Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

thriller · 18 min czytania

Piekło w świętym mieście

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wyszedł zza grobu. Był czarny jak noc polarna na biegunie. Stąpał cicho po ziemi. Zdawać się mogło, że nikt nie zwrócił na niego uwagi, choć słońce dopiero chowało się za horyzont. Mała dziewczynka, może z siedmioletnia, dostrzegła go. Przykuł ją wzrokiem, jakby celowo. Jak to u dzieci bywa, są ciekawskie i uwielbiają zwierzęta, więc pobiegła za kotem. Rodzice tego nie spostrzegli, jak zwykle. Już nieraz zdarzyło im się zgubić dziecko. Gdyby wtedy wiedzieli, że widzą ją po raz ostatni...

***

- To już siódmy taki przypadek - komisarz chodził po gabinecie. Był on wysokiego wzrostu. Szczupły, zaledwie trzydziestoletni mężczyzna. - Podsumujmy wszystko, co wiemy o tych "porwaniach". Przecież te dzieci nie mogły zapaść się pod ziemię! - mówca był zdenerwowany. Siedział wygodnie w swoim fotelu. Spoglądał na komisarza Kołcza. Był to młody, lecz jakże uzdolniony policjant! Marek doskonale o tym wiedział, dlatego powierzył tę sprawę jemu, Łukaszowi Kołcz. - Ma szef rację - przytaknął. - Jak do tej pory zaginęło siedmioro dzieci. Każde z dnia na dzień. Rodzice twierdzą, że ich pociechy zostały porwane na cmentarzu komunalnym. Sprawdziliśmy to i wiemy, że wszystkie dzieci zniknęły na tym samym cmentarzu. - W jakim wieku są zaginione osoby? - Zapytał Łukasza, gdy tylko skończył przemawiać. - W różnym szefie. Od siedmiu do piętnastu lat. Jest jedna, dość ciekawa rzecz. Zaginęło sześć dziewczyn i jeden chłopiec. Kazałem obstawić obiekt zaginień i wyciągnąć akta najbliżej rodziny porwanych dzieci. - Jak widzę, od razu wziąłeś się do roboty - Marek był coraz pewniejszy swego wyboru. Nigdy jeszcze nie pracował z taki człowiekiem. Gdy rok temu szkoła policyjna przysłała go na praktykę, od razu mu się spodobał. Dość szybko dostał awans na komisarza. - I co wynika z papierów, które zgromadziłeś? Łukasz odchrząknął nerwowo: - W tym rzecz, że nic… Rodziny zaginionych nie są ze sobą powiązane w żaden sposób. Same dzieci również nigdy nie miały prawa się spotkać – ani w szkołach, ani na podwórku. Nie mają też ze sobą nic wspólnego: wygląd, charakter, zainteresowania, wiek… nawet temperament wszystkich z nich jest odmienny… - Kołcz nie krył rozczarowania. – Jedno co ich łączy to fakt, iż wszystkie rozpłynęły się bez śladu w jednym miejscu. Kot pokiwał głową w milczeniu. Chociaż w zasadzie spodziewał się tego, co przed chwilą zrelacjonował mu Łukasz, miał jednak ukrytą nadzieję, iż komisarz trafi na cokolwiek, co mogłoby stanowić punkt zaczepienia w śledztwie. Cokolwiek. Przecież nie było możliwości, by siedmioro wesołych, młodych dzieciaków zginęło ot tak sobie, nie pozostawiając żadnego śladu, który mógłby pomóc w ich odszukaniu. - A co mówią rodzice? Cholera jasna…! Przecież niemożliwością jest, by żadne z nich nie potrafiło zreferować tego, co się działo podczas wizyt na cmentarzu! Zbiorowa amnezja czy jak? Kot zdawał się być coraz bardziej podminowany ciągłym dreptaniem w miejscu: - Rozmawiałeś z nimi? - Oczywiście… - Kołcz, mimo nagłego wybuchu gniewu swojego szefa, mówił spokojnie, a to, co mówił, zdawało się logiczne i racjonalnie powiązane mimo tego, iż dotykało spraw co najmniej mało prawdopodobnych. – Wszyscy zgodnie twierdzą, że ich pociechy… hm… po prostu zapadły się pod ziemię. Były, a za kilka sekund… hm… już nie. Żaden z rodziców nie widział przy tym nikogo, kto mógłby dokonać porwania. W każdym z siedmiu przypadków cmentarz był zupełnie pusty. Przynajmniej w obrębie wzroku każdego z nich. Dzieci zaś nie oddalały się od nich na więcej, niż trzy do czterech metrów… też tego nie rozumiem… - Łukasz podjął próbę usprawiedliwienia się. - A co udało się wygrzebać z cmentarnej ziemi naszym ludziom? – Kot pytał o funkcjonariuszy, których zadaniem było pilnowanie miejsca porwań, a zarazem jego dokładna analiza. Zrezygnowana mina Kołcza mówiła jednak sama za siebie i zanim zdołał odpowiedzieć, Marek dokończył za niego: - Nic. Tak myślałem… - Niestety - odparł Łukasz. - Lecz jest coś, co mi tutaj nie pasuje... - zamyślił się. - No mów! - Marek podniósł się z fotela. To może być jakiś punk zaczepienia, a on nic nie mówi! - Za każdym razem, kilka metrów dalej znaleźliśmy czerwoną glebę. Na cmentarzu takiej niema, sprawdziłem, no chyba, że kopał i to dość głęboko. Wypytałem kogo trzeba i wiem, że niedawno były robione prace na obiekcie. Możliwe, że porozrzucali wtedy tę ziemie. - Może tak było, a może nie. Trzeba to sprawdzić dokładniej. Zajmiesz się tym i to natychmiast. Myślę, że już nie ma o czym tu rozmawiać. Żegnam, aha i jak coś to od razu dzwoń do mnie. - Jasne - podniósł się z krzesła i uściskał dłoń Marka. Po drodze zawołał praktykanta, którego mu przydzielili tymczasowo. Z miłym zaskoczeniem dla Łukasza, okazało się, że to dziewczyna. Opowiedział jej po drodze do samochodu, o ich zadaniu. Agnieszka - bo takie imię nosiła - z radością posłuchała swego podwładnego. Pół godziny później byli już na miejscu. Agnieszka, z dociekliwością rzadko spotykaną u początkujących śledczych, wypytywała go o szczegóły porwań; nie szczędziła też pytań stacjonującym tam w tej chwili pozostałym funkcjonariuszom, skierowanym tutaj w celu obserwacji cmentarza i analizy wszystkiego, co mogło zostać uznane za odstępstwo od normy. Jak dotąd, niestety, nic takiego nie zostało stwierdzone. Ziemia, o której wspomniał Łukasz, faktycznie była jakościowo inna od tej cmentarnej – co dziewczyna stwierdziła w kilkunastu próbnych miejscach – jednakże wielce prawdopodobne było to, co jej podwładny stwierdził w gabinecie szefa: była po prostu efektem prac konserwatorskich. Podczas gdy Kołcz próbował nawiązać kontakt telefoniczny z firmą, która te ostatnie prowadziła, Agnieszka wzięła w dłoń grudkę owej innej ziemi, przysuwając ją centymetr od oczu. W dotyku była to zwykła glina, jaką spotkać można w zasadzie wszędzie… jej kolor też nie był wyjątkiem od normy… jednak było coś, co zastanowiło dziewczynę: w bryłce trzymanej gliny znajdowały się jakieś błyszczące drobinki i nie stanowiły one żadnej znanej jej substancji. Ponadto glina była zaskakująco ciepła i sucha, jakby nagrzana w promieniach słońca, a przecież był środek chłodnego, wilgotnego listopada. Rozgniotła ziemię między palcami i ze zdziwioną miną podeszła do Łukasza. *** Joasię nudziło stanie przy grobie pradziadków. Jedyną radością było zapalenie zniczy, ale tym razem dziewczynka nie mogła zapalić, ponieważ wiał za mocny wiatr i tata powiedział, że on zapali. Chodziła dookoła grobu i liczyła na ile kroków jest szeroki, a na ile długi. Nagle zobaczyła kota. Cały czarny patrzył na nią swoimi zielonymi oczami oblizując czarne, puszyste futerko. Był duży i zadbany. Joasia obejrzała się na rodziców. Mama kłóciła się z babcią, a tata rozmawiał z dziadkiem, co chwilę śmiejąc się. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Podeszła do zwierzęcia i kucnęła. Zaczęła delikatnie głaskać jego futerko, delikatnie pieszcząc go za uszami. Kot początkowo łasił się, ale nagle syknął. Dziewczynka przestraszona uderzyła się w nogę o nagrobek. Jej nowy, czarny przyjaciel zaczął uciekać w kierunku krzaków otaczających cmentarz. - Kiciusiu! Poczekaj na mnie! - Ośmioletnia dziewczynka zaczęła biec za kotkiem. Chciała go wziąć do domu. Jak wytłumaczyć małemu dziecku, że nie biega się za kotkiem? Mijając krzaki usłyszała szelest i głuche stuknięcie. Nastąpiła głucha cisza.

