Fantastyka · 33 min czytania
Piekło które zamarzło
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Abonent czasowo niedostępny. Proszę zadzwonić później. - Za każdym razem głos telefonicznej kobiety był tak samo wkurzający. Adrianowi nie podobało się to, że abonent jest czasowo niedostępny. Te czasowo trwało już zbyt długo. Nie podobało mu się też, że z tym abonentem zobaczy się dopiero za dwa miesiące. Nie podobał mu się jej przyjaciel, który z pewnością będzie dotrzymywać jej towarzystwa. Nie podobało mu się zimno. Nie podobało mu się to, że w Norwegii nie można kupić alkoholu po godzinie 20.00, ani to że alkohol był tu tak drogi. Śnieg uderzał w okno jakby chciał zbić szybę i spuścić Adrianowi wpierdol. Motelowy pokój zdążył nasiąknąć papierosowym dymem. Oczywiście nie można było palić w pokoju, lecz on miał zamiar opuścić go, nim pokojówka, czy inna cholera to zauważy. Papierosy go uspakajały. Odpalając kolejnego Lucky Strike'a, skakał po kanałach. Palenie i telewizja pozwalały mu nie wyobrażać sobie przyjacielskich łap na jego dziewczynie. Adrian nie był zazdrosnym facetem. Miał po prostu bujną wyobraźnię. Może w innym miejscu lub czasie mógłby ją wykorzystać, by zrobić coś twórczego. W tej chwili przeklinał ją. Och, Kamil, jesteś dobrym przyjacielem. Mógłbym pomóc ci z czymś jeszcze, Klaudio? - Nie. Ufam jej - pomyślał. - I ona nie zrobiłaby mi tego. W końcu to dla nas pojechałem do tej pracy. - Gdy byłeś w pobliżu nie śmiał wchodzić ci w drogę - powiedział głos w jego głowie. - A teraz kiedy jesteś daleko... - Przyjaźnią się od dawna. Gdyby coś zamierzał, to już wcześniej by zaczął działać. - Tym razem Adrian powiedział to na głos. Poczuł brzydki spalony zapach. Papieros wypalił się aż do filtra. Pilot zaś trafił na kanał, na którym leciał Tom & Jerry. Miał nadzieję, że kreskówka poprawi mu humor, lecz zamiast tego poczuł żal i irytację. Żal Toma i irytacje że nie może złapać tej cholernej myszy. Powieki zaczęły mu ciążyć. Wolał zasnąć przed telewizorem, niż męczyć się w łóżku ze swoimi myślami. Gdy zacznie się talk show zwany ,,Ja kontra ja’’, nawet bardzo zmęczony człowiek będzie miał problem z zaśnięciem. Zmęczone oczy w końcu się zamknęły i Adrian zasnął w fotelu. Wiatr wył jękiem tysiąca potępieńców, zagłuszając nawet telewizor. Jęk wiatru zlewał się ze snami, które zesłał Adrianowi Morfeusz. A śniło mu się pole bitwy. Wśród trupów leżeli ludzie, którym wróg nie dał szybkiej śmierci. Leżeli pokaleczeni włóczniami, toporami, mieczami i strzałami. Ci którzy mieli więcej siły i odwagi sami siebie dobijali i kończyli swą mękę. Reszta żałośnie zawodziła, a kruki niecierpliwie czekały, aż przestaną się ruszać. Następnie sceneria się zmieniła i ujrzał wisielca, który huśtał się na gałęzi pod wpływem wiatru. Od zawsze fascynowali go wisielce. Bezwładne ciało, wiatr rozwiewający długie, czarne włosy, jednocześnie lekko kołysząc ciało. Adrian był normalnym facetem, ale w dzieciństwie miał swoje schizy. Jedną z nich było wieszanie zabawek za szyję. Kiedyś cały pokój obwiesił zabawkowymi wisielcami. - Jesteś popierdolony - powiedziała wtedy matka. - Jestem popierdolony - powiedział Adrian po przebudzeniu. Czuł się wymięty. Czuł się tak, jakby ktoś go przeżuł i wypluł. Ciało miał obolałe po spaniu w fotelu. Fizycznie czuł się okropnie, a