Fantasy · 30 min czytania
Pieść Pokoju - Interludium cz4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
{b}Z Marzeń Kotwica{/b}
– Chodź, Bodo, nie bój się. To ja. – Amelia spojrzała za siebie, jakby to ona się czegoś bała. – No chodź, mama jest na zakupach.
Wyciągnęła rękę w stronę zbitego zielonego murku ze smukłych jałowców. Z gęstego igliwia wychynął psi pysk i pociągnął nosem. Posiwiałą sierść barwiły ślady zaschniętej krwi.
Amelia cofnęła rękę.
– Bodo... Coś ty zrobił?
Masywny pitbull wyszedł spomiędzy drzewek, przycupnął dwa kroki przed dziewczynką i położył uszy po sobie.
– Mówiłam ci, żebyś nie zagryzał wiewiórek! – Pogroziła mu palcem. – No już. Masz. Przyniosłam ci coś.
Pies, usłyszawszy łagodniejszy ton, poderwał się gwałtownie i, merdając kikutem ogona, dopadł do Amelii, gotów z radości zalizać ją na śmierć.
– No, już, przestań, bo sąsiedzi zaraz się zbiegną. Masz. – Wyciągnęła woreczek z karmą podebraną z domu. – Niewiele tego, ale mam coś jeszcze. – Dołożyła na kopczyk dwie parówki.
Pitbull spojrzał na podarek z niechęcią, powąchał i skubnął kawałek hot-doga; bardziej z konieczności, żeby jego pani nie było smutno.
Dziewczynka westchnęła z rozczarowaniem.
– Prawie nic jesz. – Otaksowała wzrokiem masywne ciało zwierzęcia. – Nie wiem, kto cię dokarmia, ale podziękuj mu ode mnie. Ciężko by mi było wynosić tyle jedzenia, dla tak dużego chłopca. – Podrapała go za uchem.
– Amelia! – Kobiecy głos rozniósł się po podwórku.
– Mama wróciła, muszę iść. Schowaj się i nie pokazuj nikomu, dobra?
Pies przekrzywił łeb, zamerdał kikutem i czmychnął pomiędzy iglaki, co było dziwne, bo Bodo nigdy nie był nazbyt posłuszny. Rozpieszczany przez Amelię i Bartka zachowywał się jak wielki niesforny szczeniak, ale od wypadku słuchał poleceń, jakby dokładnie rozumiał każde słowo i gest.
– Tutaj jesteś. Z kim rozmawiałaś?
Wanda rozejrzała się po tyłach ogrodu. W myślach stwierdziła, że kiedyś musi tu posprzątać i okiełznać wybujałe krzewy.
Kiedyś...
– Przyszła tu taka wiewióra. – Amelia pokazała dłońmi rozmiar gryzonia. – Sprytna strasznie. O tam stała – wskazała odziomek starej czereśni – ale już wskoczyła na drzewo.
– O, to miło. Przyda ci się nowy przyjaciel... – Wanda ugryzła się w język.
– Nie przejmuj się, mamo. Wszystko jest w porządku.
Kobieta westchnęła i pochyliła się nad córką.
– Wiem, że za nim tęsknisz, my wszyscy za nim tęsknimy. Był częścią rodziny. – Słowo rodzina stanęło jej gulą w gardle.
Część 22 / 6
Kiedyś to była rodzina, teraz...
Amelia wbiła w matkę wielkie oczy.
– Pójdziemy dziś do szpitala?
– Tak, ale najpierw wstąpimy do kościoła. Zamówię mszę za tatę i za zdrowie Bartka. Chodź. – Amelka złapała podstawioną rękę. – Trzeba cię ubrać, bo w tych ubabranych trawą spodniach to wstyd Jezusa o cokolwiek prosić.
