historia · 11 min czytania
Pierwszy kapłan świata
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Cwany Bóbr siedział na brzegu rzeki i plótł sak na ryby. Praca mu nie szła i najchętniej pospałby gdzieś w cieniu. Co chwilę przerywał plecenie i patrzył na góry przysłaniające horyzont od strony zachodzącego słońca. Zbierały się nad nimi dziwne chmury. Przypominały one kapelusze grzybów - od dołu płaskie i jasne, a od góry wybrzuszone i ciemne. Chylące się ku zachodowi słońce całe światło wysyłało szczeliną pomiędzy chmurami i górami, zalewając ziemię i rzekę niezwykłą jasnością. Zapanowała groźna cisza. Nie odzywał się żaden ptak i nawet wiatr nie szumiał w gałęziach. Tymczasem życie wkoło biegło normalnie. Między zbudowanymi z gałęzi i gliny chatami krzątali się ludzie, dzieci bawiły się nad rzeką i nikt nie zwracał uwagi na dziwną ciszę i światło. Nagle Cwany Bóbr poczuł, że włosy na całym ciele mu się zjeżyły, tak jakby zmarzł. Było jednak ciepło - za ciepło. Przerwał pracę i spojrzał na rzekę, w której woda migotała w słońcu tak mocno, że zmuszała do mrużenia oczu. Wtedy ogarnęło go przeczucie nadchodzącej grozy. Zerwał się i pobiegł ku dzieciom. – Uciekajcie! Uciekajcie do jaskini! – zawołał i kuksańcami zmusił je do porzucenia zabawy. Dzieci poderwały się jak stadko kuropatw, bo ich krótkie życie nauczyło je, że takie ostrzeżenia nie padają bez powodu. – Uciekajcie do jaskini! – wołał, biegnąc ku dorosłym. Ci nie byli już tak posłuszni. Próbowali pytać o przyczynę alarmu, ale Cwany Bóbr nie odpowiadał. Darł się jak opętany, popychał i bił opornych, aż jego strach udzielił się wszystkim i rzucili się do ucieczki. Zdążyli w porę, bo po chwili uderzył wiatr i zapanowała ciemność. Zaczęły bić pioruny, kolejne grzmoty zlewały się w jeden huk i ulewa przesłoniła świat. Ludzie skryci w jaskini, kulili się przy każdym uderzeniu pioruna i tulili do siebie. Nawałnica trwała długo. Gdy w końcu zaświeciło słońce i ludzie wyszli z jaskini, zobaczyli jej skutki. Rzeka wystąpiła z brzegów i przewalała się z hukiem, unosząc krzaki, drzewa i martwe zwierzęta. Wszyscy rozbiegli się po obozowisku i wtedy okazało się, że lepianka zbudowana najniżej została zmieciona przez wodę, powalone drzewo zniszczyło dwie inne, a pozostałe też były uszkodzone. Szczęśliwcy, których schronienia jako tako się ostały, wyciągali z nich ocalały dobytek. Mieszkańcy chat przywalonych drzewem włazili pod konary próbując wydobyć stamtąd co się da, a rodzina z chaty zmytej przez wodę brodziła po kolana w błocie, bezskutecznie szukając w nim czegokolwiek. Jedynie chata Cwanego Bobra była cała. Woda przelała co prawda dach, ale poza tym strat żadnych nie było. Ogarnąwszy nieco obozowisko, ludzie rozpalili ognisko u wejścia do jaskini i usiedli przy nim, by ochłonąć. Gromada Bobrów przywędrowała w te strony niedawno. Na poprzednim siedlisku wytrzebiła już wszystko, co się dało i musiała szukać nowych terenów do życia. Tu roślin i zwierząt było w bród, więc się zatrzymała. Ludzie najpierw zamieszkali w jaskini na zboczu wzgórza, potem pobudowali gliniane chaty i postanowili pozostać na dłużej. Wyglądało na to, że nowe życie ułoży się dobrze, aż tu nagle prawie wszystko przepadło. Na starych śmieciach takie kataklizmy się nie zdarzały i to co teraz przeżyli, ich przerosło. Siedzący przy ognisku byli wystraszeni, zniechęceni i zastanawiali się, czy warto mieszkać w miejscu, gdzie dzieją się takie rzeczy. Przecież, gdyby ich Cwany Bóbr w porę nie pogonił do jaskini, wielu mogłoby nawet zginąć. Właśnie - gdyby nie Cwany Bóbr. Ta myśl - choć niewypowiedziana - zaświtała nagle w głowach wszystkich i ich oczy zwróciły się w jego stronę. – Cwany Bobrze, skąd wiedziałeś, co się stanie? – zapytał go wódz Duży Bóbr. – Patrzyłem w niebo – odpowiedział Cwany Bóbr. Nie powiedział nic więcej, bo naprawdę nie znał odpowiedzi na to pytanie. Po prostu wyczuł nadchodzącą burzę. Nikt go już o nic nie pytał, ale wśród ludzi rozszedł się szept: – Patrzył w niebo. – Patrzył w niebo i zobaczył znak – powiedział Myślący Bóbr. – I tylko jego chata ocalała – dorzucił ktoś. Ludzie szeptali i spoglądali na niego z szacunkiem, bo teraz dla nich nie był już znanym od zawsze Cwanym Bobrem - był tym, który widział znaki z nieba. Cwanego Bobra bardzo połechtały te szepty, bo dotychczas jego status w gromadzie był niski. Nie wyróżniał się siłą, ani odwagą, nie miał żadnych szczególnych umiejętności, a na naradach przy ognisku nie pytano go o zdanie. Tak było i przywykł do tego, ale oto dzisiaj wszystko się zmieniło. Nagle został kimś i to mu się bardzo spodobało. Tak bardzo, że postanowił ten stan za wszelką cenę utrzymać. Pomimo przykrych doświadczeń gromada pozostała nad rzeką. Odbudowano chaty, łowy udawały się i wszystko szło ku dobremu. Jednak nie dla Cwanego Bobra, bo w tej szarej codzienności współplemieńcy o nim zapomnieli. Jemu potrzebna była burza i każdą wolną chwilę spędzał, patrząc z utęsknieniem w niebo. To patrzenie nie poszło na marne, bo z czasem nauczył się rozpoznawać chmury przynoszące deszcz. Były to jednak niegroźne opady i nie o takie Cwanemu Bobrowi chodziło. W końcu któregoś dnia znowu pojawiły się te chmury w kształcie grzybów, zrobiło się…