Horror · 1 godz. 9 min czytania
PIĘKNO W MARMURZE
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
PIĘKNO W MARMURZE
Gerard Asher niewątpliwie był wybitnym rzeźbiarzem. Potrafił z kamienia dosłownie wyczarować cuda. Marmurowe kwiaty niemal pachniały, zdawało się, że wykute ptaki zaraz odlecą, a patrząc na psa stojącego z rozdziawioną mordą ludzie nasłuchiwali, czy aby na pewno nie szczeka. Jednak prawdziwe mistrzostwo Gerard osiągnął w rzeźbach przedstawiających ludzi. Zwłaszcza w kobiecych aktach, w których się specjalizował, był widoczny jego geniusz, który wprost powalał na kolana. Dziewczyny z jego rzeźb wyglądały bardziej jak mim, zastygły w bezruchu w wyszukanej pozie, niż kamienny blok poddany obróbce dłutem i młotkiem. Nagie piersi niemal falowały zmysłowo, usta wyglądały tak, jakby przed sekundą ktoś je pocałował, a widoczny błysk w oku sprawiał, iż wydawało się, że marmurowa postać właśnie nas dostrzegła i przygląda się kokieteryjnie. Najmożniejsi ludzie świata składali Gerardowi wielomilionowe oferty na zakup jego marmurowych piękności, ale odpowiedź mistrza była zawsze taka sama. Wszystkie jego rzeźby były na sprzedaż oprócz kobiecych aktów. Te rzeźbił wyłącznie dla własnej przyjemności i by pokazać światu swój artyzm. Były bezcenne i dlatego tylko on, Gerard Asher, mógł nazywać się ich posiadaczem. Moje ślicznotki, teraz i na zawsze – zwykł mówić o nich na wystawach organizowanych na terenie swojej wielkiej posiadłości, głaszcząc sterczącą pierś lub krągły, kamienny pośladek jednej z rzeźb.
*****
Na kolejny wernisaż rzeźb Geralda przybyli starannie wyselekcjonowani goście – wielcy koneserzy sztuki, wybitni rzeźbiarze i gwiazdy show biznesu. Blisko dwieście osób otrzymało imienne zaproszenia i żadna z nich nie ośmieliła się odmówić genialnemu artyście. Głównym punktem wystawy, na który wszyscy z niecierpliwością czekali, była najnowsza rzeźba Gerarda, której nikt jeszcze nie widział. Stała w centrum patio, przykryta jedwabną, purpurową narzutą. Gdy już zgromadzili się wokół niej wszyscy zaproszeni goście, do rzeźby podszedł wysoki, czarnowłosy mężczyzna o orlich rysach twarzy. Jego charakterystyczna kozia bródka była niemal równie słynna jak on sam, a diaboliczny uśmieszek jednych bawił, a innych przerażał. - Nareszcie, Gerard! Już nie mogłem się doczekać! - krzyknął światowej sławy profesor rzeźbiarstwa, David Matblash. Asher na chwilę zatrzymał się, a potem jednym zdecydowanym ruchem zrzucił na ziemię tkaninę. Ludzie na moment zamarli, a po chwili rozległy się brawa. Oczom zgromadzonych ukazała się rzeźba kobiety w wyuzdanej pozie. Długowłosa dziewczyna siedziała na postumencie z szeroko rozłożonymi udami. Pochylona do tyłu podpierała się rękami, wygięta w zmysłowy łuk jak w miłosnej ekstazie. Jej rozchylone usta i półprzymknięte oczy wskazywały, że została uchwycona w chwili największej przyjemności. Gerard z satysfakcją zauważył podniecenie na twarzach mężczyzn i zaintrygowanie w spojrzeniach kobiet. - Przecież to Vivien Downlay! - krzyknęła znana aktorka, Yvonne Benetton, jakby właśnie odkryła teorię grawitacji. - Oczywiście, że tak – spokojnie powiedział Gerard potwierdzając to, co dla wszystkich znających go ludzi było jasne. - A gdzie jest twoja muza? - spytał profesor Matblast. - Chcielibyśmy porównać rzeźbę z oryginałem. - Obawiam się, że to niemożliwe. Nie została zaproszona na wernisaż. Już nie jesteśmy razem – spokojnie odparł Asher. - Jaka szkoda! Czyżbyście się pokłócili? - Można tak powiedzieć. W każdym razie rozstaliśmy się w zgodzie – Gerard uśmiechnął się dwuznacznie. - I nie pytajcie mnie już o Vivien, bo już nic więcej o niej nie powiem. To dla mnie zamknięty rozdział. - Profesorze, jeśli chodzi o zgodność z oryginałem, to muszę powiedzieć, że jest bardzo duża – powiedziała piękna pani Benetton. - Nawet wielkość i rozkład pieprzyków są praktycznie identyczne jak u modelki. To samo można powiedzieć o wargach sromowych. - A skąd ty możesz wiedzieć takie rzeczy? Gerard zaśmiał się, bezceremonialnie zaglądając dziewczynie za dekolt. Jego wzrok przykuł srebrny łańcuszek o długich ogniwach, na którym wisiał niewielki słonik z podniesioną trąbą. Metalowa figurka rytmicznie kołysała się między opalonymi na czekoladowo jędrnymi piersiami jak wahadełko hipnotyzera. - No cóż, kiedyś brałyśmy razem prysznic, więc miałam okazję przyjrzeć jej się dość dokładnie – uroczo uśmiechnęła się Yvonne, wypinając biust z zadowolenia, że wielki mistrz zwrócił na nią uwagę. - No chyba że tak – uśmiechnął się artysta. - Chciałabym, żebyś kiedyś mnie też tak cudownie wyrzeźbił, mistrzu – dodała Yvonne, uśmiechając się kokieteryjnie. - Nie omieszkam rozważyć twojej propozycji. Gerard Asher oddalił się do innych gości, a profesor Matblast i Yvonne Benetton jeszcze dłuższy czas kontemplowali dzieło genialnego artysty i realizm w oddaniu piękna ludzkiego ciała, uchwyconego w czasie ekstazy. Inni goście również byli zachwyceni rzeźbą i w przerwach