są najbardziej wyświechtanym, obłudnym i pozbawionym głębi frazesem. Gdzieś w głębi duszy został okruch lodu, przypominający o bolesnej stracie, lecz co straciłem? Nie wiem. Wiem tylko, że było to Piękne i że powinienem to odzyskać, odnaleźć, albowiem nic innego nie jest w stanie mnie ucieszyć. Mówi się o mnie, że jestem diabłem. Staruszki na mój widok się modlą, dziewczyny przechodzą na drugą stronę ulicy, mężczyźni patrzą na swoje buty, a dzieci chowają się za rodzicami... Chyba rzeczywiście jestem diabłem... Lecz gdzie w takim razie moje błoniaste skrzydła i czemu mój tyłek nie jest obolały po upadku z nieba? Więc może nie jestem?... Skoro tak, to po prostu opętany grzesznik. Tak, to upraszcza sprawę i nawet daje gotowe rozwiązanie. Wystarczy się wyspowiadać. Tylko komu? Księdzu? Śmieszne. Ani ja mu nie zaufam, ani on mnie nie zrozumie, nie rozgrzeszy, a pokutę odczyta z losowej strony Pisma. Więc spowiadam się sam przed sobą. Ciekawe, czy potrafię być tak szczery. Taka szczerość wszak boli najbardziej... Więc cóż jest moim grzechem?... po za tym, że chyba „grzech” powinno być moim drugim imieniem?... Pewnie to, że za bardzo i za dużo pragnę. Że za bardzo kocham i nienawidzę pełną piersią. No i może to, że cudze piętno ciągnie się za mną od urodzenia (a przynajmniej tak tłumaczą moją ułomność - wolną wolę). Tak ogólnie. Szczegóły mi umknęły, chyba były nieistotne, a tego, co ważne, nie pamiętam, ale sam siebie błagam: „wybacz mi i odpuść”. Może kiedyś, jak zwykle, w pijackim widzie, przeleję tą rozpacz na papier. On jest cierpliwy, wyrozumiały i nie płonie. Może on mi wybaczy, jeśli nikt inny nie zechce... Nie potrafię sobie dać nauki i pokuty. Ale gdzieś, z głowy przyszła mi na myśl - rada. Idź i szukaj. Szukaj, a znajdziesz. Może wtedy będzie ci wybaczone, w końcu cel uświęca środki... Ruszyłem odnaleźć swoje Piękno... choćby tam, gdzie nikt nie powinien wchodzić...
Część 22 / 2
III Przeszedłem świat w szerz i wzdłuż. Poznałem tysiące miejsc i w żadnym nie znalazłem ukojenia. Żadnego nie zapamiętałem, w żadnym nie zbliżyłem się do człowieka. Nie powiem, żebym stracił nadzieję, bo tej nigdy nie miałem. Ot, szedłem, bo wiodła mnie moja kochanka - droga. Na pokuszenie, lub ku zbawieniu. Lub zupełnie gdzie indziej. Nie miało to dla mnie znaczenia. Nocą prowadził mnie skowyt wilka i krzyk sowy, a w głośny dzień - szept wiatru. Ceglana kapliczka. Zniszczona, sprofanowana, zagubiona wśród wybujałych krzaków. Zaciekawiła mnie, choć nie powinna. Krzewy nie płonęły i nie dochodził z nich Głos. W kapliczce nie było nic nadzwyczajnego, a mimo to podszedłem, by się przyjrzeć. Ot, mały budyneczek, trochę obrośnięty mchem, zamknięty żelaznymi wrotami. Stal była zimna, o dziwo nie tknięta rdzą. Rozejrzałem się jeszcze raz. Pomiędzy dzikimi krzewami i wysoką trawą przebłyskiwała szarość nagrobków. Chyba bardzo starych, choć nie wiem na pewno. Napisy były w nieznanym mi języku, a daty zatarte. Poczułem, że namiastka Piękna - może fałszywa, może prawdziwa - jest gdzieś blisko. Może sprawił to dziwny majestat śmierci, może tajemniczość miejsca, może wymowa odpiłowanych krzyży rozrzuconych na pohańbienie, a może to było tylko złudzenie. Musiałem szukać. Wróciłem do kapliczki. Po dwóch stronach wrót stało po dwóch jeźdźców. Wszyscy nieruchomi niczym pomniki, wszyscy milczący i groźni. Pogłaskałem po łbie konia pierwszego z ich. Białe zwierze było