Fantasy · 1 godz. 16 min czytania
Piętno Upadku
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Dominik Żak PIĘTNO UPADKU
"Czy ten, którego celem jest wieczne poszukiwanie, może zawieść"
*** - Opowiem wam historię, historię, którą opowiedział mi mój ojciec, a jemu jego ojciec. Rzecz działa się podczas Wielkiej Wojny, gdy Elfy, Ludzie i Krasnoludy walczyły jeszcze pod jednym sztandarem przeciwko złym mocą Lorda Drachena. Ogromne odziały najechały wzgórze pod twierdzą Relish Blaze, gotowe w każdej chwili ruszyć do boju. Do bitwy o wolność. Wśród nich znajdowali się zasłużeni wojownicy, stratedzy jak i chciwi najemnicy czekający tylko na to jak dostać się do skarbca, w którym jak powiadali starcy znajdowało się tyle bogactwa, że można było zapełnić nim po brzegi calutki wąwóz Penumbra. Jednak to, o co naprawdę toczyła się walka i na czym zależało przede wszystkim Senatowi leżało o wiele głębiej, w najczarniejszych otchłaniach twierdzy. Lanca Smoków. Najpotężniejsza broń znanego nam świata, oręż, którą Bogowie wypędzili z naszych krain wstrętne gady raz na zawsze. Po wielu miesiącach walki, wreszcie około zimy armie zdobyły mury i przedarły się do wewnątrz. Tam jednak czekała ich zagłada, tysiące orków i goblinów tylko czekało, aż nasze wojska przekroczą śmiertelną barierę. Rzeź była nie do opisania, po kilkunastu godzinach fosa i cała wschodnia cześć wzgórza spływała krwią. Oddziały zmuszone były się wycofać, i gdy myśleli, że wszystko jest stracone, zdarzył się cud. Czarne chmury zebrały się nad Relish Blaze, i poczęły ciskać swe pioruny w głąb wieży niczym potężni magowie. Po chwili dziedziniec i podległe mu stajnie stanęły w płomieniach, a zdezorientowani wrogowie tracili swe życia w bezsilnych próbach ugaszenia ognia. Nasze wojska ogarnęła euforia, jakby tchnięci nowym życiem rozpoczęli walkę od początku. Po dwóch miesiącach, chmury jednak rozpłynęły się, a zło nie odzyskawszy swej potęgi chyliło się ku upadkowi. W końcu, pod koniec trzeciego roku oblężenia, Lord Drachen w akcie desperacji rzucił potężne zaklęcie, które pochłonęło całą twierdzę wraz z okalającymi ją wojskami w czeluście ziemi. Od tamtej pory minęło ponad dwa wieki, a ludzie nie odczuli na swych plecach bicza niewoli. Niestety wraz ze złem, utraciliśmy wszelką nadzieję na...... - Griffin! Przestań wreszcie zatruwać umysły małym dzieciom i zajmij się czymś pożyteczniejszym - krzyknął głos za nim. Młody chłopak, ubrany w zielonkawo-szarą pelerynę odwrócił wzrok od siedzącej przed nim gromady zasłuchanych, umorusanych dzieciaków i spojrzał w stronę skąd dochodził głos. Obok stajni, oparta o złamany płot stała dziewczyna, jej ogniste włosy zatrzepotały na wietrze. Griffin nie mogąc oderwać od niej oczu. Poprawił swój miecz, wstał i ruszył w jej kierunku. - O co ci znów chodzi Shade? Przecież miałaś pilnować Bane, aby nic nikomu nie zrobił, wiesz przecież, że o tej porze w mieście pojawia się coraz więcej elfów. - Wiem, wiem. Ale on jest tak pijany, że nie miał by siły unieść swego topora, gdyby nawet miał wszczynać awantury. Ale nie o tym chciałam rozmawiać, czy możemy odejść w jakieś dyskretne miejsce? - Pewnie, ale najpierw zajmijmy się naszym nieprzytomnym towarzyszem, w której siedzi tawernie? - W "Kamiennym Tronie" - Dobrze, więc udaj się do mego pokoju i czekaj na nas. Zaraz wrócimy. Kończąc zdanie, każde z nich ruszyło w przeciwne strony, po paru minutach Shade znikła za rogiem budynku, a chłopak ruszył powolnym krokiem w stronę rynku miasta. Zapadał zmierzch, i na ulicach miasta pojawiało się coraz więcej podejrzanych typów, w ciemnych zaułkach wytrenowane oko mogło zauważyć czających się na ofiary złodziei, gdzieniegdzie leżeli bezdomni pilnowani jedynie przez dziwki krążące wokół własnych burdeli. Miasto nie wyglądało zbyt zachęcająco, ale było tu zawsze bezpieczniej niż na zewnątrz, tam każdy musi liczyć tylko na siebie. Griffin, szedł tak w zamyśleniu już przez parę minut, gdy jego oczom ukazały się obskurne mury knajpy 'Kamienny Tron". Wiedział, że jeśli nie ma w nim jego towarzysza to najlepiej zrobi, jeżeli opuści ją od razu, przez nikogo nie zauważony. Delikatnie uchylił zbutwiałe drzwi, a w jego nozdrza uderzył zapach