między raczeniem się alkoholem i obgadywaniem wspólnych znajomych często wymieniali się pełnymi podziwu uwagami na temat marmurowej ślicznotki. Przed północą towarzystwo zaczęło się rozchodzić, aż w końcu oprócz Gerarda został tylko jeden człowiek – Stanley Wishdom, przyjaciel Gerarda z czasów studiów i wybitny krytyk sztuki. Był już pod dobrą datą, na co wskazywała jego chwiejna postawa i nieco bełkotliwy język. - Super ci wyszła ta rzeźba, stary! - poufale poklepał Ashera po ramieniu. - Jak zwykle zresztą. - Dzięki, przyjacielu. Mam nadzieję, że odpowiednio opiszesz to w swoim magazynie. - Oczywiście, oczywiście! Powiem ci więcej! Ta kamienna babeczka wgląda tak naturalnie i podniecająco, że aż chciałoby się w nią wejść i przelecieć. Stanley pogłaskał rzeźbę po piersiach, ścisnął je mocno, a następnie wsadził dwa palce w szparę w łonie. - Nie zapomniałeś o żadnym, nawet najmniejszym szczególe – z uznaniem cmoknął ustami. - Nawet głębokość i szerokość pochwy są dokładnie takie, jakie powinny być. I takie, jakie pamiętam, że miała Vivien. - Jak to: „takie jakie pamiętam”? - No wiesz... Nigdy ci tego nie mówiłem, ale teraz, skoro już z nią nie jesteś, to zdradzę ci, że kiedyś dobierałem się do Vivien. I było naprawdę bosko. - Wtedy, gdy była ze mną? - zainteresował się Gerard. - Nie, nieco wcześniej. Ale nie spałem z nią. - Czyżby? - Naprawdę nie. Ja oczywiście chciałem, ale ona nie bardzo, zresztą miała wtedy faceta. Ale powiem ci, że pewnego wieczoru byłem naprawdę blisko. Niestety kochaś wrócił za wcześnie i musiałem się ewakuować. - I zdążyłeś ją spenetrować tylko palcami? - Dokładnie – zaśmiał się Stanley. Mężczyzna poklepał rzeźbę po zgrabnych, kamiennych udach, a potem położył dłoń na wzgórku łonowym - To doprawdy zdumiewające, ale mam wrażenie, że nawet w dotyku przypomina prawdziwą kobietę. Nie jest zimna i twarda jak inne kamienne figury. Wiem, to niedorzeczne. Chyba za dużo wypiłem. - Nie tak do końca niedorzeczne. To specjalny rodzaj marmuru, sprowadzany z pewnej małej wysepki na Pacyfiku. Jest pochodzenia wulkanicznego i ma temperaturę wyraźnie wyższą od zwykłego kamienia, zbliżoną do naturalnej ciepłoty ludzkiego ciała. - No proszę, kto by pomyślał? W takim razie skradnę jej całusa. Stanley pochylił się nad dziewczyną i namiętnie pocałował ją w lekko rozchylone usta. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że rzeźba minimalnie drgnęła. Widocznie lekko ją poruszył. Wtedy w jej oczach zobaczył błysk, na który przedtem nie zwrócił uwagi. Kolejny dowód na geniusz jego przyjaciela, potrafiącego w kamieniu stworzyć pozory życia. - Mogę ci to umożliwić - rozległ się głos Gerarda. - Co masz na myśli? - zdziwi się Stanley. - Powiedziałeś przecież, że chciałbyś w nią wejść i przelecieć. - Żartujesz? - Bynajmniej. - Na chwilę zapadła cisza, którą przerwał krytyk. - Mam to zrobić tu? Teraz? - zaśmiał się w głos. - Jeśli się krępujesz, to wyjdę. Będę u siebie w pracowni. Przyjdź, jak skończysz. Asher odwrócił się i odszedł nie oglądając się za siebie i zostawiając przyjaciela sam na sam z kamienną Vivien. Stanley przez chwilę stał w bezruchu, przypatrując się rzeźbie. Ku własnemu zdumieniu zaczął odczuwać coraz silniejsze podniecenie. Cofnął się do stolika, nalał sobie kieliszek whisky i opróżnił go. Spojrzał w kierunku kobiety i wypił następną kolejkę. Wiedział, że to dzikie i szalone, ale podjął decyzję. Dlaczego niby miałby tego nie zrobić? Nikt się nie dowie. Nawet Gerard, bo okłamie go, że tylko siedział przy stole i popijał. To naprawdę może być zabawne i przyjemne. W końcu tyle wypił, że chyba może pozwolić sobie na odrobinę zapomnienia. Uśmiechając się do siebie pod nosem zdjął spodnie i slipki. Sam był zaskoczony gigantycznym wzwodem. Podszedł do kamiennej dziewczyny, zajmując miejsce między jej udami. - Teraz zrobię to, na co nie chciał się zgodzić twój oryginał, ty marmurowa dziwko! Chwycił Vivien za kamienne piersi i wszedł w nią jednym ruchem. Zamknął oczy i przez dłuższą chwilę energicznie uprawiał seks z rzeźbą, wyobrażając sobie, iż robi to z prawdziwą kobietą. Opanowało go tak olbrzymie podniecenie, że nie był w stanie go opanować. Mocno objął kobietę i pocałował marmurowe usta, zdziwiony ich ciepłem. Przez ułamek sekundy miał nawet wrażenie, że są miękkie, co oczywiście było niemożliwością. - Obiecywałem ci, że będziesz moja! I dotrzymałem słowa! Zerżnę cię jak sukę! Zarucham cię na śmierć! Wykonał jeszcze kilka ruchów, aż poczuł wytrysk. Strumień nasienia wlał się do wnętrza kamiennej pochwy. Stanley znieruchomiał, chcąc, by ta chwila największej przyjemności trwała wiecznie. W końcu wstał, ubrał się i wyszedł, nie patrząc na kamienną rzeźbę. Gdyby to zrobił, zauważyłby ślady wilgoci na gładkich, marmurowych policzkach Vivien. Ale nawet gdyby je widział, nie potrafiłby wytłumaczyć ich pochodzenia. W końcu nawet w małym stopniu nie znał się na tajemnicach kamienia tak jak jego przyjaciel, światowej sławy rzeźbiarz Gerard Asher.
