Komedia · 31 min czytania
Pierwszy, Drugi, Trzeci
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Pierwszy siedział na parapecie okna wpatrzony w zasnute chmurami niebo. Niebo, które przypominało mu do złudzenia to widziane nad polem bitwy dawno temu. Wtedy dla postronnego obserwatora wyglądało to na niemiecki atak gazowy. Początkowo mistrz myślał tymi samymi kategoriami, lecz skoordynowane i inteligentne ruchy mrocznej chmury naprowadziły go na właściwy trop i pomogły uniknąć straszliwego losu. Losu gorszego niż śmierć, dlatego śmierć nie była aż tak straszliwą drogą ucieczki. Wieki temu ujawniając największe tajniki magii w "Zielonym Grimmuarze" naraził się na gniew pierwotnych mocy ciemności i światła, które w chwili złości wysłały mrocznego Demona, aby zgładził niewygodnego maga. Przy pierwszej, wcześniejszej próbie też udało mu się uciec w ostatniej chwili. Nie mając zbyt wielu dróg ucieczki, za każdym razem czarownik przenosił się w Przestrzeń Niebytu. Była to prawie śmierć, przedsionek innego świata. Przy pomocy zaklęcia udawał się więc do sfery niczyjej będącej pomiędzy światem żywych i umarłych. Zawsze bez pewności rychłego powrotu, ale jedno było pewne: żaden duch nie zapuszczał się w ten skrawek wszechświata. Aby z niego wrócić do świata rzeczywistego potrzebne były potężne czary co najmniej dwóch średnio zaawansowanych magów. Ostatnim razem miał szczęście - na arenie pojawili się Drugi i Trzeci. Po wielu perypetiach udało im się co prawda ściągnąć Pierwszego do nowego, całkiem miłego świata, ale Demon wiedział, że kiedyś nadejdzie odpowiedni czas i znajdzie się odpowiednie miejsce. Całe szczęście, że mistrz już wiedział, jakim to sposobem Demon Mroku odnajduje go w czasoprzestrzeni. Każdy rzucony czar w świecie żywych jest odczuwalny w innych światach, także w świecie duchów, w ten lub w inny sposób, lecz są czary, które może rzucić tylko Pierwszy i to one zdradzały czas i miejsce pobytu wielkiego maga. Tak, czary Zielonego Kręgu mógł rzucać obecnie tylko on! Dlatego unikał ich jak tylko mógł. Demon Mroku ciągle czuwał i czekał na swój znak.
* * * * *
Śpiący w fotelu czarnoksiężnik nie zauważył nawet, jak do pokoju przez otwarte okno wleciał niewielki, szary wróbel. Ptaszyna zatoczył kółko nad śpiącym, po czym usiadła na podłodze. W jednej chwili mały ptaszek począł rosnąć w oczach. Z bezkształtnej masy piór wyłoniła się ubrana na czarno piękna brunetka z czerwonymi haftami na koszuli. Srebrny diadem lśnił nad jej cudownymi, żółtymi oczami... - Hej, Boss! Pobudka! Mam delikatną sprawę. - Lynn nachyliła się nad Pierwszym. Jego oczy otworzyły się powoli i spoczęły na dwóch nadzwyczaj rozwiniętych punktach zaczepienia. - Dziewięćdziesiąt, sześćdziesiąt, dziewięćdziesiąt! – mamrotał swoje ulubione, magiczne cyfry. - Dosyć tego estetyzmu. O co tym razem biega? - O forsę. - Chcesz haraczu? - zdziwił się szef. - Nie błaznuj! – upomniała go dziewczyna. - Hrabina Charlotte chcę się pozbyć swojego majątku! - O rety! Poślij do niej Grubcia ze stosownym testamentem. Może nam tę flotę zapisać w spadku. - Pierwszy znowu przymknął oczy i ułożył się wygodnie w fotelu prezesa do dalszej drzemki. - Tylko