Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 8 min czytania

PIĘTNO

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Drzewa szumiały złowrogo, nagie skały łyskały niesamowitą poświatą, słońce zarzucało na ziemię krwawą sieć… Zaobserwowałem te rewelacje pierwszy raz w życiu, bo poczułem się… nieswojo. Co tu dużo mówić, po prostu zabłądziłem w górach podczas jednego z najdłuższych dni w roku. Początkowo nie przypuszczałem, nawet przez myśl mi nie przeszło, w jak trudnym jestem położeniu, a świadomość wpakowania się w ten bigos z własnej, nieprzymuszonej woli powolutku obierała mnie z odwagi kawałek po kawałeczku, aż ogołociła do reszty. Paraliżowała okruchy zdrowego rozsądku, które desperacko próbowałem w sobie ocalić. W końcu dotarło do mnie, że nie mam pojęcia o przetrwaniu w obcym mi środowisku. Próba sensownego zorganizowania najbliższej przyszłości rozpływała się we mgle panicznego strachu. Na krótko mój umysł uczepił się pokrzepiającej informacji, jaką niosła ze sobą zawartość plecaka: skromny zapas jedzenia i picia, śpiwór, zmiana odzieży, zapalniczka. Lecz kolejne wiadomości (brak namiotu, zmęczenie) wymiotły ze mnie do imentu iskierkę złudzeń pod tytułem: „To nic, to nic, jakoś to będzie”. Perspektywa spędzenia nocy pod gołym niebem, wśród dzikich zwierząt i Bóg wie czego jeszcze, już wtedy diametralnie zmieniła moje zapatrywania na romantyczne doznania związane z samotną, pieszą wycieczką po malowniczej Skandynawii. Zmiana zamiaru – też mi wyczyn, ale co dalej? – Weźmy się w garść! Weźmy się w garść! Spróbujmy się tu jakoś odnaleźć! – coraz natarczywiej poszeptywał głosik z zakamarków mej głowy. Znienacka stanąłem przed jaskinią, w której wnętrzu miałem nadzieję znaleźć miejsce na nocleg. Wszedłem do środka. Zimno z głębi groty poczochrało mi policzki, zaś światło szerokim snopem wdzierało się w głąb pieczary, idąc mu naprzeciwko. Popłynąłem z nurtem strumienia słonecznego blasku. Kreśliłem sobą olbrzymi cień na jednej ze ścian. Mój ciemny sobowtór malał z każdym następnym krokiem. Gdy klon stał się ledwie widoczny, zatrzymałem się i rozejrzałem wokół siebie. Spostrzegłem coś. Wzdłuż kręgosłupa, w górę i w dół, galopowało mi chyba całe zoo. Jeszcze jeden skamieniały, fantasmagoryczny kształt nieożywionej natury, pomyślałem. Był idealnie wtopiony w tło. Siedział skulony, wpatrując się we mnie. Drobna postać wciśnięta między skały. Karzeł z miedzianymi spiralami włosów opadającymi na czoło; wyłupiastymi oczami o zielonkawych tęczówkach oraz przekrwionych białkach; haczykowatym nosie stykającym się z podbródkiem porośniętym rdzawą szczeciną. Wąskie, jak klinga floretu, wargi wykrzywiał grymas dezaprobaty. – Zabieraj się stąd! – powiedział. – Nie starczy miejsca dla dwóch? – spytałem. Rzucił się w moim kierunku. Błyskawicznie wpił palce w moją krtań. Zawisł na mnie jak drapieżne zwierzę na krtani ofiary w finale udanego polowania. – Puść! Puść! – krzyczałem. Szamotałem się wściekle z żywym wisiorem u szyi. Jednocześnie gorączkowo szukałem w myślach skutecznego sposobu, by go z siebie strząsnąć. Śmiał się histerycznie, przedrzeźniając mnie jak dziecko. Nagle rozluźnił chwyt, odbił się stopami od mej klatki piersiowej i dał susa w ciemność. Pieczara napełniła się ogłuszającym, szyderczym rechotem. Rozcierając obolałe miejsca na karku, obojczykach i ramionach, rozglądałem się w poszukiwaniu kamienia, który zmieściłby się mojej w dłoni. Tymczasem karzeł wychynął z mroku, trzymając oburącz sękaty kij. Co rusz jego zgarbiona sylwetka migała mi przed oczyma. Doskakiwał do mnie, uderzał i znikał, zanim zdążyłem zareagować. Jego poszczególne ciosy zlały się w jeden dokuczliwy atak, pod którego wpływem zamieniłem się w wirujące wrzeciono. Jęczałem z bólu, słaniałem się na nogach, aż w końcu upadłem. Miejsca, gdzie mnie ugodził zaczynały rezonować pulsującym bólem. – Ty mały...! – wykrzykiwałem obelgę za obelgą pod jego adresem. Tylko w ten sposób udało się mi maskować…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
PIĘTNO — czytnik · opowiadania