ciepłe, żywe, gotowe do galopu, ale wciąż nieruchome. Drugi koń, ognisty, stał z nogą uniesioną niczym w kłusie. Również się nie ruszał. Trzeci, czarny, minimalnie pochylił głowę. Może mnie witał, może ostrzegał, może tylko mi się wydawało? Ostatni rumak był trupioblady. Także stał w miejscu, ale wyraźnie oddychał. Gdy się zbliżyłem położył mi łeb na ramieniu. Emanował od niego chłód, spokój i siła. Spojrzałem w twarze jeźdźców, lecz nawet nie drgnęły. Widać nie nadszedł czas, w którym mieli się ocknąć ze snu – nie snu. Czemu mi się ukazali?... Ech, są, to są... Ponownie zbadałem wrota do kapliczki. Nad nimi na przytwierdzonej do ściany mosiężnej tablicy coś było napisane. Część liter pożarł czas, inne zakrył mech, lecz fragment - króciutki fragment - był czytelny: „...przeze mnie droga...” Droga zawsze była jednym z moich przewodników. Skoro kazała iść tędy, musiałem posłuchać... Ciekawe, czy gdyby cały napis był odsłonięty, chciałbym nadal otwierać te odrzwia?... Po co się oszukuję, przecież doskonale wiedziałem co było napisane nad bramą i doskonale wiedziałem, gdzie ona prowadzi... Pchnąłem lekko. Zgrzytnęło. Wrota, właściwie same rozwarły się na oścież. Powiało chłodem, zapachem bagna, grzechu i wolności... Piekielna dolina nieodparcie kojarzyła mi się z Rzymem za Nerona. Niebo krwawiło łuną, a zamiast deszczowych chmur, snuły się po nim czarne obłoki dymu. Zupełnie jakby w pobliżu płonęło wielkie miasto. Gościniec był porządny, brukowany. Szło się wygodnie, tylko rozglądanie się po okolicy nie było przyjemne. Wzdłuż traktu, zamiast drzew jeżyły się udekorowane zwęglonymi zwłokami pale. Dalej, aż po horyzont, była tylko czerwona pustynia i nagie skały. Skądś, nie wiem skąd dochodziły jęki i zawodzenia, a w powietrzu unosił się trudny do wytrzymania odór spalenizny, gnijącego mięsa, smoły i siarki. Jak mniemam, wracać nie było po co... Szedłem, więc dalej. Nie odczuwałem jakiegoś szczególnego strachu, nie cierpiałem i nie płakałem nad ogromem śmierci. Na to byłem zbyt nieczuły, praktyczny i oschły. Było mi po prostu niedobrze, a smród wcale nie ustępował. Z przekąsem pomyślałem, że za świeże powietrze mógłbym oddać diabłu duszę. Zaśmiałem się głośno, z własnego dowcipu. Idę przez piekło i proponuję własną duszę w zamian za odświeżenie... A czy ja w ogóle mam duszę? „Ciekawe, czy rzeczywiście, jest tu coś takiego jak Rzym?” - Spytałem w myśli sam siebie nie oczekując odpowiedzi. Ta jednak padła: -Babilon... Jak mogłem nie zauważyć starego diabła idącego obok mnie? -Babilon, który wiecznie płonie grzechem, rozpustą i zatraceniem. - Starzec mówił to obojętnie, nie patrząc na moją reakcję. - Ale tobie tam nie po drodze. Po co miałbyś chodzić do miejsca, które nie zrobi na tobie większego wrażenia niż to tutaj? Bo widzisz, każdy ma swoje piekło, a raczej dla każdego to samo piekło jest inne, rzekłbym „indywidualne”. Ot, taka pełna obsługa klientów. -Kim jesteś? - Udało mi się mu przerwać. Nieco zdziwiony pytaniem pogładził siwą brodę i strzepnął wulkaniczny popiół, który osiadł na jego garniturze. -Właściwie, to nikt tego jednoznacznie nie określił. Na pewno jestem diabłem... jak ty... chyba... Z reguły robię za księgowego, czasem bibliotekarza, czasem przewodnika. Co się trafi. -Masz imię? -Pewnie mam. Najczęściej Belzebub, choć wszyscy tutaj, nazywają się, lub raczej są nazywani tymi samymi imionami, w zależności od sytuacji. Ale