nie Grubcio! To jeden z warunków hrabiny! – zasyczała czarownica. A to oznaczało, że sprawa jest tajna i najwyższej wagi. - Dobra. Forsa się przyda na spłacenie kredytu... – mruknął mistrz i ruszył cielsko ze swojego ulubionego fotela. - Przepraszam, o seksowna: ile mówiłaś? - Jedynie... połowę majątku. - O święty Samaelu! - mistrz podskoczył z wrażenia. - Za to moglibyśmy kupić ten cały cholerny biurowiec i Seszele! - No właśnie. – przytaknęła. - Zawsze marzyłam o własnym archipelagu wypoczynkowym. - Dobra, streszczaj, czego ona chce! - Pierwszy był najwyraźniej bardzo zainteresowany. Tyle forsy nie przechodziło koło nosa dwa razy w tysiącleciu, więc należało to wykorzystać. - Hrabina Le Blanc jest już bardzo stara. – przypomniała właścicielka bajecznych rozmiarów. - Nie ma dziedzica, krewnych i tym podobnych sępów czyhających na jej fortunę, poza nami. - Ale mu nie czyhamy na jej fortunę... – zaperzył się mag. - Niech ci będzie. Tak po krótce - babsko jest poważnie zauroczone, tylko jej problem polega na tym, że nikt nie chciałby starej baby. Ona chce młodości... Nastała niezręczna cisza przeszywana co jakiś czas wyczekującym spojrzeniem spod burzy czarnych włosów. - To bardzo trudny czar! - Pierwszy się zamyślił. - Czy ona wie, ile to trudności? A jak później zapłaci? Nikt nie uwierzy w cudownie odmłodzoną arystokratkę! Ani policja, ani tym bardziej Urząd Spadkowy. - To już jest załatwione. - Lynn uśmiechnęła się szatańsko obnażając śnieżnobiałe zęby. - A niby jak? - Hrabina ma wnuczkę... - Bzdura, ta stara jędza nie ma nawet dzieci! – Pierwszy machnął ręką. - Ale od wczoraj ma wnuczkę! Charlotte - Etienne Boulangerie. Oczywiście tylko na nośniku kartoteki, ale ma. Nikt się nie zdziwi, jeśli nagle pojawi się w rzeczywistości... Dotarło? Pierwszy przełknął głośno ślinę, choć nadal nie bardzo dowierzał. - Niech zgadnę - to się nazywa magia pieniądza i nieprzekupność z natury nieprzekupnych operatorów kartoteki. - wypalił w ciemno, choć było to nazbyt oczywiste. Pozostawała tylko kwestia – ile to kosztowało? - Rzekłeś panie. – odparła czarownica z rozbrajającym uśmiechem. - A teraz przestań mnie rozbierać w myślach i pomyśl nad tym, jak tu zgarnąć tą forsę. - Co do jednego masz rację: pomyślałem o tobie... – mówiąc to czarownik nawet się nie zarumienił. - To znaczy? - Taki numer nie jest możliwy dla zwykłego śmiertelnika. – odpalił. – Musiał w tym maczać palce ktoś ze służb federalnych. Czarownica zrobiła tajemniczą minę i zatrzepotała rzęsami. - Nie wiem, o czym pan mówi! A co z tym czarem? Możliwy? - To ściągnie Demona Mroku. – zauważył mistrz pomny ostatniej, karkołomnej walki o życie w okopach wielkiej wojny. - Taki czar mogę wykonać tylko ja. - Dlatego musisz to dogłębnie przemyśleć. - Lynn wstała i podeszła do nowiuteńkiego dystrybutora kawy.- Napijesz się? - Nie dzięki. – odparł uprzejmie mag. - Nie ma o czym myśleć. Mogę znowu uciec w niebyt, tym bardziej, że teraz ma mnie kto ściągnąć z powrotem. Oni mają już to przećwiczone! Tak, czy siak, wchodzimy w to! - i z myślą o bardzo spokojnej i nie tak odległej emeryturze Pierwszy po raz ostatni zapadł w błogą drzemkę w godzinach pracy.
