Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Erotyka · 11 min czytania

Pieskie życie pana Władka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Siedziałem na werandzie i paliłem fajkę. Przed moimi oczami rozpościerał się widok na majowy ogród. Soczyście zielona trawa, ledwie co skoszona wydawała piękny zapach. Świeżutkie zielone listki brzozy idealnie komponowały się z jej białą korą. Słońce nagrzewało powietrze a na błękitnym niebie wolno przetaczały się cumulusy. Zasłaniały one czasem tarczę Słońca sprawiając, że powietrze nabierało rześkości. Między gałęziami brzozy przeskakiwały ptaszki, wysilając swe małe gardełka, aby wydać z nich jak najpiękniejsze trele. Wszystko wydawało się być tylko dla mnie. Uderzyłem otwartą dłonią w cybuch, aby wytrzepać z niego popiół i resztkę tytoniu. Lecz nagle poczułem w powietrzu przecudny zapach. Ręka mi zamarła... Piernik? Sernik?! Biszkopt!! Nie! To była... szarlotka... Zahipnotyzowany tym zapachem ruszyłem w trasę. Poprawiłem beret wziąłem swą laseczkę (kupioną w Iwoniczu Zdroju) i wyszedłem z ogrodu. Ciągle nęcony wonią świeżego ciasta dotarłem do ulicy. Zapach stawał się z każdym krokiem intensywniejszy... byłem na dobrej drodze. Zawsze trochę się wstydziłem wychodzić na ulicę, mój pokraczny chód (to przez zabytkowe stawy kolanowe) wywoływał śmiech u dzieci a popularność, grymasy złości wśród sąsiadów. Kierując się powonieniem osiągnąłem dom Panny Gosi. Zobaczyłem na ganku domu wypoczywające ciasto. To znaczyło tylko jedno – wreszcie jestem na miejscu. Delikatnie uchyliłem furtkę i zacząłem się bezszelestnie skradać. Wetknąłem głowę do ganku. To co zobaczyłem przerosło moje oczekiwania. Gosia nachylona nad drugim ciastem wyeksponowała to co było w niej najlepsze. Jej jędrna pupcia okryta była tylko mocno opinającymi szortami z zielonego rozciągliwego materiału, który nie zdołał nawet zasłonić całości pośladków. Długie, piękne, gładkie nogi sięgały samiutkiej podłogi. Pantofle na bardzo wysokim obcasie okręcały swymi rzemykami wysportowane łydki. Dzięki bogom udało mi się nie wypuścić laski z ręki, dzięki czemu delektowałem się tym widokiem nawet wtedy, gdy Gosia zostawiła ciasto i zajęła się pielęgnacja roślinek z parapetu. Robiła to delikatnie ledwie muskając łodyżki. Subtelnie pocierała listki i leciutko miętosiła pączki. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia złapał mnie niepowstrzymany, suchy kaszel. Jej szok wcale nie był mniejszy od mojego, jednak to tylko ja musiałem łapać swoja sztuczną szczękę, zanim uderzyłaby o posadzkę. Refleks, choć już nie ten co dawniej, uratował sytuację. Gdy podniosłem wzrok zobaczyłem, że Gosia jest niemalże naga! Pominąwszy kilka drobniutkich detali, mogłem stwierdzić, że oto stoi przede mną Ewa. Wąziutka tasiemka tegoż samego opinającego materiału zasłaniał jedynie paseczek bielutkich, wprost idealnych piersi, na wysokości suteczków. Długie blond włosy upięte w kok, odsłaniające nagie ramiona. Ogromne przyciemniane okulary. Słodkie różowe usteczka nadawały całej postaci boski charakter. Zauważyłem przechodzącą po niej gęsią skórkę, drgnęła, zachrobotały koralikowe bransoletki. Na zielonej tasiemce ukazały się dwa przecudne uwypuklenia. -Wyglądasz... (tu mi stanęła gula w gardle i przez chwilę nie mogłem nic powiedzieć) ...atomowo (dokończyłem z trudem) -Jak? (zaśmiała się w głos, nieco jednak nerwowo, choć i taki śmiech sprawił, że jej kształty nabrały temperamentu) Zbliżyłem się, aby powtórzyć swe słowa i szepnąłem: -Jak... bogini seksu! Zrobiła krok w tył a ja aby rozładować to napięcie w powietrzu powiedziałem: -Szarlotka to, czyż nie? -Tak (trochę się zmieszała) jeszcze jest ciepła ale jeżeli pan chce mogę ukroić kawałek i poczęstować. Po czym drżącymi rękoma starała się odkroić kawałek, co zakończyło się rozpaćkaniem połowy ciasta. Nóż nieomal jej nie wypadł z ręki a część jabłkowego nadzienia wytrysnęło jej na pierś. Zwilżyłem palec i ściągnąłem ten kawałek pieczonego owocu, nie mógł przecież się zmarnować. -To nie tak się robi. Stanąłem za nią i położyłem swoją dłoń na jej, kierując nożem. Delikatnie prowadzona przeze mnie odkroiła kawałek. -No popatrz! Nie jest to wcale trudne, pokażę ci jeszcze raz. Położyłem lewą dłoń na jej biodrze i zatopiłem ostrze w jeszcze ciepłym cieście.

***

-Mam nadzieję Władziu, że jeszcze do mnie zaglądniesz. -Po szarlotkę, zawsze! Uwielbiam ciasta z polskich owoców. Pamiętam jak w ’41... -Ta opowieść to może na inny raz?

Buzi. Buzi. Wstałem poprawiłem koszulę i naciągnąłem szelki. -Do zobaczenia słońce! Wyszedłem przez ganek, po drodze zabierając ukrojony tam kawałek szarlotki.

***

-Gdzie byłeś łachudro! -Na spacerze, patrz jaka pogoda ładna! -Na spacerze? Ciekawam gdzie, skoro ty ledwie łazisz! -Tu niedaleko! Jeszcze nie jestem takim totalnym drewniakiem! -Pewnie do tej czarownicy Gośki, czy tak? -A po jaką cholerę miałbym tam łazić! -Ty mnie chłopie nie okłamuj! -No jak ciebie kocham, nie okłamuje! -Zobaczymy, zobaczymy.

***

I znów siedzę przed domem na ławeczce, rozmyślam jak bardzo nienawidzę tej Hedory - mojej żony. Czepia się zawsze i wszystkiego, pierdzieć bez jej pozwolenia nie można! Na szczęście jest tępa jak poręcz. Odpalam fajkę. Cóż za skwar, normalnie nie majowy. Co gorsza Słońce już wysoko i zaraz przysmaży mi w twarz. Ptaki ucichły, zrobiło się spokojniej ale i atmosfera stała się cięższa. Aż nagle! -Władek! Jełopie! Obiad! -A po co mi obiad! Piwa daj się napić! -O! Ty zarazo pierońska! Obiadu nie chcesz żreć, to się wypchaj! A po piwo

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pieskie życie pana Władka — czytnik · opowiadania