psychicznie... Sam nie wiedział, gdyż dzień się dopiero zaczął. Automatycznie sięgnął po paczkę papierosów. - Kurwa – przeklął pierwszy raz tego dnia, gdy okazało się że paczka jest pusta. Telewizor był wyłączony, choć Adrian nie pamiętał żeby go wyłączał. W pokoju zaś panował półmrok, gdyż śnieg zasypał większą część okien. Z trudem podniósł się z fotela. Kiedy to zrobił, kości głośno strzeliły. Poczuł się jak szkielet z jakiegoś starego horroru. Do swojego coveru kapeli z cmentarza dodał solówkę, strzelając palcami u nóg i rąk oraz karkiem. Klaudia zawsze tego nienawidziła, a on kochał ją tym denerwować. Przestań! To obrzydliwe! Brzmi jak łamane kości. Przechodziły ją dreszcze i dostawała gęsiej skórki. Okno praktycznie przymarzło, więc musiał mocno je popchnąć, by zepchnąć śnieg z parapetu i wpuścić trochę światła i świeżego powietrza do pokoju. Od mroźnego powiewu zapiekły go oczy, a w całym ciele poczuł milion szpilek wbijających się w ciało. - Kurwa-a-a. – Zamknął gwałtownie okno. - A mówią, że to na Podlasiu jest zimno. W łazience przemył twarz. Przez chwilę oglądał ją w lustrze. A była to przystojna twarz dwudziestotrzyletniego faceta. W końcu Klaudia musiała coś w nim widzieć. Niemniej jednak, nigdy nie czuł się wystarczająco przystojny dla niej. Zwykle przed lustrem ćwiczył rozmowy z ludźmi, z którymi miał się spotkać tego dnia, lub powtarzał sobie "dasz radę Adi, dziś będzie dobry dzień, to ty prowadzisz, jesteś zwycięzcą" czy coś w tym stylu. Dziś jednak nie miał nic sobie do powiedzenia. Kolejny już dzień się nie golił, a kilkudniowy zarost, który Klaudia tak uwielbiała, powoli zamieniał się w brodę. Zawsze zapuszczał brodę podczas dłuższych rozłąk z Klaudią. Razem nazywali to brodą rozpaczy i tęsknoty. Spakował swoje rzeczy, a dużo ich nie było. Trochę ubrań i rzeczy do higieny osobistej. Ojciec zawsze mu wmawiał, że jest niechlujnym bałaganiarzem i wszędzie robi syf, lecz Adrian zostawił pokój w nienagannym stanie, nie licząc zapachu tytoniu. Młody Norweg w motelowej recepcji miał długie blond włosy i kozią bródkę zaplecioną w dwa warkoczyki. Gdyby zamienił koszulkę jakiegoś metalowego zespołu na kolczugę, wyglądałby jak prawdziwy wiking. Gdy tylko Adrian wyszedł z korytarza, chłopak powiedział do niego coś, co było za długie na "Dzień dobry, wymeldowuje się pan?" i za krótkie na "Dawaj złoto słowiański psie, albo ja i moi kamraci wypatroszymy cię jak rybę". - Przepraszam, nie mówię po norwesku – rzekł do niego po angielsku. - Oho, kolejny emigrant przybyły tu za miodem i chlebem. Mówiłem, że raczej pan nigdzie nie pojedzie. Pański samochód jest pod śniegiem. - Więc dostaniesz niemały napiwek jeśli pomożesz mi go odkopać - odparł Adrian i położył klucz od mieszkania na ladzie. - Za żadne pradawne skarby moich przodków nie wyjdę na zewnątrz. Musi pan poczekać. - Chłopak przesunął klucz w stronę klienta. - Może to wygląda jakbym próbował pana naciągnąć na kolejną noc w tym cudownym przybytku, ale sytuacja naprawdę jest tragiczna. - Dziwne, zawsze myślałem że wy w taką pogodę dopiero zakładacie koszulki. - Zimy u nas są raz mroźne, a raz mroźniejsze, ale nie przypominam sobie, bym w moim krótkim życiu doświadczył takiej epoki lodowcowej. W porannych wiadomościach mówili, że tak jest wszędzie. W niektórych regionach zasypało całe domy aż po dach. Więcej