***
Mały kościółek w podwarszawskim Piasecznie jeszcze pachniał nowością, a kazania nowego księdza zwykle przyciągały zarówno wiernych, jak i spory zastęp ciekawskich niedowiarków, którzy chętnie przychodzili, żeby wydrwić kapłana. Koniec końców zwykle opuszczali mszę z niemiłą niepewnością w głowach. Ojciec Wincenty pomimo młodego wieku miał za sobą studia teologiczne i psychologiczne; potrafił rozmawiać z ludźmi, czytał z nich jak ze świętej księgi i nie raz pomagał dobrą radą, choć potrzebujący często nawet nie wiedział, że takiej pomocy potrzebuje. Po każdej mszy ludzie zawsze obstępowali ojca Wincentego jak boskiego wybrańca, a on dzielnie wysłuchiwał wszystkich bolączek i skarg na trudy tego świata, tudzież toczył dyskusje z tymi, którzy przyszli na kazanie z nieco buńczucznym nastawieniem.
Wanda usiadła na ławce w bocznej nawie. Czekała cierpliwie, aż ojciec Wincenty pobłogosławi staruszce, która ze łzami w oczach wylewała żale na wszystkie starcze uwiądy nękające jej ciało i umysł. Aczkolwiek ta niezliczona ilość dolegliwości nie odbierała jej sił, żeby z werwą złorzeczyć na polityków i terminy wizyt lekarskich. Amelia grzecznie siedziała obok mamy i oglądała obrazy przedstawiające losy apostołów u boku syna człowieczego. Co prawda wolała swój stary kościół na Żoliborzu: wielki, ciemny, pachnący kadzidłem – ale tu też było fajnie, bo jasno i jakoś tak weselej.
Wincenty w końcu zauważył Wandę z córką, przeprosił staruszkę i podszedł do nich z serdecznym uśmiechem na pociągłej twarzy.
Wanda wstała, poprawiła żakiet i powitała kapłana w należyty sposób:
– Szczęść Boże.
– Szczęść Boże, wam obu.
Amelia patrzyła na niego jak na jakiegoś fantastycznego stwora, z taką fascynacją wymalowaną na twarzy, że ksiądz rzucił Wandzie zakłopotane spojrzenie.
Zrozumiała przekaz.
– To niegrzeczne, tak się gapić. – Szturchnęła córkę w ramię.
– Przepraszam, proszę księdza. – Dziewczynka wbiła wzrok w posadzkę.
– Nic się nie stało. – Pogłaskał Amelkę po głowie, ku uciesze dziewczynki, i przeniósł wzrok na Wandę. Nawet gruby makijaż nie zamaskował podkrążonych oczu, a poszarzała skóra i luźne ubrania świadczyły o kiepskim śnie i marnym odżywianiu.
Ojciec Wincenty przykucnął naprzeciw dziewczynki.
– Idź się pomodlić pod ołtarzem Miłosierdzia Bożego. Za brata i za mamę.
– Dobrze.
Dygnęła i szybko pomknęła przed obraz. Wolała to ładne oblicze Chrystusa od umęczonego, zakrwawionego wisielca z rękami przybitymi do krzyża.
– Chodźmy do zakrystii – Ksiądz zwrócił się do Wandy. – Mam kawę, herbatę i chwilę ciszy. – Zerknął na rząd staruszek łypiących na niego z pierwszej ławki przed ołtarzem.
– Nie sądzi ksiądz, że będą z tego plotki? – Wanda zagłuszyła dłonią śmiech.
– Wszystkie wiedzą, że znamy się ze studiów. – Machnął rękoma. – Co ja mówię, one wiedzą więcej o nas niż my sami o sobie, a czego nie wiedzą, to sobie dopowiedzą. To wnosi nieco blasku do ich życia.
Część 33 / 6
– To prawda, powiem tylko Amelce, żeby poczekała przed ołtarzem.
– Siostra Faustyna jej przypilnuje.
Dał znak młodej zakonnicy krzątającej się przy rzutniku. Kobieta spojrzała na dziewczynkę i skinęła głową księdzu.
– Zapraszam, kawa stygnie, cisza czeka.
***
– Jak Bartek? – zadał pytanie, choć poniekąd wiedział, że odpowiedź nie może być optymistyczna.
