Wojna · 7 min czytania
Piekło na ziemi
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dziewczynka nie więcej niż siedem lat, trzymała w ręce skaleczonego kucyka, nie prawdziwego, tylko zabawkę pluszowa, poszarpaną od strzałów pocisków lub być może pociętą drutem kolczastym. Stała przy bramie splecionej łańcuchem, na którym końcu można by zawiesić kilkuset kilogramową kotwicę.
Tuż za bramą, zmagający się z niechybnym rozpadem stał szpital pod wezwaniem „Św. Joanny”. Komponował się do apokaliptycznego pejzażu dymiącego miasta. To właśnie do niego, po blisko dwutygodnikach podróży po objętym wojną domową kraju, udało mi się dotrzeć. Dziewczynka nie spuszczała ze mnie wzroku. Tuliła do siebie kucyka, być może chciała go ogrzać, być może kucyk miał ogrzać ją. Miała ubrane dwie różne tenisówki, jedną żółtą, drugą czarną, jedna większa od drugiej, ale każda z nich związana jaskrawo-różowym sznurowadłem. Włosy miała lśniąco tłuste a w jednym uchu, poruszanym lekkim podmuchem wiatru kołysał się plastikowy zielony klips który odpowiadał koloru jej oczu. -Jesteś nowym lekarzem? – spytała gdy podchodziłem do bramy. Kiwnąłem przytakująco głową. -Sebastian Norwin do twoich usług księżniczko – ukłoniłem się i podałem jej rękę. Nie odwzajemniła gestu; wymusiła tylko z siebie sztuczny uśmiech. -Zamknięte? – wskazałem na bramę. Milczała, kiwnęła ręką jak do kumpla bym poszedł za nią. Szliśmy wzdłuż wysokiego metalowego ogrodzenia zamocowanego na betonowym murku. -Znasz tajemnicze przejście? Dumna, nie zareagowała na moje pytanie. -Jak masz na imię? -Helena – odpowiedziała szepcząc coś kucykowi do ucha. -Śliczne imię. -Co masz w torbie? – spytała, obracając się w moim kierunku. -Lekarstwa, termometr, ubrania… -A masz coś do jedzenia? -Nie, obawiam się że nie, o zaraz… mam tylko gumę do żucia. Podałem jej, w paczce była tylko jedna „Wrigleys Mint”; jej twarz była zawiedzona, spodziewała się więcej. Wyciągnęła ją, owinęła ze sreberka, przełamała na pół. Pierwszą cześć zawinęła z powrotem i włożyła do kieszonki, drugą wcisnęła do buzi i delektowała się jej smakiem jak nałogowy palacz który nie miał papierosa w ustach przez tygodnie. -Tędy – wskazała ręką. Dziewczynka jak zwinne zwierze przeskoczyła przez gruzy muru, umiejętnie stąpając po resztkach metalowego płotu leżącego po drugiej stronie. Idąc za nią, ostrożnie by nie przebić sobie nogi na wykrzywionych drutach, patrzyłem na dwa szerokie ślady, wyobrażając sobie furię czołgu taranującego to miejsce.
Po drodze do budynku, na zielonym trawniku, wyrastały z ziemi świeże kopce brązowej gleby. Zaś sam szpital, oblewało morze szkła a wiatr świstał przez puste okiennice. Główne drzwi szpitala, kawał drewnianej płyty z niebieskim napisem „UNICEF”,strzegły wejścia. Dziewczynka zerknęła przez judasz, jeden z wielu kalibru 7,62 mm. Trzasnęła pięścią parę razy.
Minęła minuta może dwie, ktoś otworzył drzwi i weszliśmy do środka. -Witam, mam na imię Emilia, jestem pielęgniarką, prowadzę ten szpital. Podała mi rękę, drugą odsłaniała z bladej twarzy nachodzące na niebieskie oczy, kosmyki anielskich włosów. Pachniała fiołkami, jej…