Inne · 4 min czytania
Pierwsza miłość
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Po raz pierwszy ujrzałem Ją w parku, jakieś cztery miesiące temu. Miała wtedy na sobie długi, zwiewny płaszcz. Na twarzy wyraz absolutnej uległości wobec tego, co działo się wokół niej. Gdy po raz pierwszy na mnie spojrzała to tak, jakby chciała powiedzieć "przepraszam, że żyję".
Włosy miała koloru ni to blond, ni to brąz. Ot, taka dziwna mieszanka na głowie. Wiatr zawsze igrał sobie w jej rozpuszczonych włosach, plątał je. Ona pozwalała mu na takie zuchwałe poczynania.
Zawsze, gdy przychodziła do parku, miała chleb dla pływających łabędzi po stawie. Siadywała wtedy na ławeczce i rzucała go głodnym ptakom. One bez lęku podpływały, jakby wyczuwały emanującą od niej życzliwość.
Pierwszy raz podszedłem do Niej za czwartą jej wizytą w parku. Usiadłem obok Niej i spojrzałem na nią z lękiem bojąc się, że każe mi odejść. Ale nie. Spojrzała na mnie tym swoim smutnym wzrokiem i uśmiechnęła się. Potem wróciła do swoich łabędzi. I tak siadywaliśmy sobie razem na tej ławce przez miesiąc. Nic do siebie nie mówiliśmy; wystarczyło, że czuliśmy swoją obecność. I nagle pewnego dnia po raz pierwszy odezwała się do mnie. Zaczęła opowiadać o sobie. Dowiedziałem się, że urodziła się i wychowała w Poznaniu, potem wyjechała na studia prawnicze do Krakowa. Skończyła je z wyróżnieniem, lecz nie pracuje. Okazało się, że zawód prawnika nie jest dla niej; chciała zostać pediatrą i ratować małe ludzkie istnienia.
Tak po prawdzie to Ją kochałem i nadal kocham. Na swój sposób. Nigdy jej tego nie powiedziałem. Lecz Ona jakoś to wyczuwała. Sądzę, że Ona też mnie kochała. Ale nie na tyle, by wziąć mnie do siebie, do domu. A tak bardzo chciałem siedzieć z Nią przy kominku, patrzeć, jak ogień odbija się w jej oczach, ja trzyma kubek z ciepłym kakao i od czasu do czasu całuje mnie w nos.
Pewnego dnia…