*****
Kolejna rzeźba powstawała przez cztery miesiące. Artysta planował zaprezentować ją światu w Święto Dziękczynienia i jak zwykle zrobić z tego przedstawienie dla elity. Powszechnie uważano, że zgodnie z ostatnimi upodobaniami Gerarda będzie to postać kobiety, a jeśli tak, to z pewnością byłaby to jego kochanka, Yvonne Benetton. Gerard zaczął spotykać się z Yvonne krótko po zaprezentowaniu rzeźby, na której uwiecznił Vivien Downlay. Znajomi Ashera twierdzili, że stanowią dość zgraną parę, ale z drugiej strony artysta nigdy nie był długo z żadną kobietą, więc raczej nie wróżono temu związkowi zbyt dużej przyszłości. Od dawna oczekiwany wernisaż zwyczajowo odbył się na terenie posiadłości rzeźbiarza i jak zwykle zgromadził znakomitych gości. Pewnym zaskoczeniem dla przybyłych był brak przy boku artysty ślicznej Yvonne, ale Gerard znany był z tego, iż zmieniał kobiety jak rękawiczki. Artysta celowo zwlekał z odsłonięciem kotary zakrywającej posąg, by podgrzać atmosferę. Gdy napięcie sięgnęło szczytu i zainteresowanie zgromadzonych zaczęło powoli mieszać się ze zdenerwowaniem z powodu długiego oczekiwania, Gerard w końcu zrzucił materiał z kamiennej rzeźby. Tłum wydał stłumiony pomruk zachwytu. Tak jak spodziewali się znajomi rzeźbiarza, uwiecznił on w marmurze prześliczną panią Benetton, jednak w tak kuszącej i zmysłowej pozie, w jakiej zapewne tylko nielicznym było dane ją widzieć. Dziewczyna stała w lekkim rozkroku, podpierając się o kolumnę. Z mocno wypiętymi pośladkami i dużymi, jędrnymi piersiami, dodatkowo uwydatnionymi przez pochylenie ciała w przód, wyglądała niezwykle seksownie. Swoim zwyczajem mistrz Gerard oddał nawet najdrobniejsze szczegóły boskiego ciała kobiety. Zrobił to do tego stopnia, że wielu mężczyzn oglądających rzeźbę nie potrafiło powstrzymać erekcji na widok rozchylonych warg sromowych doskonale widocznych w tej pozycji między półkulami pośladków. - No wiesz co, Gerard? Ty świntuszku! - zaśmiała się Ann Tureen i pogłaskała kamienną ślicznotkę po pupie. - Zrobiłeś to perfekcyjnie, ale mogłeś aż tak nie eksponować pewnych szczegółów. Robię się zazdrosna o męża, bo wiem, gdzie ten zbereźnik patrzy – to mówiąc położyła dłonie między pośladkami marmurowej Yvonne, zakrywając przy okazji jej łono. - Żartujesz sobie. Twój mąż na pewno cię z nią nie zdradzi. To niemożliwe – odparł Gerard z kamienną twarzą. - Mówisz tak, jakby Yvonne Benetton nie żyła. A z tego co wiem, niezła z niej nie nimfomanka, więc w każdej chwili może się tu pojawiać i spróbować uwieść mojego męża, więc zdrada jest jak najbardziej możliwa. - Miałem na myśli kamienną kopię pani Benetton, a nie jej odpowiednik z krwi i kości. Twój mężczyzna raczej nie mógłby cię zdradzić z marmurową rzeźbą. Chociaż kto wie? Prawda, Dan? - Gerard z tajemniczą miną zwrócił się do męża Ann Tureen, dziennikarza „New York Timesa”. Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Obrzucił Ashera badawczym wzrokiem, jakby chciał z twarzy rzeźbiarza wyczytać, co tak naprawdę miał na myśli, aż w końcu wycedził przez zaciśnięte usta: - Czyżbyś mi coś insynuował?! - Chyba nie powiesz mi, że nie podnieca cię seksualnie pani Benetton? - Żywa czy kamienna? - ton głosu Dana był ironiczny. - A co za różnica? - Patrząc na twoje najnowsze dzieło – faktycznie niewielka – nieco sztucznie zaśmiał się Dan. - Ale tak naprawdę, to prędzej bym ją pobił niż przeleciał. Wiesz dobrze, że jej nienawidzę! Ta suka bezpodstawnie wytoczyła mi sprawę o molestowanie i zniesławienie, a potem obsmarowała w kilku szmatławcach. - Tak. Słyszałem, że żartowała sobie z twoich rzekomo miernych możliwości seksualnych i niewielkich gabarytów przyrodzenia – powiedział Gerard z lekką nutką ironii w głosie. - Oszczędź sobie szczegółów i nawet mi nie przypominaj! Jej romans ze mną to bzdura wyssana z palca! Ona nigdy nawet nie widziała mnie nago. A jeśli chodzi o to, jaki