nic nie wiem, bo potem wyłączyło prąd. Ale nie wygląda wcale jakby się miało poprawić. Młody potomek wikingów nie zrozumiał co powiedział jego klient, lecz domyślał się, że były to same przekleństwa. - Jak daleko jest do najbliższego miasta? - spytał Adrian po wiązance przekleństw. - Cztery kilometry do Leiry. Ale nie dojdziesz. Gdy spluniesz, ślina zamarza zanim jeszcze spadnie. Jeśli nie ma pan jedzenia, musi pan zadowolić się przekąskami z automatu. - Skończ z tym panem, młody. Jestem niewiele starszy od ciebie. Mów mi Adi. - Okej, koleś. Ja jestem Erik. - A automaty z fajkami są, Eriku? - Niestety nie. - Jest tu ktoś oprócz nas? - Nie, jesteś jedynym klientem. Jeśli chodzi o personel to prowadzę ten motelik z rodzicami, którzy teraz grzeją się pod pieprzonym słońcem pieprzonego Egiptu. Mam nadzieję że nie jesteś facetem który lubi sprawiać kłopoty? - Erik spojrzał na Adriana podejrzliwie niebieskimi oczami. - Starzy pierwszy raz zostawili mnie samego z biznesem. Mam wykazać się odpowiedzialnością i wszystko ma być cacy kiedy wrócą. Też masz takich okropnych starych, którzy od małego trzymają cie pod kloszem i ciągle powtarzają że jesteś nieodpowiedzialny? - Mam gorszych - odparł Adrian - Kurwa. Jak mam być odpowiedzialny skoro nigdy wcześniej nie dostałem szansy, by wykazać się odpowiedzialnością. No, aż do teraz. Nawet zrezygnowałem z organizowania konkretnego melanżu na cały parszywy motel. Jeśli coś spieprzę, nie dostanę drugiej szansy. Musze pokazać starym wapniakom, że jestem dorosłym, odpowiedzialnym facetem. Też tak miałeś? Że rodzice ciągle ci mówili jaki to jesteś nie odpowiedzialny, jednocześnie nie pozwalając się wykazać odpowiedzialnością? To właśnie przez takich nadopiekuńczych rodziców, dzieci wyrastają na pierdoły. - Co czytasz? - spytał Adi mimo, że widział złoty napis "Nordic myths" na czarnej okładce. Chciał tylko zmienić temat. - Mitologia nordycka. Jestem zafascynowany nordyckimi kolesiami z góry... lub z dołu, których czcili moi przodkowie. - A co z "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną"? - Wychowałem się w protestanckiej rodzinie, lecz bardziej obawiam się piorunów i młota Thora który zabił setki lodowych olbrzymów, w zemście za wiarę w obcego boga, niż miłosiernego i kochającego wszystkich hipisa. - A Sodoma i Gomora coś ci mówi? - A co jest większym wyzwaniem dla boga? Miasto pełne starców, kobiet i dzieci, czy pieprzone lodowe olbrzymy? - Fakt - odpowiedział krótko Adrian. - Wracam więc do pokoju. - Jeżeli do zmierzchu nie wróci prąd, przyniosę ci świece do pokoju - krzyknął za nim Erik. - Jeśli byś jeszcze czegoś potrzebował, będę tutaj lub w pokoju na samej górze. Zapach tytoniu w pokoju sprawił, że zatęsknił za papierosem. Adi rzucił torbę na podłogę, nie mając ochoty się znowu rozpakowywać, a następnie rzucił się na łóżko. - Chryste, gdybym miał jakieś inne hobby i zainteresowania niż Klaudia, to bym się tak cholernie nie nudził. Mogłem pożyczyć od niej jakąś książkę - powiedział to na głos, tylko po to żeby usłyszeć coś innego niż wycie wiatru i twardy, zmarznięty śnieg uderzający o szybę. Podszedł do okna, mając nadzieję że zobaczy coś innego niż wszechogarniająca biel. Wszechogarniająca biel. Klaudii na pewno spodobałoby się takie poetyckie określenie. Adi nie miał najmniejszego pojęcia, co