Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 20 min czytania

Pieśń pokoju - Interludium: cz.3

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}Najpiękniejszą z Twarzy{/b}

W domu Prudników od dłuższego czasu panowała wyjątkowo posępna atmosfera. Informacje z frontu nie były zbyt dobre, a najgorętsze walki trwały w okolicy Wołogoska, niedaleko Ługańska, czyli tam, gdzie stacjonował Jegor Prudnik. Wojskowi dostali nakaz zachowania ciszy medialnej, przez co jedyne źródło informacji stanowiły listy i oficjalne przekazy rządowe – innymi słowy: pełna cenzura.

Raisa przekonała się, że dla matki nie ma nic gorszego niż syn na froncie; potworne poranki, kiedy ze skręconym żołądkiem otwierała przeglądarkę i, czytając wiadomości, filtrowała tekst w poszukiwaniu słów grozy: Wołogosk, starcie, ostrzał, zabici. Czasami Prudnikowa miała chęć założyć szubę, wsiąść do starej łady i pojechać do tego przeklętego kraju na ten przeklęty front, żeby zaciągnąć Jegora do domu.

Uśmiechnęła się do tej wizji, grzebiąc widelcem w ostygłej jajecznicy.

– A mama czemu nie je? – spytała młoda kobieta usadowiona po przeciwnej stronie stołu. – Za bardzo ścięta? Zamyśliłam się i nie zdjęłam z ognia. Przepraszam.

Raisa wróciła do rzeczywistości i spojrzała na synową. Dziewczyna maskowała sine worki pod oczami lekkim makijażem, ale Prudnikowa przecież słyszała, jak Elena przepłakuje całe noce.

– Przestań. Jajecznica to jajecznica, a ja jeszcze kilka zębów mam, to i ściętą zjem.

Elena uśmiechnęła się smutno i wróciła do swojego ledwie tkniętego posiłku.

– Czytałam, że dziś spokojnie – zagaiła Raisa. – Na południu się tłuką, a u Jegora cisza jak makiem zasiał.

Synowa znów posłała jej zmizerniały uśmiech, ale tym razem poczuła się w obowiązku odwdzięczyć za próby pocieszania i dobre słowo.

– Miałam sen. Stałam w oknie, a Jegor machał do mnie oparty o samochód. Tak się szczerzył, jak wtedy, kiedy pierwszy raz do Buczy przyjechał.

– To znaczy, że mu się krzywda żadna nie dzieje – oświadczyła Raisa i z większym zapałem nabrała jajek na widelec.

Zawsze ważyła słowa; nigdy nie wyklinała Ukraińców na głos, bo rodzina Eleny pochodziła spod Kijowa. W myślach za to... Tam złorzeczyła w najlepsze: parszywcy, brudasy, chachły, zdrajcy.

Szurnięcie krzesłem przerwało Prudnikowej chwilę miłej, mściwej zadumy.

Elena wstała od stołu.

– Jak mama skończy, to niech zostawi talerz w zlewie. Pozmywam – oświadczyła tonem wyżętym z emocji.

Raisa przeniosła wzrok na tabletkę naszykowaną przy szklance wody.

– Nie powinnaś tego brać – fuknęła pod nosem, ale na tyle głośno, żeby synowa usłyszała. – Są inne sposoby. Napary, kadzidła. Zresztą, co ja ci będę gadać. – Machnęła pokazowo ręką.

– Zwariowałabym bez tego – rzuciła beznamiętnie dziewczyna. – To mnie znieczula i pozwala egzystować.

– Pójdziesz dziś ze mną na spotkanie? Będziemy wyplatać na przeznaczenie i palić wianki. Irina przyniesie popiół z kupałowych ognisk, to się do wosku wrzuci i kilka świec wytopi.

Elena przestała zmywać.

– Mogłybyśmy o wiele więcej. – Dopiero teraz jej głos nabrał barwy.

Prudnikowa podniosła wzrok znad talerza. Czarne jak heban włosy synowej opadały na odkryte ramiona i plecy pokryte bliznowatymi tatuażami tuż poniżej karku. Na wsiach kobiety nadal praktykowały sztukę widzenia przez cierpienie.

– Nie mieszamy się do wojen – odpowiedziała stanowczo. Tu nie było pola do dyskusji.

– Ale jednak nasze prządki jakoś tę wojnę zawsze z nami splotą... – westchnęła Elena i wróciła do zmywania.