Wanda zacisnęła pięści na rąbku spódnicy.
– Bez zmian, ale w jego sytuacji to dobrze, bo samoistnych zmian na lepsze nie należy się spodziewać.
Ojciec Wincenty podał jej filiżankę kawy i sam usiadł naprzeciw przy małym stoliku z białym obrusem.
– Czyli dawcy nadal nie ma?
– Nie... Gdyby Radek żył... – Głos jej zadrżał. Wyciągnęła chusteczkę z torebki i otarła kąciki oczu z drobnych łez. – Już nawet płakać nie ma czym. – Zaśmiała się nerwowo.
– Próbuję pomóc, co niedzielę wspominam o nim w ogłoszeniach. Rozesłałem też wieści po parafiach. Może uda się w porę znaleźć dawcę. Bądźmy dobrej myśli.
– Wiem, ale... – Wypuściła ciężko powietrze. – Ja już chyba wypaliłam całą nadzieję. Z Radkiem walczyliśmy jak lwy, do ostatniej chwili. Jeden guz, drugi, remisja, nawrót, przeszczep, remisja, nawrót... Pięć lat nadziei i pięć lat horroru. Huśtawki euforii i przygniatającego żalu. Ja... – Filiżanka zatrzęsła się w rozdygotanej dłoni. – Nie mam już siły, żeby mieć nadzieję. Dopiero co pochowałam męża, a niedługo przyjdzie mi znów... Nawet pies nam zdechł.
– Nie mów tak. Nie wolno ci tak mówić. – Złapał ją za zimną dłoń. – Dopóki jest życie, dopóty jest nadzieja.
Wanda pokiwała głową.
– Masz dla kogo żyć, masz zdrową, mądrą córkę.
– Wiem, Witek, wiem. Muszę się wygadać, bo przy niej nie mogę płakać. Duszę tyle żalu i smutku, że zaczynam wychodzić na zakupy tylko po to, żeby iść na cmentarz i szlochać nad grobem.
– Ech... Może to małe pocieszenie, ale wiedz, że tu drzwi są zawsze otwarte. Możesz przyjść i płakać, albo najzwyczajniej posiedzieć w ciszy.
Pokiwała głową.
Ojciec Wincenty wstał z krzesła.
– Posiedź tu chwilę, a ja pójdę pospowiadać. Będę zerkał na Amelię. Drzwi są grube, ściany też. – Uśmiechnął się z progu.
– Dziękuję.
Część 44 / 6
***
Dziewczynka klęczała w pierwszym rzędzie tuż pod obrazem Jezusa Miłosiernego. Zawsze lubiła sobie wyobrażać, że dwa promienie wychodzące z dłoni postaci na płótnie padają jej na głowę. Czasami czuła nawet ciepło na blond czuprynie.
Po standardowym „Ojcze Nasz" spojrzała na wizerunek Chrystusa, po czym cicho poprosiła o zdrowie dla brata i dużo szczęścia dla taty, który oczywiście siedział wysoko w niebie i robił te wszystkie fajowskie aniołowie rzeczy.
– Mogę się przysiąść? – miękki kobiecy głos wybrzmiał od strony wejścia do rzędu.
Amelia przerwała modlitwę. Starsza korpulentna pani uśmiechała się do niej spod szerokiego nosa i żółtych tęczówek. Dziewczynka skinęła głową, zrobiła miejsce obok siebie, tuż pod obrazem i próbowała nie patrzeć w stronę nieznajomej, choć nietypowe oczy kobiety kusiły ciekawość. Nieznajoma, dość niezgrabnie, wcisnęła się do ciasnego rzędu.
– No w końcu.
Usiadła.
Amelia skończyła szeptanie próśb przesyconych autentycznym pragnieniem, przeżegnała się i usiadła na ławie. Kobieta obok podniosła wzrok na obraz.
– Lubię ten wizerunek. Jest taki... pozytywny. Prawda?
Amelia przytaknęła nieśmiało.