taka oczytana artystka widziała w takim nudziarzu jak on. - Czym niby możesz zabłysnąć w towarzystwie? Techniką smażenia frytek w McDonaldzie? Jakie środki czyszczące najlepiej myją podłogę? A może wiedzą o naprawianiu samochodów? - Głos w głowie znowu się odezwał. - Zamknij się. Znam się na filmach. Starych, nowych, filmach Quentina Tarantino i Guya Ritchie'a, Akiry Kurosawy i Johnnego Woo, tych z Clintem Eastwoodem i z Alem Pacino. Znam się na filmach. I przez filmy właśnie Adrian i Klaudia się poznali. A dokładnie na forum filmowym. Ale swojemu dziecku i tak Adrian opowie, że ujrzał ją na koncercie i zakochał się w niej od pierwszego spojrzenia, lecz był zbyt nieśmiały, by zagadać. Wybawieniem dla niego był wokalista rzucający kwiaty na publiczność. Adrian złapał jeden, a potem złapał ją i spytał, czy chce być damą jego serca. Tak właśnie opowie swojemu dziecku. Dziecku, które już zaczęło powoli się kształtować w łonie damy jego serca. - Tylko oglądasz te filmy. - Głos nie dawał za wygraną. - Ale nie potrafiłbyś napisać nawet króciutkiego scenariusza, nie mówiąc już o reżyserii. Aktor też z ciebie żaden. Przy Klaudii i Kamilu, to ty jesteś jak Adam Sandler przy Bogusławie Lindzie. Spójrz na Kamila. Długie włosy, wzrok marzyciela, pisze wiersze, gra na gitarze. Właśnie takich chłopaków woli Klaudia. Ty przy nim jesteś niedorozwiniętym beztalenciem. - Zamknij się! - Tym razem już krzyknął. - Nie jestem beztalenciem. I w liceum nakręciłem z kumplami kilka krótkometrażowych filmów. - Nakręciłeś? Dostawałeś zawsze nic nie znaczące role. Czasem nawet nic nie mówiłeś. Potrzebowali tylko statysty. Oni poszli na filmówkę, zdobyli nawet jakieś nagrody już, a ty co? Po powrocie z McDonalda, czy warsztatu samochodowego, jedynie oglądałeś sobie Gwiezdne Wojny, w których nie mógłbyś nawet zagrać droida, którego Luke Skywalker prawie kupił. Nie umiałbyś z taką gracją i wdziękiem zostać prawie kupionym, a potem rozlecieć się na kawałki. Zrobiło się jeszcze dziwniej, gdy w pokoju rozległa się muzyka z Archiwum X. To był telefon, który przerwał rozmowę między Adrianem, a Adrianem. Zaraz, zaraz. Zaraz. Telefon. Klaudia. Jak pojebany rzucił się na łóżko, skąd dobiegała muzyka, która za gówniarza trzymała go w większym napięciu niż sam serial. Klaudiaklaudiaklaudiaklaudia. Jego umysł strzelał Klaudiami jak z karabinu maszynowego. Pod impetem lądowania na łóżko, telefon zeskoczył z materaca na podłogę. Kurwakurwakurwakurwa. Tak abstrahując od Klaudii. Na szczęście upadek ani nie wyłączył telefonu ani go nie uszkodził. Na nieszczęście to nie była Klaudia, tylko jego przyszły szef. Kurwaaaaa. Tym razem to nie brzmiało jak karabin, tylko przypominało dźwięk zestrzelonego myśliwca, zbliżającego się do lotniska jakim była twarda ziemia. Wybuch rozszedł się echem w głowie Adriana. - Co mam mu powiedzieć? - gorączkowo myślał. - Że nie zdążę dziś przyjechać? A co jeśli nie zdążę przyjechać także jutro? Bóg jeden wie na jak długo tu utknąłem. A może nawet on tego nie wie. Słaba bateria. Telefon się wyłączył. Adi nawet nie miał sił, by się zezłościć. Opadł zrezygnowany na łóżko. Potrzebował tej pracy. Za jakieś osiem miesięcy na świat przyjdzie mały Adrian lub Adrianna. Ta praca była manną z nieba. Bardzo dobrą manną. Ale jeżeli taka pogoda jest wszędzie to może szef zrozumie, że