Raisa nie ciągnęła wątku. Młodzi myśleli, że można wszystko, że nikt nie patrzy, nie ocenia i nie karze. Ona już nieraz widziała Wędrowca. Nie musiała wierzyć: wiedziała.

Dzwonek do drzwi wybrzmiał w izbie niczym cerkiewne organy. Kobiety spojrzały po sobie równie zaskoczone. Nie spodziewały się gości, a na listonosza było jeszcze za wcześnie.

– Ja otworzę.

Elena wytarła ręce w fartuch i wyszła do przedpokoju.

– Pani Elena Prudnikowa? – wybrzmiał męski głos.

Raisa stropiła się i pobladła wyraźnie. Dreszcz niepokoju smagnął zimnem po plecach.

– Tak, w czym mogę pomóc?

– Mam dla pani list... Bardzo mi przykro.

***

Prowadziła Elenę ciemnym korytarzem do szpitalnego prosektorium z kostnicą. Cały czas w myślach szeptała pomniejsze modlitwy na ukojenie nerwów i głaskała białą drobną dłoń. Wdowa przystanęła i oparła się o ścianę. Raisa spojrzała na synową z prawdziwą troską w oczach. Dziewczyna przypominała upiorzycę błąkającą się po szpitalnych korytarzach w poszukiwaniu końca własnego koszmaru. Jej wynędzniałe od troski ciało ledwie odznaczało się pod polarem.

– Nie musisz go oglądać. Poznam swojego syna.

Elena pokręciła głową przecząco i oderwała ramię od zimnej szpitalnej ściany.

– Chcę go zobaczyć, muszę wiedzieć – odpowiedziała lodowatym głosem.

Raisa nie próbowała jej odwieść. Ta z pozoru krucha istota miała w sobie godny podziwu upór.

Szły dalej odprowadzane podejrzliwymi spojrzeniami personelu medycznego. Członkinie zgromadzeń traktowano z szacunkiem, acz również z pewną dozą podejrzliwości i strachu. W małych miastach nie postrzegano sabatów jako feministycznych zrzeszeń silnych, niezależnych, utalentowanych kobiet – jak to się miało na zachodzie. W Moskwie sabaty uznawano za rodzaj niegroźnych sekt, ale z dala od wielkich miast niemal oddawano im cześć i witano z należytą nabożnością, stawiając na równi ze społecznością cerkiewną. Służby państwowe przyglądały się temu w zgoła innym celu.

Przed drzwiami kostnicy kobiety przywitał szpakowaty lekarz. Tylko on miał prawo do wykonywania sekcji na poległych z tego rejonu. W oficjalnej retoryce państwa na froncie ginął jeden Rosjanin na stu Ukraińców. Bardziej bystrzy Rosjanie dostrzegali coraz więcej żałobnej czerni snujące się po miastach, a z rachunków wychodziło im, że Ukraina powinna już wyludnić się całkowicie.

– Możecie wejść na kilka minut, ale nie mogę was zostawić samych.

Elena słyszała jedynie jakieś dźwięki, rozmytą mowę, echo gdzieś pomiędzy nią a drzwiami, za którymi leżał Jegor.

Raisa spojrzała na doktora przeszywającym wzrokiem, aż ciarki przeszły mu po plecach.

– Będziemy tyle, ile trzeba. Mój syn wymaga pożegnania, a jeśli nie mogę tego zrobić w domu, to pożegnam go tutaj.

– Proszę mnie nie straszyć. Nie pozwolę na żadne gusła w mojej placówce. Może ludzie na wsi dają wiarę w te wasze zabawy. Ja nie.

Raisa uśmiechnęła się i pokiwała głową.

– Wiary, pan doktor powiada... – podjęła z dziwną mieszanką zadumy i kpiny. – My nie musimy wierzyć, chłopcze. Jak chcesz, to zostań. Też nie będziesz już musiał.

Doktor przełknął ślinę i wytarł pot kroplący się na czole. Chciał wykłócać się dalej, ale Elena chwyciła go za rękaw i spojrzała prosto w oczy. Nie z gniewem, nie z pretensją. Spojrzała na niego otchłaniami wypełnionymi pustką i żalem.

Westchnął, przyłożył kartę do czytnika i pchnął skrzydło.