– Ja zawsze proszę o szczęście dla swoich bliskich. A ty? O co się modliłaś?
– Nie wolno mi rozmawiać z nieznajomymi.
Kobieta zaśmiała się delikatnie.
– Nazywam się Wiraja. Znałam twojego tatę.
Amelia rozwarła usta i wlepiła zdziwiony wzrok w kobietę.
– Tak, Radosław często tu przychodził. Potrafiliśmy rozmawiać godzinami. Bardzo sympatyczny, dobry, spokojny człowiek.
– Modliłam się za brata... – wyszeptała dziewczynka. – Jest ciężko chory. – Posmutniała i uciekła wzrokiem w posadzkę.
Wiraja spostrzegła blask w szklistych oczach.
– To ja też się za niego pomodlę. – Pogłaskała dziewczynkę po ramieniu. – Pamiętaj, że życie to zaledwie pewien etap, który kształtuje rdzeń naszej egzystencji.
Amelia niewiele z tego zrozumiała, ale słowa kobiety i tak wywołały w niej przyjemny przypływ radości. Odruchowo ułożyła usta w delikatny dziecięcy uśmiech i spojrzała w kojące, żółte, niemal złote oczy.
– Zmykaj do mamy. Już na ciebie czeka.
Faktycznie Wanda właśnie wyszła z zakrystii i błądziła wzrokiem, poszukując córki. Amelia powiedziała do widzenia, przeżegnała się pod obrazem, pocałowała medalik taty i skocznym krokiem dołączyła do mamy. Przytuliła ją, jakby chciała się podzielić ładunkiem radości.
Część 55 / 6
Wiraja rozsiadła się wygodnie pod obrazem i spojrzała na płótno osadzone w ciężkiej ramie. Uśmiechnięte oblicze opętańca Śniącego wywołało kaskadę miłych wspomnień. Znów czuła żar słońca na skórze, kiedy razem z synem cieśli wytrwale kroczyli w upale pustyni, kreśląc nowe ścieżki świata. Mówił z pasją, owładnięty pragnieniem zmiany. Szła za nim, bo wszyscy wokół ją widzieli. Rozmawiała, słuchała, radziła, koiła smutki, upajała się towarzystwem. Przywołane uczucia otuliły Wiraję jak miękki sweter. Nie zareagowała, kiedy wysoki czarnoskóry mężczyzna w białym garniturze przysiadł się obok. Nie zareagowała, ale doskonale wiedziała, kim on jest.
– Niesamowite, jak jeden człowiek może zmienić oblicze świata, prawda, Mose?
– Marzenie nie budzi się dla byle kogo – skontrował ciężkim, acz miłym basem.
– Mhm... Niestety rzadko kończy się to dobrze dla opętanego. – Zerknęła w stronę głównego ołtarza, gdzie wyniszczone gipsowe ciało Chrystusa zwisało bez życia z pozłacanego krzyża.
– Osiągnął to, o czym marzył. Ku twojej chwale. – Mose ułożył wydatne usta w delikatny uśmiech. – No i nie umierał sam, a to jest najważniejsze.
– Taaak... Szkoda, że tak mało pozostało z tej pierwotnej pasji, którą rozsiał. Byś się zdziwił, jak mało ludzi, choćby w tym kościele, tak naprawdę mnie słyszy.
– Przynajmniej się ciebie nie boją.
Zaśmiali się oboje.
– No właśnie. Przypuszczam, że nie przyszedłeś tu na wspominki o starych podopiecznych, co?
– Nie. Mam tu zebrać karty, ale jeszcze zanim to zrobię, to chciałem spytać: jak nasza Kotwica?
Wiraja spoważniała, złożyła ręce na kolanach i ponownie przeniosła wzrok na obraz ponad głową.
– Ciężko powiedzieć. Raz już to zrobiła. To bystra dziewczynka, która ma silne pragnienia. Śniący na pewno słyszy jej szepty. Ale nie ma co przesądzać sprawy. Dowiemy się, kiedy przyjdzie czas. A jeśli już przy tym jesteśmy, to ile jeszcze go zostało?