*** - Chyba coś znalazłam... - Agnieszka podeszła do przełożonego i przesypała mu grudkę ziemi na rękę. - Hm? - Spojrzał zaskoczony na brązową ziemię. - Przyjrzyj się uważnie. - Dziewczyna nachyliła się, ustawiając się tak, aby Łukasz na pewno zobaczył jej wgłębienie w bluzce. Policjant jednak oglądał ziemię i nie zwracał uwagi na swoją czarującą podopieczną. - To wygląda jak szkło, albo jak... - Zamyślił się. - Oddamy do ekspertyzy i zobaczymy. Gdzie to znalazłaś? - Przy ostatnim z grobów, obok którego dokonano porwania… przypuszczam jednak, iż nie będzie to wyjątek, gdyż owe drobinki jakoś nie przypominają mi żadnego z występujących tutaj minerałów, więc na pewno nie znalazły się tu przypadkowo… i to akurat w miejscu, gdzie po raz ostatni widziano zaginione dziecko… Łukasz nie odpowiedział, jednak wyraz jego twarzy wyraźnie świadczył o tym, iż tak jak Agnieszka jest przekonany o niezwykłości grudki ziemi, którą mu przyniosła; postanowił jednakże na razie nie komentować tego faktu dopóty, dopóki nie porozmawia z ludźmi, którzy przeprowadzali renowację cmentarza, a także nie dostanie wyników analizy z laboratorium. Powiedział więc: - Idź i rozejrzyj się przy innych grobach… być może twoja ocena, co do tej grudki, jest błędna. Ja tymczasem porozmawiam z człowiekiem, którego zatrudnia nasza firma renowacyjna… Bez słowa odwróciła się i poszła cmentarną ścieżką w stronę innych nagrobków.

***

Późnym wieczorem Agnieszka…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Piekło w świętym mieście — czytnik · opowiadania