jestem w łóżku, to moja żona może potwierdzić, że jest dokładnie odwrotnie, niż rozpowiada ta zdzira! Prawda, kochanie? Ann spojrzała na męża z niemal niedostrzegalną kpiną, z trudem stłumiła uśmiech i z charakterystyczną dla niektórych kobiet łatwością zgrabnie zmieniła temat: - A tak w ogóle, to dlaczego nie zaprosiłeś jej na wernisaż? Z pewnością byłaby ciekawa, jak widzowie zareagowaliby na jej akt. Jest mistrzowski, ale też bardzo odważny. - No cóż... Po skończeniu rzeźby nie była mi już, że tak powiem, potrzebna... Pozbyłem się jej i tyle... - Rzuciłeś ją na pożarcie krokodylom? - zaśmiała się Ann. - Bynajmniej. To byłoby zbyt prostackie. Jestem mężczyzną z klasą i załatwiam takie sprawy w bardziej elegancki sposób. - Willa na Lazurowym Wybrzeżu i najnowszy Aston Martin? Rzeźbiarz zaśmiał się głośno i z rozbawieniem spoglądając na swoją rozmówczynię odpowiedział rozciągając usta w uśmiechu: - Powiedzmy. A propos – właśnie zacząłem szukać modelki do mojej następnej rzeźby – Gerard znacząco podrapał się po brodzie. - To dlatego tak mi zaglądasz za dekolt? - wypity alkohol sprawił, że Ann zachowywała się dość frywolnie, nie krępując się obecnością męża. - Trudno tego nie robić, gdy kobieta jest tak ubrana jak ty. Gdyby ta sukienka miała dwa centymetry kwadratowe materiału mniej, byłabyś praktycznie topless. Ale poważnie mówiąc, musiałbym cię zobaczyć całkowicie nagą, żebym mógł ocenić, czy będziesz odpowiednią kandydatką do mojego następnego projektu. - Wolne żarty. Po moim trupie! – wtrącił się Dan. - To da się zrobić – zimno stwierdził Gerard. - Idziemy stąd, byle dalej od tego starego zbereźnika! - Dan wziął żonę pod rękę i pociągnął za sobą w stronę szwedzkiego stołu. Gerard uśmiechnął się pod nosem i chciał podejść do grupki gości zgromadzonych po drugiej stronie rzeźby, gdy nagle ktoś popukał go w ramię. Odwrócił się i ujrzał dwóch postawnych, wysokich mężczyzn. - Pan Gerard Asher? Możemy porozmawiać? - A kim jesteście i o co chodzi? - Policja, Wydział Zabójstw. - Wydział Zabójstw? O co chodzi? Jestem artystą i praworządnym obywatelem! - Chcemy tylko porozmawiać na osobności. Nie jest pan o nic oskarżony. Póki co zbieramy informację o pewnej sprawie. - W takim razie zapraszam do mojego gabinetu – ton głosu rzeźbiarza był lodowaty. Mężczyźni weszli na piętro do gustownie urządzonego pokoju, będącego równocześnie gabinetem i małą biblioteką z półkami pełnymi oprawionych w skórę książek i albumów z dziedziny rzeźbiarstwa i malarstwa. Policjanci usiedli w fotelach, a Gerard zasiadł za swoim dębowym biurkiem. - Ciekawe pozycje pan czyta – wyższy z mężczyzn przebiegł wzrokiem po tytułach widocznych na grzbietach książek. - „Hipnoza”, „Wywieranie wpływu na ludzi”, Tajemnice czarnej magii”... - Może przejdźmy do rzeczy – przerwał mu Gerard.- Co jest powodem waszego najścia? - Chodzi nam o Vivien Downlay. Słuch o niej zaginął prawie pięć miesięcy temu, a wczoraj prokuratura dostała anonimowy donos, że to pan jest mordercą – policjant postawił sprawę jasno. - To oburzające! To moja ukochana dziewczyna! Jestem z nią bardzo związany. Po jej zaginięciu pierwszy powiadomiłem policję, a poza tym przez cały czas prowadzę zakrojone na szeroką skalę poszukiwania na własny koszt i własną rękę! Nigdy bym jej nie skrzywdził! Skąd takie podejrzenia, że mógłbym ją zabić? - Jak już wspominałem nasz informator twierdzi, że to właśnie pan stoi za śmiercią Vivien. - To bzdura! Jaki niby miałbym mieć motyw? Żadnego! Gdybym nie chciał już z nią być, po prostu zerwałbym z Vivien i tyle. Ale nie zrobiłem tego, bo kocham tę kobietę! Dlatego właśnie szukam jej wszędzie. Powiem więcej! Mam własną teorię na temat tego, kto mógłby stać za zniknięciem mojej dziewczyny. - Chętnie posłuchamy. - Może napijecie się koniaku? - zaproponował rzeźbiarz. - Nie, dziękujemy - policjant był uprzejmy, ale stanowczy. - Proszę opowiadać.