* * * * *
Dla pewności spisał stosowne zaklęcia i rytuały. W czarnej szkatule ze srebrnymi okuciami przygotował zestaw ofiarnych mikstur i artefaktów. Nieco później, dokładnie z początkiem godziny Merkurego, czar został rzucony. W świecie duchów przetoczył się niczym świetlista łuna siejąc tu i ówdzie niepokój. Demon Mroku ocknął się z wieloletniego oczekiwania. Czujnym spojrzeniem prześledził tor łuny i kierunki rozchodzenia się niepokoju. Już po chwili wiedział gdzie i kiedy. Ruszył powoli wykonać wyznaczone zadanie. Tymczasem w pałacu hrabiny z łóżka wstała piękna, dwudziestoletnia blondynka o twarzy aniołka. Odrzuciła bezużyteczną już laskę i zdziwiona swoim nowym, choć dawno nie oglądanym obliczem w wielkim, kryształowym lustrze, zaczęła tańczyć w przestronnym pokoju. Dźwięczny śpiew rozchodził się daleko poza pałacyk, gdzie nad horyzontem materializowały się ciemne kłęby czarnej chmury.
* * * * *
- Dobra - rzekł spokojnie Pierwszy wręczając dziewczynie czarną szkatułkę. - Jak chłopaki wrócą z delegacji, powiesz im co, a jak to oni już wiedzą. - Tak, wiem. - przytaknęła Lynn. - Znam to już na pamięć! - Spójrz za okno. - mistrz wyrysował w powietrzu kilka świetlistych znaków. - Ta cholera już mnie namierzyła! - Ile masz czasu? - Kilka minut. – mruknął mag i zapalił poświęcone świece stojące po bokach niewielkiego ołtarzyka. Za oknem niebo nagle poszarzało. Po chwili ciemna chmura nadciągnęła nad biurowiec, gdzie mieściła się Spółdzielnia Czarownicza. Powoli mrok opadał na budynek spowijając go szczelną kurtyną. - Jestem gotów. - Pierwszy uśmiechnął się do dziewczyny. – Do zobaczenia przy najbliższej pełni księżyca! Odkorkował niewielką buteleczkę i wypił magiczny płyn. W tym momencie jego ciało spowiło tysiąc malutkich ogników. Wszystko poczęło się kurczyć, aż płonąca postać zmalała do rozmiaru iskierki i zniknęła. Za oknem ciemna nawałnica zaczęła wyć rozczarowana nieudanym polowaniem. Rozpętała się istna burza, która urwała się równie nagle, jak się rozpoczęła. Lynn opadła ciężko na fotel. Za tydzień wszystko wróci do normalności. Pierwszy był teraz wszędzie i nigdzie, a przywołać go z niebytu do realnego świata mogli tylko inni, potężni magowie.
