Fantastyka · 14 min czytania
Pierwszy białowłosy elf
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jak zwykle wszystko zaczęło się przez przypadek. Byłem wtedy jeszcze bardzo młody - zaledwie 33 lata (wiem człowiecze, że to dla ciebie, istoty tak krótkowiecznej, wydaje się dziwne...). Mieszkaliśmy w samym środku niczego - do najbliższego miasta były ponad trzy dni drogi, więc nie zaglądaliśmy tam zbyt często. Cały świat zamykał się w gospodarstwie naszym i paru najbliższych - mało rozrywek, dużo pracy (i żadnych ładnych dziewczyn w pobliżu...). Chyba normalne, że chciałem czegoś więcej, jakiejś przygody, czegoś ciekawego.... No i dostałem. Pewnego dnia na podwórzu naszego domu zastukały końskie kopyta. Niby nic dziwnego, prawie wszyscy gospodarze w okolicy mieli konie, my zresztą też. Ale te kopyta brzmiały inaczej - nie jak u pociągowego konia, ale szlachetnie, jak u rumaka. Wybiegłem i zobaczyłem człowieka słaniającego się na koniu. Gdy podjechał pod drzwi naszego domostwa spadł z konia na ziemię. Od razu zobaczyłem plamę krwi na jego ubraniu. Ubraniu - raczej wytwornych szatach jak dla mnie. Widać było, że to nie jest zwykły chłop, czy nawet mieszczanin. To był ktoś bardzo bogaty. Kiedy się nad nim pochyliłem, usłyszałem tylko jedno słowo - Pomocy.... - po czym stracił przytomność. Zawołałem rodziców i zaczęliśmy się nim zajmować. Okazało się, że rana wygląda naprawdę paskudnie... i dziwnie - ani jak szarpana, ani jak cięta. Ale po paru godzinach udało się nam jakoś ją opatrzeć. Ranny przeleżał w gorączce całą noc, następnie prawie cały następny dzień. Ocknął się dopiero wieczorem. - Dziękuję wam za pomoc - to były jego pierwsze słowa, ale zaraz oczy zaczęły mu nerwowo biegać po izbie i spytał - Nie było tu nikogo, kto by się o mnie pytał?? - Nie panie - odpowiedział mój ojciec - przespaliście całą noc i cały dzień, ale nikt was nie szukał. - To dobrze, to dobrze - wyraźnie się uspokoił - a gdzie ja właściwie jestem? Całą prawie drogę przejechałem na wpół nieprzytomny, koń sam mnie niósł. - Zawadowice małe, panie. Własność pana Kiepogłowa. - Acha... Słuchajcie proszę was o jedno - póki nie wyzdrowieję na tyle, żeby odjechać o własnych siłach, pozwólcie mi tu zostać, a jeśli ktoś będzie się pytał o mnie, to nie mówcie, że tu jestem. Dobrze wam to wynagrodzę. - Panie, my nie chcemy się mieszać w porachunki możnych. Taką małą chatę można spalić bardzo łatwo, a to wszystko co mamy.... - odpowiedział mój ojciec. - W rzeczach na moim koniu znajdziecie sakiewkę. Myślę, ze to wystarczy na kupienie 3 takich chat jak ta. Weźcie ją jako zadośćuczynienie za uratowanie życia. Jeżeli zaś zrobicie to o co proszę dostaniecie dużo więcej. Zresztą spalenie chaty wam nie grozi, bo to nie są jakieś wielkie porachunki - po prostu poszło o kobietę. Jednak w ostatniej chwili, kiedy jeszcze mogłem uciec z pojedynku, doszedłem do wniosku, że nie warto tak ginąć.... No ale mój przeciwnik chce się mnie pozbyć na zawsze... - Dobrze panie pomożemy ci, ale ze względu na poszanowanie życia a nie pieniądze, które jednak z wdzięcznością przyjmiemy. I tak w spokoju minęły trzy dni. Chory (jak się okazało miał na imię Eskill) dochodził powoli do siebie, choć cały czas nie mógł wstać z łóżka. Aż czwartego dnia rano mój młodszy brat wbiegł do izby, krzycząc: - Jeźdźcy, dużo jeźdźców jedzie do nas!! - Ukryjcie mnie gdzieś proszę - odezwał się Eskill. Zanieśliśmy go na strych (nie bez wysiłku, nie był lekki, na dodatek przy każdym poruszeniu jęczał i syczał z bólu). Akurat na czas, bo