Część 22 / 2
*****
Dwa dni później Dan Tureen zadzwonił do drzwi domu Gerarda Ashera. Był dyskretnie obserwowany przez pracowników ochrony, którzy nie interweniowali, uprzedzeni o wizycie dziennikarza. Po chwili na progu stanął rzeźbiarz i zaprosił mężczyznę do środka. - Wiesz co, Gerard? Sam się dziwię, że przyjechałem do ciebie, ale bardzo zaskoczył mnie twój telefon. Byłeś tak tajemniczy, że bardzo mnie zaintrygowałeś. Zdradź w końcu, o co chodzi? - Dan gadał jak najęty. - Wszystko w swoim czasie, przyjacielu. Cieszę się, że cię widzę. Z pewnością na długo zapamiętasz tę wizytę. Ale najpierw się napijmy. Proponuję koniak. Chodźmy do mojego gabinetu, tam wszystko ci wytłumaczę. Podekscytowany Dan ruszył po schodach za Gerardem. Gdy wszedł do zacienionego, pełnego książek pomieszczenia, zobaczył stojącą na środku rzeźbę Yvonne Benetton zwróconą tyłem do drzwi. - Widzę, że ustawiłeś ją tak, żeby prezentowała się ze swojej najlepszej strony – zaśmiał się Dan, czując rosnące podniecenie. - Masz rację, zrobiłem to celowo. - Ach, ta dupeczka! I ta cudowna, rozchylona cipunia! Sto procent zgodności z oryginałem. - Skąd wiesz? Na wernisażu twierdziłeś, że nic was nie łączyło. - A co miałem mówić przy żonie? - Na zdrowie – Gerard podał dziennikarzowi kieliszek i razem wypili kolejkę koniaku, a zaraz potem drugą. - Mówiłeś, że nienawidzisz Yvonne. - Dziwisz mi się? Po tym, co mi zrobiła? Jak sobie czasem pomyślę, to normalnie mam ochotę ją zabić! Do dzisiaj śmieją się ze mnie za plecami i nazywają impotentem z małym... Nieważne, sam wiesz. - Tak, wiem. Dlatego chciałbym ci pomóc. Nie mogę patrzeć, jak się męczysz. - O co ci chodzi? - zainteresował się Dan. - Jest prosty i skuteczny sposób, żeby raz na zawsze pozbyć się agresji wobec danej osoby. Bardzo przydatna jest do tego podobizna człowieka, do którego żywimy antypatię. A chyba przyznasz, iż trudno o lepszą niż moje rzeźby. Sam stwierdziłeś, że Yvonne jest jak żywa. Połóż ba niej rękę - to specjalny marmur, w dotyku podobny do ludzkiego ciała i o zbliżonej temperaturze. - No tak, każdy to potwierdzi, że wygląda jak prawdziwa Benetton – Dan poklepała marmurową kobietę po pośladkach. - Jak ja nienawidzę tej zdziry! Nie wiem, co to za sztuczka, ale faktycznie ten kamień jest ciepły i przyjemny w dotyku. - To z powodu jego wulkanicznego pochodzenia. Muszę ci zdradzić, że ma też inne niezmiernie ciekawe właściwości. Otóż przy mocniejszym dotyku, uszczypnięciu czy uderzeniu, powstają plamy przypominające prawdziwe siniaki i rany. Nie potrafię ci tego wytłumaczyć, ale naprawdę tak jest. - Dobrze, wierzę ci na słowo. Ale mów w końcu, co to za sposób? - Musisz wyładować swoją złość, frustrację i agresję na podobiźnie znienawidzonej osoby. Kluczem jest wyobrażenie, że właśnie stoisz przed daną osobą, żywą i świadomą. I to na niej odreagowujesz swoje strachy, a nie na podobiźnie, która jest tylko narzędziem mającym uruchomić twoją wyobraźnie. Zaraz wytłumaczę ci jak to zrobić, a później zostawię tu samego. Tylko do ciebie zależy, jak potem postąpisz, ale radzę zastosować się do moich wskazówek. W każdym razie nikt ci nie będzie przeszkadzał. Gerard pochylił się nad Danem i długo tłumaczył mu spokojnym, beznamiętnym tonem, jak może pozbyć się agresji, gdy on wyjdzie z pokoju. Dziennikarz ze zrozumieniem kiwał głową. Poczerwieniał na twarzy, a jego nerwowe ruchy wskazywały na to, że jest coraz bardziej zdenerwowany i pobudzony. Bez pytania nalał sobie pół szklanki koniaku i opróżnił ją kilkami dużymi łykami, a po kilku minutach powtórzył te czynność. Gerard w żaden sposób nie skomentował tego zachowania, uśmiechając się jedynie pod nosem. Gdy rzeźbiarz zostawił go samego w bibliotece, Dan podszedł do rzeźby i spojrzał w jej kamienne oczy. Wydawało mu się, że kamienna postać również przygląda mu się z