Część 22 / 2
* * * * *
Czarownik w wymiętym płaszczu miotał się wściekły po niewielkim pomieszczeniu biurowym. Przemierzył go już może z tysiąc razy, ale to nie ukoiło wcale jego nerwów. - Cholera jasna! - wrzasnął Drugi - Nie można was zostawić samych! I pomyśleć, dorośli ludzie! A gdzie odpowiedzialność? - Nawet mnie nie wkurzaj! – srebrny diadem na czole czarownicy rozbłysnął niebieskawym blaskiem. - To chyba wasze największe i najlepiej płatne zlecenie od czasu wydania za mąż księżniczki Roksany! Siedzący obok pulchny jegomość parsknął śmiechem na samo wspomnienie pieczystego opatrzonego herbem księcia, jednak szybko urwał pod piorunującym spojrzeniem wiceprezesa spółki. Nic nie mówiąc powrócił do konsumpcji swojego przysmaku. Lynn była bardziej wściekła niż czarownik, ale jej złość wcale nie wynikała ze zniknięcia mistrza zboru. - Grubciu, jaka jest twoja opinia? – zapytała. - A czy personel wykonawczy ma coś do gadania? – rzucił otyły czarownik. - Taka była decyzja szefa i jego ryzyko. Myślę, że się opłaciło... - Zamilcz, robolu! - skarcił go Drugi i pogroził palcem. - Sama widzisz! - usprawiedliwił się Trzeci oblizując palce po anchois z bitą śmietaną i kremem z trufli, które akurat spałaszował. - Rangą przewyższa was obu tylko mistrz. – zachęcała dziewczyna, która potrzebowała wsparcia na placu boju. - W porządku. – mruknął Trzeci. - Mamy jeszcze sześć dni do ponownego sprowadzenia szefuńcia. Wszyscy jesteśmy przemęczeni, a musimy nabrać sił, bo przed nami trudne zadanie... Co powiecie na krótki urlop? - Grubcio, przyznaj się: ty coś kręcisz. – vice popatrzył podejrzliwie na przyjaciela. - Oj, kręci. - uśmiechnęła się Lynn. - Z wnuczką hrabiny Le Blanc. Dopiero ją poznał i popatrz na niego – w porównaniu z nim ciepłe kluchy są stabilne jak tona ołowiu! - A ty skąd wiesz? - Trzeci zrobił przysłowiowego "karpia". Lynn uśmiechnęła się tajemniczo. - Nie zapominaj, że jestem czarownicą. Albo jak wolisz – kobieca intuicja. Drugi otworzył okno na oścież. - A leć w cholerę! - pomachał rękami naśladując lot ptaka. - Masz trzy dni urlopu zdrowotnego. Może przez ten czas ci przejdzie. - Ale ja nie jestem chory! - naburmuszył się Trzeci. - Tak ci się tylko wydaje, Wasza Obszerność! – odparł mag. - Miłość to straszna choroba: atakuje znienacka, rani serce, dziurawi kieszeń i wychodzi bokiem! To chyba najgorsza broń pod słońcem! - Przyganiał kocioł, itede! - Trzeci począł obrastać piórami. - Gdzie cię szukać w razie czego? - zapytała Lynn siedzącego na parapecie czarnego kruka. - Lecę z młodą Charlottą na Seszele. – zaskrzeczało ptaszysko. - Zobaczę, czy warto je kupić. Dziewczyna roześmiała się serdecznie. Grubcio swoim poczuciem humoru potrafił jednak załagodzić każdą nerwową sytuację. - To się pośpiesz! Samolot masz za pół godziny! - Tak, już spadam.- dał krok do przodu i runą wzdłuż fasady budynku. Trzeci spadał. Cale szczęście, tylko dwanaście pięter. Na wysokości pierwszej kondygnacji jakimś cudem wyrównał lot i poszybował wzdłuż Vistula Street w kierunku portu lotniczego. Po kilku minutach nie było go już widać. - Ten to się nigdy nie nauczy! - skomentował widowisko stojący przed swoją ciastkarnią znany w mieście cukiernik, monsieur Clickle, spoglądając na oddalający się wybitnie ciężkim lotem czarny cień na niebie.