to przecież nie ważne. -Gdzie, zatem idziemy, jeśli Babilon nie jest dla mnie? -Właściwie, idź, dokąd chcesz. Tu jest wolność. Przecież nikt cię do niczego nie będzie zmuszał... Może gdybyś przybył tu w tradycyjny sposób, mniej by ci się podobało, choć kto wie? Nawet niektórym z „nich” jest tu lepiej niż na ziemi. Ja ci powiem, nie ma gorszego miejsca niż ziemia. Ten z góry, jakoś źle to wymyślił, że pokutuje się u nas. Tamten świat jest znacznie gorszy. -Pewnie masz rację. Nie znam piekła, lecz ziemia, to ból i nienawiść, zdrada, okrucieństwo i nicość. Przede wszystkim nicość. -Chodź ze mną do twierdzy. Zawsze to ciekawsze, niż błąkać się tutaj i wdychać ten odór. Ruszył szybciej, a ja za nim. Trochę kuśtykał, jakby jedną nogę miał krótszą. A może przetrącił sobie stawy przy upadku? -Nazwałeś mnie diabłem, dlaczego? -A nie jesteś jednym z nas? Wyglądasz, jakbyś był. I nic cię nie obchodzi, zupełnie jak nas. Nie wiedziałem, że ludzie też mogą być tacy zimni... -Nie czuję się człowiekiem... raczej... -Nieważne. Po co tyle gadać? Jesteś, kim jesteś. Na pewno kimś niebanalnym, skoro znalazłeś się tutaj, w tej wersji piekła. Ogromna czarna cytadela przesłoniła nam pół krwawego nieba. Nie wiem, kiedy się przed nią znaleźliśmy, ale nie pytałem. Popatrzyłem na ciężką żelazną kratę chroniącą wejście. Nikt przy niej nie stał. W środku, też nikogo nie było widać. Mój towarzysz również zniknął...
IV Mrok, który mnie ogarnął był zimny i gęsty. Nie widziałem nic, nawet własnych dłoni. Chyba się bałem. Strachem okropnym, panicznym, strachem przed nieznanym, dziecięcym strachem przed ciemnością i strachem topielca, gdy zamyka się nad nim woda. Zawieszony w czarnej nicości płynąłem jak okręt widmo. Dryfowałem z nikąd do nikąd. Krzyczałem i nie słyszałem własnego głosu. Rzucałem się, próbowałem uszczypnąć by przebudzić, ale nie mogłem się odnaleźć w tej ciemności. Samotna świadomość pogrążona w próżni. Jezu, co za okropny stan... I tak całą wieczność?!!? Żarzący się wściekłą zielenią krzyż przepłynął gdzieś obok mnie. Gdzieś dalej rozbłysnął burdelową czerwienią półksiężyc. Zamrugał pentagram i zapaliły się starodawne runy. Pojawiły się gwiazdy. Nie, to oczy. Mrużyły się, świeciły, obserwowały. Z piorunem w ręce przemknął cień Zeusa i wieloręka Kali. Mglista, purpurowa poświata rozlała się na dole i niekontrolowanie pełzła w górę, ku mnie. Tonący w krwawym świetle korytarz był pusty. Z nadzieją szukałem swojego towarzysza - diabła - przyjaciela, lecz go nie było. Byłem sam, absolutnie i bezwarunkowo. W totalnej ciszy, której nie mogły zmącić ani moje kroki, ani słowa. Patrzyłem na ściany. Tysiące fresków, obrazów, płaskorzeźb. Mroczne postacie mędrców z rogami i oślimi ogonami, rozpustnych kobiet, pijanych mężczyzn, sceny bałwochwalstwa i mordu. Magiczne symbole, sentencje w tysiącu językach i pnący się wszędzie bluszcz. Szare ryciny i kapiące złotem ołtarze z odwróconym krzyżem. Wielki pentagram z wpisaną w środek głową kozła. Ogromny szczur z świecącymi na czerwono oczami. Bluźniercze witraże. Arrasy ze splamionych krwią prześcieradeł... Czy to było okropne? O tak! Okropne, szaleńcze, hipnotyzujące i demonicznie Piękne. Czyżbym znalazł to, czego szukałem?... Wszystko zgasło. Jak ostatni płomień nadziei. jak cienka świeczka będąca odbiciem czyjegoś banalnego żywota. Stałem sam. Korytarz był szary i pusty, a przede mną były dębowe, proste drzwi...