palonego zielska i rozlewanego piwa. Poprawił jeszcze tylko płaszcz i stanowczo przekroczył próg. W środku wrzało, tłusty karczmarz uśmiechał się bezzębnie do kelnereczki, która w pijackim transie roznosiła trunki po sali. Griffin rozejrzał się po lokalu, i nie widząc nigdzie swego kompana, ze skrzywioną miną ruszył w stronę baru. - Widziałeś, może krasnoluda? - Człowieku, czy widziałem? A ty ilu ich widzisz, za tobą siedzi, co najmniej ośmiu. - Dobrze wiesz, o kim mówię, i chcę natychmiast uzyskać odpowiedź. - Chyba pomyliłeś knajpy kolego, bo totalnie nie wiem, o co ci chodzi, i jeśli się nie uspokoisz to będę musiał poprosić o pomoc tych dwóch kolegów - wycedził przez zęby barman. Griffin spojrzał w kierunku dwóch dość dobrze zbudowanych mężczyzn stojących przy wejściu. Przynajmniej jednego z nich matką musiała być ogrzyca, ludzie nie osiągają takich wymiarów. Pomyślał i rzucił w ich kierunku cyniczny uśmiech. Po czym znów spojrzał na grubasa za ladą. - Spadaj stąd człowieku! Nigdy nie widziałem krasnoluda wyższego od innych - ryknął poirytowany już ta rozmową barman. - Przecież nie powiedziałem, że jest wyższy! - syknął chłopak - Więc pytam po raz ostatni, gdzie on jest?! - Ja nic nie wiem! Chłopak nie wytrzymał, jedną ręką złapał grubasa za szyję a drugą zamachnąwszy się kuflem stojącym nieopodal ugasił zmysły barmana na dłuższą chwilę. Dwóch stojących wartowników ruszyło w jego kierunku. Griffin nie myśląc długo wskoczył na ladę i pędem udał się w stronę atakujących go wojowników. Wiedział, że ma szanse. Byli wielcy i silni, to jednak równało się z tym, że są potwornie wolni. Mijając pierwszego z nich dobył swego ostrza i odbijając się od stolika znajdującego się przy końcu lady przeskoczył nad drugim. Osiłek nie zdążył nawet się odwrócić, gdy miecz z gracją rozpłatał mu plecy. - No chodź, twardzielu! - ryknął przez całą salę w stronę drugiego olbrzyma, wycierając ostrze o ścierwo leżące pod nogami. Widać było, że kolos jakby się wahał, lecz po chwili z dziką furią ruszył w kierunku Griffina. Chłopak stał cierpliwie wpatrzony w ogromną górę mięśni i tłuszczu pędzącą ku niemu. Jeszcze cztery metry, trzy, na twarzy wojownika było widać wyraz satysfakcji. Gdy kolos był już niecałe dwa metry od chłopaka, powietrze knajpy przeszył świst, i wszyscy wokół zamarli w bezruchu, dopiero huk upadającego ciała przywrócił ich z powrotem do życia. Wszyscy byli wpatrzeni jak drgawki wstrząsają leżącym na deskach ciałem, gdy Griffin wyciągał zeń sztylet. Otarł go o trupa i schował do pochwy przytwierdzonej do uda. Przeczesał włosy i ruszył do kryjącego się w rogu barmana, uniósł miecz. - Nie Panie, nie zabijaj mnie, błagam! Twój przyjaciel jest tam na zewnątrz, widziałem jak dwóch opryszków wynosiło go tylnim wejściem. - Dziękuję za odpowiedź - ostrze spadło rozcinając policzek tłuściochowi - Następnym razem będziesz bardziej pomocny, tak? Barman nic nie odpowiedział, leżał tylko w kącie i kwilił jak dziecko. Griffin z jawnym zadowoleniem skierował swe kroki ku drzwiom prowadzącym na tylni dziedziniec. Uchylił je. Na dworze panował mrok, chłopak najciszej jak potrafił wysunął sztylet i wszedł na murowany plac. Było za cicho, a w powietrzu unosił się zapach śmierci. Ruszył powoli, delikatnie stawiając kroki ominął stertę przegniłych skrzyń i śmierdzących szmat. jeszcze przez parę metrów sunął cichutko. Nagle ku jego uszom dotarł dziwny dźwięk. Jakby warczenie. - Jeśli to wilkołaki to nie mam najmniejszych szans - pomyślał, poczym rzekł sam do siebie. - Ale cóż, do odważnych świat należy. Z bojowym okrzykiem i lśniącym ostrzem w ręku wyskoczył zza rogu. Nie przewidział tylko jednego faktu - wskoczył prosto w kałużę. Nogi rozjechały się pod dziwnym kątem powodując upadek. Zdezorientowany całą sytuacją odwrócił głowę i spojrzał wprost w oczy złodzieja leżącego obok. Poderwał się natychmiast gotowy do ataku. Było to jednak zbędne. Bandyta był martwy, a o krok od niego leżał zalany krwią drugi. Nagle ciszę przerwał ten sam dziwny odgłos dochodzący zza śmietników. Griffin skierował wzrok w stronę skąd dochodził dźwięk. Na twarzy wojownika pojawił się uśmiech, na brudnych szmatach spał smacznie chrapiąc jego towarzysz.