– Wejdźcie. Powiadomię personel, żeby wam nie przeszkadzał, tylko postarajcie się skończyć, cokolwiek macie zamiar tam robić, jak najszybciej, i bez bezczeszczenia zwłok.

Kobiety poszły przodem. Zimno bijące od szafy z wysuwanymi ladami stwarzało wrażenie pustki. Próżni: myśli, słów i pragnień, pohuk definitywnego końca. Doktor odryglował jedną z komór, a Elena zacisnęła palce na dłoni teściowej, aż Raisie chrupnęły kości. Obie to przeżywały. Kochająca matka i żona, obie z dziurami w sercach.

Medyk wysunął platformę do połowy długości. Pod białym prześcieradłem odznaczał się kształt ciała. Elena zakwiliła cicho. Nie mogła wziąć nic na uspokojenie, nie mogła otępić umysłu. Lekarz ostrożnie odchylił tkaninę. Twarz młodego chłopaka, sina od uderzeń i poraniona, emanowała trupim spokojem.

Raisa zacisnęła szczękę. Nie lamentowała: cierpiała w środku.

Doktor odsłonił ciało Jegora tylko do łokci, po czym spojrzał na dwie odziane w czerń personifikacje rozpaczy.

– Wolałbym nie wyciągać szuflady do końca. – Zastanowił się chwilę czy podawać przyczynę, ale stwierdził, że lepsze to niż zaskoczenie. – Przejechno po nim. Kilkukrotnie.

– Pieprzone chochoły! – Raisa już się nie mitygowała w przeklinaniu.

Elena milczała. Łzy powoli spływały jej po twarzy wąskimi strugami, zupełnie jakby dusza wyciekała z pękniętej skorupy. Podeszła do ukochanego i pogłaskała po głowie. Oddychała, patrzyła, ruszała rękoma, ale czuła się nie mniej martwa niż ta zimna powłoka, w której kiedyś mieszkał jej Jeguś.

– Muszę spytać, dla formalności – oświadczył doktor. Sam nie wiedział, dlaczego się tłumaczy. – Czy ten mężczyzna to Jegor Prudnik?

Raisa chciała odpowiedzieć, ale synowa ją ubiegła.

– Tak. – Wdowa przełknęła ślinę i przyłożyła palce do zsiniałego policzka. Wylewy po uderzeniach nie zdążyły się wchłonąć i drażniły oczy bolesną purpurą. – To był mój Jeguś. Moja miłość.

– Przykro mi – nie wyrecytował formułki: naprawdę poczuł smutek. – Wrócę za pół godziny.

Elena pokiwała głową, nie odrywając drżącej dłoni od zimnej skóry.

Doktor podszedł do Raisy. Stała na tyle daleko, żeby nie widzieć dobrze twarzy nieboszczyka.

– Bardzo mi przykro, pani Prudnikowa.

Dopiero teraz Raisa oderwała wzrok od syna i spojrzała na lekarza. Widział już ten wyraz twarzy nieraz. Zaskoczona i zagubiona osoba oszukana przez własną nadzieję; przez nęcące podszepty „to pomyłka", „to nie mój: mąż, syn, partner, ojciec...".

– Proszę nic nie mówić. – Poklepał Prudnikową po ramieniu. – Na to nie ma słów.

Wyszedł.

Kobieta otarła łzy. Zbolałe nogi zyskały nowy wymiar ciężkości, ale przemogła strach i zbliżyła się do synowej.

– Nie wiem, czy to ma sens... – wyszeptała i pogłaskała twarz Jegora.

Był jak głaz: stężałe popiersie wyciosane w marmurze.

– Muszę wiedzieć – odparła Elena z lodowatym spokojem.

– Po co?

Raisa spojrzała na synową. Odniosła wrażenie, że obleka ją zimny pancerz z niewypowiedzianych słów i utraconych marzeń.

Wdowa milczała przez chwilę, gładząc dłoń nieboszczyka.

– Wianek, mamo.

Prudnikowa zawahała się chwilę, ale w końcu sięgnęła do torby i wyciągnęła zeń obręcz z pnączy bluszczu i łodyg wrotyczu. Delikatnie nałożyła synowej na głowę.

Elena wyczuła wahanie w ruchach teściowej.

– Muszę wiedzieć, mamo. Inaczej żal rozłoży mnie od środka

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pieśń pokoju - Interludium: cz.3 — czytnik · opowiadania