* * * * *
Minęła dziesiąta. Powoli i majestatycznie czerwona kula słońca chyliła się ku horyzontowi. Portier biurowca jak zwykle oglądał operę mydlana z cyklu "Rodzina Smith'ów". Co jakiś czas dzwonek windy obwieszczał kolejnego pracownika jednej ze stu czterdziestu ośmiu firm spółdzielni usługowej, który śpieszył do domu na spóźniony lunch. Portier był tak zaabsorbowany żywiołowym brakiem akcji filmu, że nie zauważył nawet dwojga młodych, czarno odzianych ludzi, którzy wysiedli z windy i nie mieli zamiaru zdać klucza w recepcji. - Patrz, równie dobrze mógłby oglądać puste akwarium. - skomentował Drugi zafascynowany widokiem staruszka pogrążonego w hipnotycznym transie przed malutkim holowizorem.. - Taaak. - machinalnie potwierdził portier. - Co proszę? - Dobranoc, Herr Knappke! - z uśmiechem skłoniła się Lynn. Portier odwzajemnił uśmiech i powrócił do medytacji nad brakiem sensu w oglądanym przez siebie obrazie. Czarowna para wyszła przed biurowiec żartując na temat bzdurnego serialu. Z naprzeciwka w ich stronę podążało dwóch cyklistów na gravibike'ach, gładko sunących nad podziurawioną ulicą. Nic dziwnego, ten nowomodny wynalazek ostatnio zrobił istną furorę wśród młodzieży, więc dwóch młodzieńców w czarnych kaskach nie było niczym osobliwym na ulicach New Warsaw City. Ale obaj mieli w rękach miotacze termiczne, a to już było co najmniej dziwne. Drugi też je dostrzegł i złapał Lynn za ramię. - Uważaj! - wrzasnął i pchnął mocno dziewczynę na ziemię. Strumień termiczny przeznaczony dla dziewczyny trafił go prosto w pierś. Katem oka czarownica zauważyła, że tuż nad nimi prześlizgnęły się oba pojazdy. Zanim jednak zdołały wyhamować i zawrócić, Lynn już stała na nogach z rozłożonymi szeroko ramionami. Z jej diademu wypełzła mała kula ognia, która nabierała rozpędu i rozmiaru. Gdy dopadła pierwszego cyklistę, ten akurat próbował zakręcić. Z przerażeniem obserwował nieuchronne. W następnej sekundzie spowiła go ognista poświata, akumulator pojazdy eksplodował rozrzucając zwęglone szczątki dookoła. Druga kula ognia minęła się z pozostałym przy życiu zamachowcem uderzając w tylny system napędowy gravibike'a. Maszyna zaczęła wirować, siła odśrodkowa cisnęła cyklistę na ścianę biurowca. Następna kula ognia chybiła celu rozbijając potężną szybę nad szybującym terrorystą. Upadł, błyskawicznie przywarł do ściany i wycelował miotacz w przerażoną dziewczynę, która nie mogła wygenerować w tak krótkim czasie kolejnego błędnego ognika, jednakże ledwie słyszalny, metaliczny zgrzyt zmusił go do spojrzenia ku górze. Ułamek sekundy później ponad trzymetrowy kawał szkła z rozbitej, szklanej ściany przeciął go dokładnie na pół. Lynn wskoczyła na leżący przy krawężniku pojazd zamachowca i po chwili pognała wzdłuż ulicy. Kiedy portier Knappke wybiegł z budynku, zastał tylko zmasakrowane ciała.
* * * * *
Złocona puderniczka młodziutkiej Charlotty rozbłysła błękitnym światłem. Zmysłowa blondynka, co najwyżej dwudziestoletnia, podważyła delikatnie wieko ukazujące skryte pod pokrywą niewielkie zwierciadło. - Lynn, to ty moje dziecko? - jej uśmiech zniknął na widok w magicznym zwierciadle. Z lustra patrzyła na nią brudna, zapłakana, choć śliczna twarz. - Słuchaj Char. – wyrzuciła szybko rozmówczyni. - Nie mam czasu. Gdzie Grubcio? Blondynka wskazała na biały budynek upstrzony setką balkonów i drugą setką kolorowych parasoli przeciwsłonecznych. - Pączuszek? – zapytała. – Nie miał ochoty na drinka. Leży na hotelowym tarasie i skwierczy na słoneczku. - Przekaż mu, że Drugi nie żyje. Assasyni federalni próbują