Fantastyka · 17 min czytania
Piękny umysł.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ben zwrócił głowę w stronę stołu z przyrządami do zadań i innymi zabawkami. Dzisiejszy dzień był pracowity nawet jak dla niego, tak przecież lubiejącego zabawy z cyframi. Zresztą,co tu mówić o lubieniu, cyfry były dla niego wszystkim. Otaczały go zewsząd, rozmawiając i bawiąc się z nim, bardziej otwarte niż dla kogokolwiek innego, co zresztą czasem nastręczało mu kłopotów, bo jak można nie wiedzieć, jak wygląda taka na przykład jedynka. Dla innych była to tylko pionowa laska z daszkiem, czasem dla równowagi osadzona na poziomej belce. A przecież to spora różnica, bo jedynka z belką na dole to taka mała, dziecinna jeszcze jedynka, nie potrafiąca ustać sama tylko kurczowo trzymająca się tej belki jak dziecko na rowerku z doczepionymi bocznymi kółkami. Za to jak wyrośnie – aż miło patrzeć, stoi prosto jak żołnierz na warcie, z dumą balansując swym nieco zbyt dużym nosem. Trochę też go przez to zadziera, tego nosa, że taka niby jest ważna, bo przez nią dzielą się wszystkie inne. Czy taka dwójka, pozwijana i poskręcana, sycząca jak wąż – zawsze nieco nieprzystępna i nieuprzejma. Co innego taka na przykład szóstka – mały grubasek z niewielką główką praktycznie niewidoczną na czubku wykręconej jak u żyrafy szyi. Śmieszna także jest dziewiątka, jej przeciwieństwo i krewniak zarazem – przypakowany mięśniak o potężnych barach, za to mikrych nóżkach i rozumku. Gdziekolwiek szedł Ben zawsze spotykał cyfry. Liczył płytki w chodniku, okna w mijanych domach, mijanych ludzi w czerwonych skarpetkach (jeśli to była akurat np. sobota) czy ilość nitów w moście. Wiedział też, jak należy się z nimi obchodzić – kiedy przystanąć, by przepuścić biegnącą przez ulicę siódemkę czy skrzyczeć dziewiątkę, próbującą pastwić się nad maleńką trójką. Jego zachowanie nie zyskiwało mu niestety sympatii otoczenia, inne dzieci nie podzielały jego pasji i wolały bawić się w inne gry niż liczenie, z biegiem czasu odstawiając Bena na boczny tor, w końcu uznając za nie pasującego – a dzieci znają masę sposobów, by zamanifestować wykluczenie. Ben musiał więc częstokroć uznawać wyższość fangi w nos zasadzonej choćby przez tego wyrośniętego synalka farmera nad korzyściami płynącymi ze znajomości liczb. Nie chciały też one jakoś ostrzegać go przed znienacka podstawionymi nogami czy zaskakiwały go inną niż spodziewana ilością kanapek w jego pudełku śniadaniowym, ograbionym przez inne dzieci. Wszystkie te niedogodności nic jednak nie znaczyły dla Bena, który poznał już tajniki działań na liczbach i defilowały teraz przed nim karnie, ćwiczone na dziesiątki sposobów. Ile okien miał tamten mijany właśnie fabryczny budynek? Jeden rzut oka wystarczył do ustalenia, że było to 17. Każde okno miało po 9 małych szybek za wyjątkiem dwóch centralnych, mniejszych z jedynie 6 szybkami. 147 szybek. Chodnik to kwadratowa płytka 30cm na 30cm, trzy w rzędzie. 120 metrów takim chodnikiem, by dojść do sklepu. 1200 płytek. 120 metrów i 1200 płytek – jak pięknie wyglądały te cyfry, tak podobne do siebie – a to dzięki temu, że 120 metrów tak ładnie dzieli się na 30 centymetrów. Z wiekiem pasja Bena nie słabła, lecz przybierała na sile, do pasji doprowadzając nawet jego spolegliwie usposobioną matkę, nie potrafiącą spokojnie przejść koło kolejnego wybryku latorośli, nie chcącej wyjść ze sklepu zanim nie policzy wszystkich puszek na półkach. Ojciec, a właściwie ojczym wykazywał jeszcze mniej zrozumienia jak i cierpliwości, próbując za to często nawrócić przybranego syna na właściwą drogę przy pomocy paska od spodni. Nieważne jednak, jaki odcień czerwieni przybierało siedzenie Bena, nic nie potrafiło go odciągnąć od jego pasji. Poza cyframi świat dla niego nie istniał, czy też może inaczej – świat był tylko pretekstem do pojawienia się liczb. Trzy kruki, sto pięćdziesiąt sześć ptaków w tamtym stadzie czy dwadzieścia sześć aut karnie zaparkowanych wzdłuż ulicy – to nie mógł być przecież przypadek. Jeśli podzielić bowiem ilość sztachet w tamtym płocie przez ilość szczebli drabiny niesionej przez tamtego robotnika to otrzymamy liczbę okien w kamienicy