opowiadania-pl · 12 min czytania
Pierwsza wachta
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pierwsza wachta
Latem 1966 roku statek m/s „Kraków” stał przy nabrzeżu portu Lagos w Nigerii. Był to mój pierwszy statek po ukończeniu Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni na którym byłem zaokrętowany jako Asystent Pokładowy czyli prawie oficer. Obudził mnie głos marynarza wachtowego. - Panie As /tak nazywano Asystenta Pokładowego/ budzę! Jest godzina 0715. - Dziękuję – odpowiedziałem. Odwróciłem się na drugi bok, by jeszcze przez minutę pożegnać się ze snami i ciepłem koi. Czekała mnie 24 godzinna służba oficera wachtowego. Jedna z pierwszych, samodzielnych służb. Wróciłem myślami do dnia poprzedniego. Podczas poobiedniej przerwy, wezwał mnie do siebie Kapitan. Byłem zdziwiony i zaskoczony. Nieczęsto „ Stary”/tak nazywa Kapitana załoga/ ma sprawę do Asystenta Pokładowego chyba, że ten mu podpadnie. Gdy zaproszony wszedłem do salonu, Kapitan stał przy oknie. Obserwował to co się dzieje na pokładzie. Zawsze na wachtach w morzu, miałem świadomość, że Kapitan nadzoruje również naszą pracę mimo, że nie było go widać. Teraz zobaczyłem jak on to robi. Gdy wszedłem, odwrócił się do mnie. - Panie Asystencie. Po tym co Drugi Oficer wyrabia , postanowiłem, że będzie pan pełnił za niego służby na pokładzie w portach. Od dzisiaj jest pan samodzielnym oficerem. Proszę absolutnie nie zwracać uwagi na Drugiego. Proszę go traktować jak pasażera. Jestem przekonany, że poradzi pan sobie. Jeżeli będzie pan miał jakieś trudności, to proszę zwracać się z nimi bezpośrednio do mnie. Czy zgadza się pan ? – zakończył pytaniem. Cóż mogłem powiedzieć ? - Zgadzam się i dziękuję za zaufanie Panie Kapitanie. - No to dziękuję panu – powiedział i odwrócił się w stronę okien salonu. Spojrzałem na zegarek. Była godzina 0720. Zerwałem się z koi, byłem już rozbudzony. Robiąc poranną toaletę rozmyślałem. - Jak to będzie?... Trzymać służbę to fraszka, ale pełnić wachtę w towarzystwie Drugiego…- byłem pełen niepokoju. Jeszcze ostatnie spojrzenie w lustro. Toaleta skończona. Wyszedłem z kabiny. Owiało mnie ciepłe powietrze korytarzy. W kabinie miałem 24° C . Tu na korytarzu było już około 28° C. - Co będzie na zewnątrz?- pomyślałem. Byliśmy w tropiku i praca na pokładzie była niezwykle wyczerpująca , z uwagi na bardzo wysokie temperatury i dużą wilgotność powietrza. Po drodze do messy oficerskiej, spotkałem Drugiego. Zamykał drzwi do swojej kabiny. - Dzień dobry panie Drugi – ukłoniłem się grzecznie. - Cześć panie As – odpowiedział – co zaczynamy służbę? – dodał pytająco. - Tak wypadło- odpowiedziałem żartobliwie. Stał przede mną stary zniszczony alkoholem człowiek, w zniszczonej, starej, nylonowej koszuli z podwiniętymi rękawami. Czarne szorty, nie pierwszej już świeżości, zwisały mu smętnie na chudych biodrach. Czarne półbuty i czapka oficerska na jego głowie, dopełniały tego dziwacznego stroju. Nie było wątpliwości, że wypowiedziane przez niego przed chwilą –Co? Zaczynamy służbę? - dotyczy nas obojga, tak jak to było dotychczas. A dotąd byłem jego asystentem. - Cóż robić, muszę przez to przebrnąć, bardzo delikatnie postępując z Drugim – myślałem zbiegając do messy. - Dzień dobry panie Stasiu. Proszę jajka sadzone na dwie strony. – zwróciłem się do stewarda, siadając przy „swoim” stole, na „swoim” fotelu. Na statku każdy członek załogi ma przydzielone miejsce przy stole, i biada temu, kto takie miejsce zajmie. Stary to zwyczaj ale wszyscy marynarze go przestrzegają. Zjadłem śniadanie w pośpiechu. Wpadłem do kabiny po służbową czapkę i ruszyłem na dół , na pokład główny. Wyszedłem na zewnątrz. Tu był inny świat. Upał odbierał oddech. Kwaśny, ostry zapach potu ciężko pracujących czarnych ludzi, zmieszany ze specyficznym zapachem afrykańskiego portu, unosił się wszędzie, dusił. Trzeci Oficer zdał mi służbę krótko. - Są trzy ganki /brygady dokerów/ . Robimy na I, II, i III ładowni. Trzymamy nadzór na wszystkich ładowniach. Kradną strasznie – zrelacjonował szybko. - A w ogóle, to ja już ledwie żyję – dodał i poszedł szczęśliwy, że ma przed sobą beztroski odpoczynek. Podszedłem do komingsu ładowni. Zajrzałem do ładowni. Czarne postaci, których ciała okryte były tylko przepaskami na biodrach, poruszały się powoli przenosząc worki na palety. Ustawieni parami, chwytali za rogi taki worek, by jednym ruchem go dźwignąć i przerzucić na paletę. Pracowało ich ośmiu. Kilkunastu siedziało w grupach po dwie, trzy osoby, na skrzyniach i balotach. Rozprawiali o czymś zawzięcie. Wiedziałem -co to oznacza dla ładunku. - Kiedy odejdą, w skrzyniach będą duże braki. Baloty będą porozrywane. - Panie Zbyszku! Sprawdza pan ilu ich jest?- zapytałem , pełniącego dozór w ładowni, marynarza. Żeby dopilnować ładunku, trzeba było bez przerwy liczyć znajdujących się tam robotników. Jeżeli zabrakło na moment jednego, to wiedzieliśmy, że już on gdzieś kradnie. - Naturalnie panie As. Oni mnie nie zwiodą !– odpowiedział butnie marynarz. - Nie byłbym tego taki pewny . Kiedyś w Casablance, było nas trzech do pilnowania załadunku bardzo cennej drobnicy w skrzyniach. Byliśmy przekonani, ze nic nie uszło naszej uwadze. Dopiero przy wyładunku w Abidżanie, okazało się, że co druga skrzynia, z wyrobami z kości słoniowej, była naruszona i miała wiele braków – powiedziałem. Skierowałem się do II ładowni. Głęboko w ładowni pracował Drugi Oficer. Spocony, brudny z przekrzywioną czapką oficerską na głowie, stał się obiektem pośmiewiska . Zataczał się, jakimś łomem starał się podważyć wiązkę metalowych prętów. Był kompletnie pijany. Jego nieskoordynowane ruchy, wzbudzały powszechną wesołość otaczających go…