zainteresowaniem i pewną dozą obawy. Wypity alkohol najwyraźniej dawał o sobie znać. - Ty cholerna dziwko! Nikogo tak nienawidzę , jak ciebie! - Niespodziewanie nawet dla samego siebie otwartą dłonią uderzył marmurową Yvonne w twarz. - Zabić cię to za mało! Przedtem byłoby trzeba cię trochę pomęczyć, suko! - Automatycznie powtórzył cios, ale tym razem zrobił to mocniej i użył pięści. Spodziewał się bólu po zetknięciu ręki z twardym kamieniem, ale nic takiego nie nastąpiło – ruch pięści został zatrzymany jak po uderzeniu w żywą tkankę. - Uduszę cię, ty szmato! Pomyślał, że chyba zwariował albo jest kompletnie pijany, ale mocno objął dłońmi śnieżnobiałą szyję i zaczął dusić. Po chwili opanował się i odstąpił krok w tył. Gdy spojrzał na rzeźbę, zamarł. Na szyi marmurowej kobiety wyraźnie widoczne były sine ślady. Twarz miała podbite oko i rozcięty policzek. - Jasna cholera! Ten kamień naprawdę zachowuje się jak żywe ciało! Te przebarwienia wyglądają jakbym pobił prawdziwą kobietę! Wziął głęboki oddech. Przypomniał sobie słowa Gerada i powtórzył, w duchu, że nie należy się przejmować specyficznym zachowaniem tego unikalnego gatunku marmuru. Należy robić swoje, nie wypadać z roli i raz na zawsze pozbyć się złości. Chwycił Yvonne za brodę, mocno ścisnął i spojrzał w oczy. - Najlepsze dopiero przed tobą, szmato! Splunął jej w twarz i spoliczkował. W tym momencie zauważył mokre ślady pod oczami wyglądające jak łzy. Dziwnie zachowuje się ślina na tym marmurze – pomyślał. - Ale ten kamień w ogóle jest dziwny, pierwsze widzę coś takiego. Z całej siły ścisnął piersi Yvonne, a potem zsunął dłoń w dół jej ciała, aż dotarła do łona. Wtedy włożył trzy palce w marmurową pochwę i bez trudu wyobraził sobie, iż penetruje właśnie kobiecość prawdziwej, realnej Yvonne Benetton. Nigdy nie był sadystą ani gwałcicielem, ale nagle poczuł, że podniecenie wzbiera w nim gwałtowną falą. - Zerżnę cię, a potem zabiję! Zapłacisz za to, co mi zrobiłaś! Zrujnowałaś moją karierę, ty kurwiszonie! Kopnął rzeźbę kolanem między nogi, a potem stanął za jej plecami. Stwierdził, iż wypięta pozycja kobieta wprost zachęca do tego, by ją wykorzystać. Bez zastanowienia rozpiął rozporek i wyciągnął penisa. Z dużym zadowoleniem stwierdził, że miał erekcję silną jak rzadko kiedy. Wszedł w Yvonne jednym zdecydowanym pchnięciem i zaczął uprawiać z nią seks, mocno szczypiąc pośladki i piersi kamiennej postaci, od czasu do czasu dając jej solidnego klapsa. - A teraz główny punkt programu, lachociągu! Perskie oczko! Wyszedł z marmurowej rzeźby tylko po to, by wpakować swoje przyrodzenie w położony trochę wyżej ciaśniejszy otwór. Podniecił się do granic możliwości, wyobrażając sobie, że kocha się z Yvonne nocą na plaży przy dźwiękach kubańskiej muzyki. Chwycił ją za biodra i jeszcze przyspieszy tempo. Wykonał kilka mocnych pchnięć i wtedy poczuł szczyt rozkoszy. Przez chwilę zastygł w bezruchu, mając niewytłumaczalne wrażenie, że kamienna pochwa pulsuje w rytm salsy. Odrzucił te niedorzeczną myśl, wyprostował się i schował mokrego członka. - Jeszcze z tobą nie skończyłem! Jesteś już trupem! Wyciągnął pasek ze spodni i zaczął okładać nagie plecy i pośladki, waląc jak cepem. Przerwał dopiero po kilku minutach, gdy poczuł mocne zmęczenie. Dysząc ciężko spojrzał na rzeźbę. Jej ciało przecinały sine smugi i czerwone, nieregularne paski, łudząco przypominające spływające w dół stróżki krwi. - Naprawdę niesamowity jest ten marmur. Gdybym nie wiedział, pomyślałbym, że to ludzkie ciało. Muszę napisać o tym artykuł. Był zbyt pijany, żeby zwrócić uwagę na rosnącą w oczach czerwoną kałużę, zbierającą się pod nogami Yvonne. Nie wpadł też na to, by jeszcze raz spojrzeć jej w twarz. Dlatego nie zauważył dwóch mokrych stróżek, biegnących od oczu do brody. Ani bezgranicznie smutnego i bolesnego spojrzenia pięknych oczu.