naprzeciwko. Proste. Nie tak proste jednak jak nauka w szkole, która za nic nie chciała Benowi wchodzić do głowy. Słowa interesowały go mało albo i wcale, a już zupełnym bezsensem i stratą czasu było ich zapisywanie. Biologia? Geografia? Nigdy nie mógł pojąć tych abstrakcyjnych terminów, nie mówiąc już o temacie choćby jednej lekcji. Nawet matematyka, z którą wydawałoby się nie powinien mieć problemów byłą dla niego katorgą. Zadania rozwiązywane na lekcji były bezmyślne, liczby aż dusiły się sztywnych ramach przykładów, siłą zmuszane do służby. Choćby taka pi, jawiąca się Benowi jako nieskończenie długi wąż cyfr wijący się i starający się znaleźć własny ogon, by go pożreć (co jest niemożliwe, bo nie można znaleźć końca swego nieskończenie długiego ogona) tu była przedstawiona jako 3,14. Przecież to jak uciąć głowę wężowi i powiedzieć – oto wąż. Podobnie jak wytłumaczenie, skąd się ona wzięła – jest i już. Służy do podstawiania w różnorakich wzorach dzięki czemu możemy obliczyć wynik. Co za wierutna bzdura, a przecież wystarczyło spytać samą liczbę Pi skąd się wzięła, by wyszła z okręgu (gdzie lubi przebywać) ciągnąc za sobą długi sznur cyfr wskakujących na swoje miejsca. Wystarczy też ją poprosić a złapie okrąg za rękę i pociągnie, wyszarpując jego pole czy obwód. Łatwiejsze niż nawet mnożenie, które Benowi jawiło się jako walka dwóch armi po każdej stronie. Cyfry tworzące każdą z liczb zbiegały z gór i spotykały się w połowie drogi, czasem walcząc ze sobą a czasem bawiąc się wesoło, wskakując jedna za drugą, czasem dzieląc się, czasem łącząc, zamieniając miejscami – i voila, mamy wynik. Niechęć oraz nieprzystosowanie do systemu popularnego szkolnictwa zaowocowały werdyktem – nie rozwijający się prawidłowo, skierowany do szkoły specjalnej. Matka zniosła tą wiadomość spokojnie, a przynajmniej ze zobojętnieniem, nie pokazując po sobie targających nią uczuć, ojczym niestety był bardziej wylewny. Trudny charakter, własne niespełnione ambicje (4 lata podstawówki) oraz nadmierne spożycie alkoholu zaowocowały własną wizją „terapii” pasierba. Dla Bena nastał ciężki czas, znaczony sińcami i podbiegniętymi czerwienią pręgami tu i ówdzie, a wspominany czasem pasek zastąpiony został czym popadnie – a to sznurem od żelazka, kijem czy choćby pięścią. Nawet cyfry, dotąd tak chętnie bawiące się z Benem posmutniały i nie chciały liczyć, ile to będzie jeśli ilość tabletek w pudełku podzielimy przez liczbę razów, które dziś dostał... W czasie jednej z „sesji terapeutycznych” ojczyma ilość środków perswazji przekroczyła dopuszczalną przez organizm małego i tym razem nie udało się ukryć skutków. Ben pamiętał tamte wydarzenia jak przez mgłę, mózg widać bronił się usuwając niechciane wspomnienia. Szpital, ludzie w białych kitlach, później w niebieskich mundurach, płacząca matka, zasłane na biało łóżko z masą dziwnych urządzeń dookoła robiących cały czas bip i klik, i w końcu Ośrodek. Czym zajmował się Ośrodek, jak był wielki czy też jak działał – tego Ben nie wiedział, nigdy też go to nie zainteresowało. Z jego punktu widzenia trafił prawie do raju – wszyscy byli dla niego mili, lubili bawić się z nim liczbami i nagradzali za to, co i tak lubił robić. Początkowo dostawał od nich książeczki z zadaniami. Najbardziej lubił oczywiście te z liczbami. Były tam na przykład piramidy z trzema liczbami na dole, dwiema pośrodku i zagadką na górze. Ale co to za zagadka dla Bena, w jego wyobraźni liczby z dołu wskakiwały na poprzeczkę dzielącą je od liczb ze środkowego rzędu i robiły wymyk jak akrobata na drążku, lądując w wyższym rzędzie, podzielone jednak na pół – wystarczyło zrobić z nimi to samo jeszcze raz, by otrzymać rozwiązanie. Im dalej tym zadania były coraz trudniejsze. Pojawiały się ciągi liczb urwane nagle bądź puste w połowie, Ben jednak momentalnie orientował się, że jakie prawidła nimi kierują, np. każda kolejna była kwadratem poprzedniej (pani w białym kitlu mówiła na nie ciąg geometryczny), w takim ciągu liczby szybko rosły składając się kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu cyfr, co jednak nie stanowiło dla Bena problemu. I nikt nie potrafił mu dorównać w biegłości w operowaniu nimi,…