nieznajomi właśnie zajeżdżali. Wyszedł im na spotkanie mój ojciec. Było ich siedmiu - dwóch wyglądających jak szlachcicowie i piątka zbrojnej ochrony. - Witajcie panowie!! - krzyknął ojciec - co was sprowadza w progi naszego domostwa!? Zapraszam do środka, czym chata bogata! - Dziękujemy za zaproszenie, skorzystamy, bo jesteśmy strudzeni długą drogą. Gdy weszli do chaty, zaczęli się jej przyglądać trochę dłużej i trochę dokładniej, niż zwykle robią to goście po wejściu do nieznanego pomieszczenia. Matka podała jedzenie, goście usiedli i zaczęli się pożywiać. - Gospodarzu, poszukujemy zbiegłego więźnia. Uciekł nam chuncpot pięć dni temu, zabijając adwokata, który się do niego udał. Zabrał jego rzeczy i zwiał. Jednak udało nam się go zranić zanim uciekł. I przepadł jak kamień w wodę.... Nie wiedzieliście może kogoś podejrzanego, wyglądającego na chorego w okolicy? - Nie panie, nie widziałem. Od dwóch tygodni nikt tędy nie przejeżdżał. - No dobrze... jednak gdybyście zobaczyli kogoś takiego, zameldujcie swojemu panu, jest za zbiega wysoka nagroda! Tak wysoka, że sami stalibyście się możnym panem. - Tak panie, jeśli tylko coś zobaczę. - No dobrze, my ruszamy w dalsze poszukiwania. Bywajcie!
- Oni tu powrócą - odezwał się Eskill, gdy do niego poszliśmy - gdy zorientują się, że nie ma mnie nigdzie, zaczną wracać do poprzednich miejsc i będą o wiele dokładniejsi. Dlatego jak tylko będę zdrowy na tyle, żeby się poruszać , muszę stąd uciekać. Jak się okazało, my i Eskill mieliśmy trochę inny pogląd na „zdrowy na tyle, żeby się ruszać”. Po niecałym tygodniu, gdy tylko mógł wstać z łóżka (nie bez pomocy), chciał już odjeżdżać. - Panie, wy się ledwo podnosicie, a już chcecie iść. Musicie leżeć jeszcze co najmniej tydzień! - Nie, nie mogę..... Oni już na pewno przeszukują wszystko ponownie... A jak im wpadnie na myśl śledzenie mnie magicznie..... Ten głupi mag musiał jakoś oznaczyć ten przeklę..... A zresztą nic. - Zaraz, zaraz, panie - odezwałem się - podobno walczyliście o kobietę.... Co to za pergamin? - Punkt za spostrzegawczość, młodzieńcze. Tym niemniej to nie twoja sprawa. A tymczasem musze odjechać. Naprawdę. Nie chcę was narażać na niebezpieczeństwo. - Dobrze - powiedział ojciec - ale nie puścimy cię samego. Jeden z moich synów pojedzie z tobą. - Może ja... - zasugerowałem. - No chyba ty będziesz najlepszym wyjściem, jesteś na tyle duży, że można na ciebie liczyć. Uśmiech Eskilla pokazał, że też nie ma nic przeciwko mojej kandydaturze. Za jakieś trzy godziny byliśmy już w drodze. Eskill skierował się na północny wschód, w stronę lasu. Jechaliśmy we dwóch na jego koniu - ojciec nie mógł sobie pozwolić na oddanie nam jedynego konia roboczego. Eskill tak jak powiedział, dał ojcu znacznie więcej pieniędzy niż pierwszego dnia. Drogę do lasu przebyliśmy szybko, ale w lesie zaczęło już być ciężko - człowiek wybierał drogę przez największe gęstwiny. - Może nie chcesz o tym mówić panie - nieśmiało zacząłem - ale ciekawi mnie czemu jedziemy tam gdzie jedziemy i o co w końcu w tym chodzi... - Po pierwsze to już nie mów do mnie panie, denerwuje mnie to. Nigdy nie byłem za segregacją klasową... Zresztą, ja też nie jestem jakimś szlachcicem.... Jestem człowiekiem, hmmm... od zadań specjalnych.... - Szpieg!! - rozpromieniłem się. - Nie, no może nie do końca. W każdym bądź razie, mój wygląd i sposób bycia zależą od misji... Nie wiem czy uwierzysz, ale kiedyś przez dwa miesiące byłem elfem. - Nie do wiary - więc musisz być magiem! - Nie - odpowiedział śmiejąc się lekko - to akurat