Fantastyka · 8 min czytania
Pierwsze Wyjście z Mroku
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Pierwsze co się rzuca w oczy to dziura. Jedna wielka, ogromna, czerwona dziura. A z dziury tej sączy się krew. Po odczekaniu chwili i uspokojeniu się, można zauważyć że rana nie jest identyczna z tymi które zauważyliście wcześniej. To daje do myślenia i skłania ku innemu rozwiązaniu, niż te poprzednio zakładane. Weźmy pod uwagę miejsca morderstw<?>.
Pierwszy trup został znaleziony na środku parkingu. Nikt nie wie co się stało, kamery nie działały, a nikt nie słyszał niczego. Dziwne, bo przecież w ciele znajdowało się co najmniej 6 dziur po kulach. Bez kul, bez łusek. Bez dowodów.
Drugie ciało, to zagadka. Znalezione martwe dokładnie 5 minut po wyjściu sekretarki. Kiedy wychodziła- osoba żyła. Sekretarka wyszła razem z pięcioma innymi pracownikami. Później kiedy przyszła ponownie, z kolejną grupą, pozostało martwe ciało.
Trzecia osoba, obecna zagadka. Wyszliście przed dziesięcioma minutami z biura, posiedzieliście na kanapie i wróciliście. Trup. Żadnych odgłosów, śladów, poszlak. Nic.
Co myślicie o tym? Czy mamy znów do czynienia z tamtą starą sprawą, sprzed 5 lat? Tą, kiedy w jakimś cholernym lasku, pod Radomiem, znaleźliście w tej świątyni dumania dwa ciała? Pamiętacie? Nigdy nie ustalono kto. Ani dlaczego. Najgorzej jest, kiedy nie wiadomo dlaczego. To każe się zastanawiać, myśleć o tym. Ludzie od takich spraw fiksują. Pamiętacie Jacka? Zwariował od tej sprawy, oh były następne, które wbijały kolejne gwoździe szaleństwo w jego mózg. Od dowodu, jednego, jedynego. Cholernego kamienia, ochlapanego w jakieś brunatnej mazi. Gdybym wierzył w duchy, to bym uwierzył laboratoryjnym, ale jakim cudem na takim kamieniu, w tym miejscu krew o innej ilości chromosomów niż przystało?
To nierealne. Jakiś cholerny zbieg nieprzewidzianych przypadków. A ja mam coraz bliżej do białego kaftanu, niż inni sądzą. Przez Was. Ale dopóki opływam w spokoju jest bezpiecznie. Opowiedzieć wam jak to było? Nie dziś. Kiedy indziej, ale usłyszycie teraz o czymś innym. Czymś bardzo ważnym.
Część 22 / 2
Ciało, zagadka dnia dzisiejszego. Płeć widoma, budowa ciała i reszta fizjonomii wiadoma. Ale rany? Te są ciekawostką, jaka broń mogła je zadać. W takiej ciszy, w takim tempie, z taką dokładnością?
To mógł by być jakiś karabin snajperski, ale w ciele pozostały by kule. Może pociski lodowe, jak w filmach szpiegowskich? Nie czarujmy się, nie przetrwały by wystrzału, a jak widzicie okna pozamykane i żadnych śladów przestrzału. Dupa, jednym słowem, dupa.
Opowiem Wam co było wcześniej, usłyszycie. To bardzo ważne, dla mnie chyba szczególnie. Żeby się wyżalić i wypluć z siebie. Ten jad i gorycz. Poprzednich, nierozwiązanych spraw. Takich które prześladują człowieka w nocy. Każą mu się trząść z przerażenia, kiedy cholerny dusiołek siada na klatce piersiowej i uniemożliwia wziąć kolejny, ten rozpaczliwie ważny, łyk powietrza. Śmiejecie się z Mojego dusiołka? A Wy? Nie macie koszmarów, mary nie nachodzą Was czasem we śnie? Nie możecie oddychać przez sen? Tak, to było do przewidzenia.
Pierwsza sprawa to była przygrywka. Takie largo. Bardzo powolne largo, z elementami staccato. W końcu żaden element układanki nie pasował do siebie. Ah, to była muzyka wtedy. Nic nie pasowało do siebie, nic nie harmonizowało. Nic! I wiecie co? Wtedy dotarło do mnie, że w większości zbrodni które udało mi się rozwiązać, większość elementów, dowody nie pasowały do siebie. Ale zawsze znajdowaliśmy rozwiązanie. A te zagadki? Żadnych sensownych powiązań. To powodowały dysonans. A dysonans spowodował szaleństwo Jacka, Teraz i powoli moje. I dlatego opowiem Wam co się wtedy wydarzyło.
Przyjechaliśmy nocą. Ciemną nocą, tak ciemną, jak potrafi być noc w wielomilionowym mieście. Ale samo ciało, to była zagadka. O…