zaginąłem w akcji... Może nawet sam gdzieś utknął i dzwoni żeby powiedzieć, że sam nie da rady. Na pewno. Adrian przyjął dwie kreski na teście ciążowym i propozycje pracy jako dar od Boga. Teraz był skory klęknąć przed jakimkolwiek bogiem, nawet nordyckim. Byle się wszystko ułożyło. Albo za papierosa. Papieros zawsze dobry. Choćby nie wiadomo jak było źle, papieros zawsze ratował sytuacje. Koił nerwy i pozwalał na chwilę zapomnieć o problemie. Piekło zaś zawsze wyobrażał sobie jako miejsce, gdzie jest diablo źle i nie ma fajek. Choć sam fakt, że nie ma fajek sprawia że jest diablo źle. Głos nieświadomie dał Adrianowi pomysł na zabicie czasu i zaimponowanie Klaudii w jednym. Adrian napisze wiersz. Z recepcji pożyczył długopis i kartkę papieru. Właściwie to wiele kartek, gdyż podejrzewał, że niejedną zakreśli, zamaże, zgniecie i porwie nim skończy. Ten wiersz musi być doskonały. Tytuł. Adrian nigdy nic nie napisał, ale wiedział, że najpierw trzeba wymyślić tytuł. Miał szczerą nadzieję, że początek jest najtrudniejszy a potem już pójdzie łatwo. Po dwudziestu minutach, zrezygnowany, wpisał po prostu "Bez tytułu". Może w trakcie przyjdzie mu do głowy jakiś dobry tytuł. W pokoju zrobiło się chłodniej. Znowu pomyślał o dymku, który mógłby rozgrzać mu płuca. W brzuchu poczuł uczucie, które zwiastowało głód nikotynowy. Skup się. Uderzył się otwartą dłonią w policzek. Myśl o Klaudii, skup się na niej. Zacisnął dłoń na długopisie. Głęboka tęsknota wypełniła każdą komórkę jego ciała. I... nie stało się nic. Długopis nie zaczął swojego tańca po kartce, przypływ weny nie nadszedł. Wlepił pusty wzrok w pustą kartkę. Podszedł do okna, gdzie była jeszcze większa białą pustka. Dotknął czołem szyby i obserwował taniec białej śmierci. Poczuł samotność graniczącą z rozpaczą. Miał nieodparte wrażenie, że jest Robinsonem Cruzoe, albo chociaż Tomem Hanksem z Cast Away. Hotel zaś był wyspą na oceanie wszechobecnej bieli. Czyżby Erik miał być jego Piętaszkiem, czy tam panem Wilsonem? - Żona Toma Hanksa nie czekała aż wróci z wyspy. W tym czasie znalazła se nowego gacha - odezwał się głos po dłuższej przerwie. Adrian stuknął pięścią w szybę, do której zdążyło już przymarznąć jego czoło. Przez kontakt z szybą, przerażające zimno rozeszło się po jego ciele, wypełniając także duszę. Zmroziło mu krew w żyłach, zatrzymało akcje serca i wstrzymało oddech. Przypomniała mu się bajka z dzieciństwa. Królowa Śniegu i Kaj, któremu odłamek zwierciadła wpadł do serca, odmieniając go. Wtedy oddał się Królowej Śniegu. W podobny sposób na moment zafascynował go śnieżny huragan na zewnątrz. Usłyszał zew. Jakby coś go tam wzywało. W przenośni i dosłownie. Mógłby przysiąc że wiatr szeptał jego imię. Powoli nadchodził zmierzch. Adrian wyszedł z pokoju na mroczny korytarz. Powoli stawiał kroki, a skrzypiąca podłoga dodawała upiornego klimatu. Oczyma wyobraźni zobaczył na korytarzu duchy bliźniaczych dziewczynek. Motelik, przy hotelu ze "Lśnienia" był zwykłą stodołą, jednak klimat na zewnątrz i wewnątrz był łudząco podobny. W recepcji nikogo nie było, ale Adrian postanowił zaczekać. Oparł się o ladę i poczuł na ręce coś mokrego. Palcami rozmazał czerwoną substancję składającą się z erytrocytów, leukocytów i trombocytów. Tym razem to nie była jego wyobraźnia. Jeśli strach dodaje skrzydeł, to Adrian był