*****
Gdy Ann Tureen wcisnęła przycisk domofonu przed bramą posesji Gerarda Ashera, strażnik podszedł do niej i spytał: - Dzień dobry. Czy była pani umówiona z panem Asherem? - Nie, ale mam ważną sprawę! - Nie interesuję mnie to – mężczyzna był bardzo stanowczy. - Nie była pani awizowana, więc nie mogę pani wpuścić. - To zawołaj Gerarda, imbecylu! I to migiem! - Nie będzie mi pani mówić, co mam robić W tym momencie w słuchawce przyczepionej do ucha strażnika odezwał się głos rzeźbiarza: - W porządku, Victor. Wpuść te idiotkę. Zna drogę. Chwilę później Ann wpadła do gabinetu Gerarda jak pocisk, krzycząc na cały głos już od progu: - Co to ma znaczyć?! Dlaczego wpakowałeś mojego męża do aresztu?! - krzyknęła na cały głos Ann, wpadając jak pocisk do gabinetu Gerarda. Rzeźbiarz obrzucił ją obojętnym spojrzeniem. Kobieta była ubrana w krótką, czerwoną sukienkę z dużym dekoltem w kształcie litery „U”. Wzburzona głęboko oddychała sprawiając, że jej spory biust rytmicznie napierał na materiał, niemal wydostając się z uwięzi. - Nie miałem z tym nic wspólnego. To nie ja przekazałem film policji – odpowiedział spokojnie rzeźbiarz, podnosząc wzrok znad grubej książki. - Nie kłam, kutasie! To skąd w takim razie wiesz o filmie, co?! - Kutasie, powiadasz? - Gerard był lodowato spokojny. - Od policji. Poinformowali mnie, że w związku z zaginięciem Yvonne Benetton bez mojej wiedzy i pod moją nieobecność zainstalowali w gabinecie ukrytą kamerę. Obraz z niej był cały czas przekazywany drogą radiową do ich komórki dochodzeniowej. Dwa dni temu przyszedł do mnie Dan, upił się i gdy na chwilę wyszedłem z pokoju, powiedział sam do siebie, że nienawidzi Yvonne i chętnie by ją zabił za to, co mu zrobiła. - Łżesz jak pies! Dan nigdy nie gadał do siebie! - Może na trzeźwo nie. Policja twierdzi, że albo już ją zabił, albo gdzieś przetrzymuje, planując to zrobić. - Zrób coś, żeby go wypuścili! Powiedz, że film był zmontowany albo wymyśl coś... Ann podeszła do niego i błagalnie spojrzała w oczy. - Proszę cię, zrób to dla mnie... - Uspokój się. Wypij odrobinę koniaku, to ci pomoże. Wiesz co zrobił ten zboczeniec w moim gabinecie? Kopulował z rzeźbą Yvonne! To się w głowie nie mieści! - Błagam! Gerard wstał i podszedł do okna. Wyjrzał na zewnątrz, jakby tam czegoś szukał, a potem odwrócił się w stronę kobiety i spojrzał kpiąco. Pani Tureen nerwowo zaciskała palce. Rzeźbiarz podszedł do niej i spytał: - A co ja z tego będę miał? - A co byś chciał? - Ann uśmiechnęła się przymilnie. - Dobrze wiesz...- Gerard chwycił ją za pierś i ścisnął. - W życiu nie! - Ann odepchnęła rzeźbiarza i cofnęła się o krok. - Czyżbym był aż tak okropny i odpychający? Chyba nie? - Nie jestem dziwką! Kocham się tylko dla przyjemności i tylko z mężem! - kobieta spąsowiała na twarzy. - Czyżby? To dlaczego wszyscy mówią, że kawał z ciebie sprzedajnej zdziry? Zaraz się przekonamy, czy to prawda – mężczyzna zbliżył się do niej na odległość kilkunastu centymetrów. - Nigdy się o tym nie przekonasz, ty palancie! Wychodzę! - Ann była wzburzona do granic możliwości. - O, widzę, że lubisz się przekomarzać - Gerard chwycił ją za włosy, nie pozwalając odejść. - No zrób to, na co od dawna masz ochotę, ty napalona suczko! - Rzeźbiarz spojrzał kobiecie w oczy. Jego wzrok był lodowaty i niewyobrażalnie zły. Ann nagle zaczęła się trząść z zimna, czując narastający paniczny strach. - Zdejmij sukienkę. Dziewczyna absolutnie nie zamierzała tego zrobić. Chciała odejść, ale nie mogła odwrócić wzroku od hipnotyzującego spojrzenia Gerarda. Głowa bolała ją tak, jakby ktoś wbijał w mózg tysiące szpilek. Wbrew własnej woli rozpięła suwak na plecach i sukienka opadła na podłogę. Stała zawstydzona przed rzeźbiarzem, który z lubieżnym uśmieszkiem gapił się na obnażony biust. Ból zelżał. - Fajne cycki – powiedział z uznaniem. - Pobaw się nimi. Ann próbowała się oprzeć, ale bezskutecznie. Ból głowy znowu był nie do wytrzymania. Zaczęła pieścić swoje piersi powolnymi, kulistymi okrężnymi ruchami. Cierpienie zniknęło jak ręką odjął. - Dobrze, dziwko. A teraz gacie w dół. Chciała coś odpowiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle. Czuła paniczny strach przed tym człowiekiem. Mimo tego próbowała się oprzeć. Miliony szpilek ponownie wbiły się w mózg. Krzyknęła. Ciągle wpatrując się w szeroko rozszerzone źrenice rzeźbiarza zdjęła majtki, zostając tylko w butach na wysokim obcasie. Cała trzęsła się z przerażenia i zimna. - O, jak modnie. Wygolona do zera – Gerard cmoknął z uznaniem.