V Gołe, zimne ściany zamknęły się wokół. Nade mną, z zakratowanego okienka czerniła się noc. Były gwiazdy i była złowroga kometa. Podłoga - sucha, zakurzona, zdradzała jaśniejszym okręgiem miejsce, gdzie niedawno stały duże, dębowe beczki z winem. Czemu je zabrano? Ktoś się bał, że położę się pod szpuntem i dokonam wieczności spijając spadający szkarłat kropli? Gdzieś na zewnątrz biły dzwony. W tej niesłychanej ciszy ich dźwięk szedł milionem ech i dudnił w całej mojej duszy. Coś się poruszyło ukryte w cieniu z lewej strony. Stał tam człowiek. Zwykły, szary, z miękkim kręgosłupem, spuszczonymi ramionami i głową. Ani się nie bał, ani nie cierpiał. po prostu, zagubił się w tej pustej piwnicy. -Czy widziałeś kiedyś Piękno? - Spytał cicho, bez nadziei, bez przekonania, że odpowiedź może istnieć. -Chyba tak, lecz go nie pamiętam. -Czy ceniłeś je i uwielbiałeś? -Nie wiem, nie pamiętam... -Jestem szczęśliwy - rzekł nie próbując ukryć łzy. - Ja dotknąłem Piękna. Byłem kimś i znaczyłem więcej niżbym chciał. Piękno siadało mi na kolanach i było tylko dla mnie. A ja je znieważyłem... Czy znieważyłeś swoje Piękno? -Nie wiem, nie pamiętam... -Ja je skrzywdziłem, rozdarłem i zbrukałem. Gdy to zrozumiałem, chciałem odpokutować. Dawałem datki i darowizny i stawiałem kościoły i fundowałem misje i byłem mecenasem sztuki. Potem wszystko rozdałem biednym i kazałem się poniżać. Błagałem Kobietę w czarnej skórze, by mnie upodliła. Odbyłem na kolanach pielgrzymkę, a potem znów stałem się panem. Piłem wino i tańczyłem z milionem dziwek. Ale Piękno nie wróciło, a żal po nim dziobie moją duszę. Jak sęp, przylatuje co noc i rozrywa moje trzewia. W moim Pięknie było tchnienie boga. Straciłem je i straciłem boga w sercu. Na ziemi nie znalazłem ukojenia. I tu też go nie ma. Czy wiesz, gdzie jest twoje ukojenie? -Nie wiem... -Mroczny pan przybył do mnie, lecz nie przyniósł mi bólu, ani ulgi. Powiedział, że tu zostanę i dał mi kwiat. Nędzną namiastkę mojego Piękna, a może jego cień, który ma mi je przypominać... Wyjął czerwony, nigdy nie więdnący mak. Patrzył na niego chwilę. -Czy ty też dostałeś mak? -Nie, ja miałem różę, lecz i jej nie pamiętam... -Jesteś taki jak ja. Widzę to, a jednak... Ty kochałeś swoje Piękno. Zabiłeś je, lecz w pełnym szacunku. Widzę to!... Ty jesteś diabłem, a nie pokutnikiem... Zniknął. Przeszklone, delikatne drzwi wabiły mnie bijącą od nich, ciepłą poświatą...