– Niewiele – szepnął Mose.
– Więc długo nie przyjdzie nam tkwić w niepewności. – Pokiwała głową.
Mężczyzna wstał i poprawił poszetkę w marynarce.
Dwa płomienie gromnic pod obrazem Miłosierdzia Bożego zastygły w czasie, jakby ktoś nagle wcisnął światu pauzę na pilocie. Mose zerknął na bladą staruszkę w ławce kilka rzędów za nimi. Klęczała przygarbiona ze zwieszoną głową.
– Idę. Ty zostajesz?
– Tak, ona mnie nie słyszy: od dawna przychodzi tu tylko ze strachu. Idź, ja sobie poczekam; może trafi się ktoś do miłej pogawędki.
Pomachała Mosemu. Skinął głową i odszedł, a ona przymknęła powieki. Lubiła słuchać; lubiła, kiedy ludzie wołali ją imionami, które mało kto już potrafił zliczyć. Ona znała wszystkie.
– Pani Łukaszowa, proszę się nie bać i spojrzeć mi w oczy. – Silny głos Mosego emanował spokojem.
– O matko ty bosku, diabeł!
Wiraja parsknęła.
Część 66 / 6
– Pani Łukaszowa, żaden ze mnie Lucyfer. Proszę się nie bać i spojrzeć w oczy, wtedy wszystko się wyjaśni.
– Czyli jednak to prawda: Jezus był czarny. Kto by pomyślał...
– Lepiej się pani czuje?
Wiraja obróciła się w kierunku rozmawiających. Młoda kobieta w zwiewnej sukience z lat czterdziestych oglądała swoją smukłą postać z wyraźnym niedowierzaniem w oczach.
– Jakby ktoś mnie wyciągnął z ciasnej, dusznej jaskini.
– Dobrze, chodźmy na spacer.
Mose podał kobiecie rękę. Nieśpiesznie opuścili świątynię zaabsorbowani miłą pogawędką. Wiraja obróciła się w stronę obrazu Jeshui z Nazaretu.
– „Czuję się jak z krzyża zdjęty" – zacytowała jego pierwsze słowa, kiedy oderwał się od ciała. Uśmiechnęła się w duchu.
– Pani Łukaszowa! Słyszy mnie, pani! Siostro! Niech siostra dzwoni po karetkę!
***
Wanda zaparkowała samochód przed szpitalem. Za każdym razem kiedy to robiła, miała chęć szlochać i krzyczeć – teraz nie mogła tego wypuścić.
Spojrzała w lusterko.
Para zatroskanych oczu sondowała ją przenikliwym spojrzeniem. Wanda pamiętała to spojrzenie, choć wtedy mniej świadome sytuacji. Nie chciała jej tego robić, nie znowu! Tylko, że nic nie zależało od niej.
Kilkukrotnie zacisnęła i rozluźniła dłonie, zamarkowała pogodną minę i odpięła pasy.
– No, idziemy, młoda damo. Bartek pewnie już nie może się doczekać.
Amelia przytaknęła i wyszła z samochodu. Kilka chwil później przekroczyły próg szpitala. Dział hematologii dziecięcej umiejscowiono na czwartym piętrze, więc wypełniona oczekiwaniem podróż windą dłużyła się w nieskończoność. Lekarz prowadzący stał przy rejestracji i przekazywał pielęgniarce jakieś dokumenty. Wanda przełknęła ślinę w daremnej próbie poluźnienia zaciśniętego gardła. Od „sędziego" dzieliło ją zaledwie kilka metrów. Wyrok wisiał w powietrzu. Nawet nie zarejestrowała, że mocno ściska dłoń córki.
– Nic mu nie jest, mamo.
Oprzytomniała.
– Co, kochanie?
– Bartuś czeka.
– Tak, masz rację. Chodźmy.
Doktor akurat skończył obchód i przywitał je wyćwiczonym uśmiechem, za którym mogły kryć się zarówno dobre wieści, jak i potworności ubrane w…