- Włóż w nią dwa palce. - Gdy tylko ból zaczął narastać, Ann wykonała polecenie. - W porządku, suko. Ale na rzeźbę się nie nadajesz. Zbyt duże i obwisłe cycki i za bardzo rozwalone cipsko. Tak to jest, jak się daje dupy na prawo i lewo. - W oczach kobiety pojawiły się łzy bezsilności i upokorzenia. - A teraz weźmiesz go do buzi. Zrezygnowana dziewczyna poddała się już przy pierwszym ataku szpilek kaleczących jej mózg. Pogodziła się z tym, że nie ma innego sposobu, by uchronić się przed nieludzkim cierpieniem. Opadła na kolana. Penis zniknął w jej ustach. Pomimo przerażenia zmieszanego z upokorzeniem przykładała się do fellatio tak, jakby zależało od tego jej życie. Podświadomie czuła, że tak właśnie jest. - Całkiem nieźle ci idzie, lachociągu. Ale już wystarczy. Wstań i wypnij się – Gerard mówił spokojnie wiedząc, że nie ma potrzeby podnosić głosu. Kobieta wstała z podłogi, odwróciła tyłem i oparła o masywne biurko. Miała już wszystkiego serdecznie dość – bólu, upokorzenia, wstydu. Chciała, żeby jak najszybciej to się skończyło. Marzyła o tym, żeby w końcu stąd uciec i nigdy nie wracać. Gerard brutalnie wszedł w nią. Zaczął uprawiać z Ann seks, nie zważając na jej jęki i boleśnie trzymając za biust. Dziewczyna pomyślała, że może jednak warto spróbować wyrwać się i uciec. Natychmiast zalała ją fala nieludzkiego bólu. Miała wrażenie, że mozg pęknie je na pół. Poddała się zrezygnowana i przerażona. - Powiedz, że jest ci dobrze i że chcesz tego. - Dobrze mi. Dobrze. Chcę tego - powiedziała pogodzona z losem. - Widzisz? Mówiłem, że jesteś dziwką. W dodatku tanią, w zasadzie małą puszczalską, bo robisz to wyłącznie dla własnej przyjemności. Ann nic nie odpowiedziała. Przygryzła wargi, a po policzkach spłynęły jej łzy. To był najgorszy dzień w jej życiu. - A tak dla twojej informacji. Mam tu kamerę pod sufitem i wszystko to się nagrywa. Tak tylko w razie, gdybyś była tak głupia, żeby iść na policję. Wtedy byłbym zmuszony pokazać ten film Danowi i wówczas niewątpliwie straciłabyś męża. A z tego co wiem, macie spisaną intercyzę i zostałabyś sama bez domu i grosza przy duszy. W sumie byłoby to sprawiedliwe, bo wziął cię z gołą dupą i tak też powinien zostawić. Gerard nie przerywając rytmicznych pchnięć podniósł głowę i patrząc w sufit zaśmiał się diabolicznie.
*****
- Dlaczego tak upierał się pan, żeby udzielić wywiadu w swoim gabinecie? W jakieś przytulnej restauracyjce byłby przyjemniejszy klimat, a na neutralnym gruncie odpowiedzi zwykle są obiektywniejsze – dociekała Sylvia Weber, młoda dziennikarka magazynu „Forbes” Asher wlał do kieliszków koniaku, rozparł się wygodnie w fotelu i zapalił cygaro. W jego gabinecie jak zwykle panował półmrok, rozświetlany jedynie przez słabe światło padające od niewielkiego okna. Zaciągnął się, obserwując dziewczynę i oceniając jej wygląd. Nie była zbyt urodziwa – ta krótkowłosa szatynka o małych piersiach i wąskich ustach zdecydowanie nie zaliczała się do piękności. - Jestem domatorem i nie lubię nigdzie wychodzić – odparł Gerard. - No dobrze. To może zacznijmy. Jest pan zaliczany do najlepszych i najbogatszych rzeźbiarzy świata.... - Nie zaliczam się do najlepszych tylko jestem najlepszy! - przerwał jej Asher. - Tak – mało kulturalne zachowanie rzeźbiarza sprawiło, iż Sylvia nieco się pogubiła. - Kilka ostatnich pana rzeźb to wyłącznie kobiece akty. Czym to jest spowodowane? - Powiedzmy, że miałem dobry materiał ludzki. - Nie rozumiem? - Zapewniam, że nie chciałaby pani zrozumieć. Ale bez obawy, jest pani za brzydka, żeby mi pozować nago. - Strasznie pan miły! - krzyknęła obrażona dziennikarka. - Nie miły, tylko szczery – powiedział Gerard z ironicznym półuśmieszkiem. - Niech pan sobie oszczędzi tych głupich uwag! Za wiele pan sobie wyobraża! Wcale nie chciałabym dla pana pozować i już na pewno nie nago! - Sylvia sama była zaskoczona, że tak łatwo dała się wyprowadzić z równowagi. - Całe szczęście! - zaśmiał się Gerard. - Kontynuujmy ten wywiad, bo chciałabym go jak najszybciej skończyć! - Ja też. Co chwilę przychodzą mi tu jakieś głupie lachociągi i wypytują o rożne bzdury. Chwili spokoju człowiek nie ma! - Nie jestem lachociągiem! - dziennikarka spąsowiała na twarzy. - Czyżby? Zapewniam panią, że jest inaczej, o czym niebawem się przekonamy. Wszystkie jesteście. A tak w ogóle to dlaczego nie zanegowała pani insynuacji dotyczącej głupoty? Wściekła dziewczyna spojrzała w zimne oczy rzeźbiarza. I wtedy nagle nie wiedząc dlaczego zaczęła się bać. Odetchnęła głęboko, próbując się uspokoić. Była przecież profesjonalistką i przyszła tu tylko po to, żeby dobrze wykonać swoją pracę. - Wróćmy do wywiadu. Dlaczego kobiety w pana rzeźbach są przedstawione w tak perwersyjny sposób? - o prostu uwieczniłem ją w czasie czynności, którą najbardziej lubiły robić. Zresztą wszystkie to lubicie. Oczywiście