VI Komnata. Ciepła, przytulna. W rogu duży kominek. Wesoło trzaskający płomień. Obok drwa ułożone w równy stosik. Ściany w kolorze mocnego piwa, ozdobione wizerunkami smoków, a w powietrzu słodkawy zapach fajkowego dymu. To chyba jest jedno z tych piekieł, które chciałbym, by były moimi. Zupełny spokój, cisza... właściwie brakuje tylko muzyki, kieliszka koniaku i tej fajki, która tak pachnie. Zanurzyłem usta i spróbowałem odrobinę trunku z pękatej lampki. Przedni. Skrzypki grały cichutko, nastrojowo, ich melodia płynęła lekko, nienatarczywie, łagodnie głaszcząc uszy. Tak Pięknie i nostalgicznie. -Wypijmy za tą chwilę. - Elegancki mężczyzna w czarnym smokingu wstał ze skórzanej sofy i wzniósł swój kieliszek. Króciutkie różki ledwo tylko wystawały nad wymodelowane włosy. -I za chwile przyszłe. - Drugi, nie mniej wytworny gentleman podniósł się z fotela. Ten miał garnitur, kremowy, świetnie skrojony. -Nie ma co pić za przyszłość, ją dopiero stworzymy. Pijmy za dziś i teraz. Nasze kieliszki brzdęknęły subtelnie, a błogosławione ciepło rozgrzało żołądki. -Wspaniały koniak. Łagodzi dolegliwości ciała i daje radość duszy. - Drugi z mężczyzn delektował się bukietem smaku i z błogością mrużył błękitne oczy. -Przyjacielu, wszak dusza i ciało, to sztuczny podział. To jedność i choć tak różna, na równi czuła na doskonałość. - Odparł z przekonaniem ten pierwszy. -Skąd ten sąd? Zważ wszak, iż czym innym jest prosta energia życiowa, która jest wyrazem fizyczności ciała, a czym innym zmysłowość, czy rozum, które odzwierciedlają możliwości duszy. -Ejże. Powtarzam, to jedność. Taka energia, życiowa radość, są naturalne, cielesne i duchowe. A rozumność... przecież to tylko ograniczenia, które sobie sam narzucasz. Sam zakuwasz się w okowy, to nie może być dobre! -Mówisz, o „dobru” będąc mieszkańcem krainy zła. Czyż to nie śmieszne? Folgowanie tej twojej naturalności, jest złem i tylko do niego prowadzi. Uciechy ciała, są „płaskie”, złudne, oszukańcze i złe z gruntu, tym bardziej, że odwracają uwagę od rzeczy faktycznie ważnych. -A któż określa, co jest ważne? Tylko tłumaczysz zakuwanie w kajdany. Uciechy, jak sama nazwa wskazuje, są radością, a ta jest dobrem. Ja, diabeł ci to mówię! Nim zdążyłem przemyśleć słowa, które padły, gentleman w czarnym smokingu złapał w pół swojego rozmówcę i wyrzucił go przez okno. Poderwałem się by zaprotestować, lecz zostało mi patrzenie jak jasny kształt uczyniony na podobieństwo... spada z wysokości idei, obija się o mury i wreszcie uderza w ciemną ziemię. Błoto rozprysło się wysoką fontanną. Zaskakujące, ale w swojej żarliwości, ten biedak nie zasłużył, by pojawiła się ręka Boga, aby go złapać, lub, choć złagodzić upadek do rynsztoka. Kremowe spodnie i marynarka były teraz poprzecierane, podarte, brudne, splamione, wręcz zbrukane... Dopiero teraz zauważyłem. On miał aureolę. Czego właściwie tu szukał? Chciał nawrócić pierwotne zło??? Świecący blado okrąg wydał mi się śmieszny. Przy upadku zwichrował się, stracił nieco z blasku, część zgasła całkiem, niczym stary, niekonserwowany neon. Nieszczęśnik, z trudem się podniósł i otrzepał. Obejrzał swój symbol świętości i zawstydzony schował go do kieszeni. Zniknął. -Zostaw go - mruknął rogaty zwycięzca dysputy. - Są ciekawsze rzeczy, niż…