***
- Umyj się śmierdzisz jak kobold! - śmiała się z krasnoluda Shade. - Może i śmierdzę, ale przynajmniej nie zadaje się z elfickimi paniusiami - odparował Bane - Ja również, ale trzeba z czegoś żyć, a tylko one są tak dumne z siebie, że można je okradać bez najmniejszych wyrzutów sumienia ! - Więc je okradasz? No to, co innego! Tak można. - Dobra koniec tych sprzeczek - rzekł Griffin wchodząc do pokoju. - Ściągnęłaś nas tu w jakimś określonym celu, oby był naprawdę ważny. - Wolfie jak zwykle zrzędzi ty jak zawsze musisz mieć jakieś wątpliwości. Czy tylko ja w tej grupie pracuję i wiem, co się dzieje na świecie? - Co więc takiego dzieje się na świecie, czego nie wiemy - rzekł Griffin siadając obok niej na łóżku? - Odkopano je!!!! - Co odkopano? - Jak to, co?! Ruiny Relish Blaze! - Siedziałam sobie wczoraj, jak zawsze w towarzystwie elfickich dam. - Na dźwięk tych słów Bane skrzywił się jak można najohydniej, Shade nie zwracając na to uwagi ciągnęła dalej - Zapowiadało się na kolejny nudny dzień, ale około północy do jednej z nich poseł przyniósł list, zachowywał się bardzo tajemniczo, więc zainteresowałam się treścią wiadomości. Niestety nie udało mi się dowiedzieć bezpośrednio, co było w niej napisane, ale na południe od Wall-eye osunęła się ziemia i ukazała legendarną wieże Relish Blaze. Tak, więc pomyślałam sobie, że będziesz tym zainteresowany. W końcu siedzimy w tym mieście już dwa tygodnie. Czas wyruszyć po kolejne bogactwa. - Jasne, jak zwykle wyruszymy, nachodzimy się od cholery i nic nie znajdziemy, bo okaże się, że ktoś już był tam przed nami. - bąknął Bane. - Idę się wykąpać. - poczym zniknął za drzwiami. - A ty, co o tym sądzisz Griffinie Dart, piszesz się na kolejną wyprawę? A może jesteś już za stary na takie rzeczy? - rzuciła w kierunku chłopaka Shade. - Moje zdanie znasz, ruszamy o świcie. - Tylko nie zapomnijcie o mnie! - stłumiony głos przebijał się z łazienki. Pierwsze promienie słońca przebijały się przez skłębione chmury, gdy trójka podróżników znikała za bramą zostawiając w tyle obskurne miasto. Byli tak podekscytowani i zajęci rozmowami i marzeniami o bogactwie znajdującym się w ruinach, że nie zwrócili uwagi, że od pewnego czasu podąża za nimi ukryta w cieniu postać. Było ciepło, pogoda dopisywała podróżnym w każdym calu. Po pierwszych dwóch dniach podróży, niektórzy tak jak Wolf`s Bane miał tak serdecznie upału, że był gotów zrezygnować ze wszystkiego, aby tylko ukryć się w chłodnym cieniu tawerny i sączyć litrami piwo. - Może zrobilibyśmy mały postój - krzyknął Bane oparty o drzewo. - Wiesz to chyba nie odpowiednia chwila, na odpoczynek. Zaraz się ściemni a my jesteśmy w samym środku Strasznego Lasu, poczekaj chwilę za parę godzin dojdziemy do doliny Vortex. Tam rozbijemy obóz. - odparł Griffin Kilka godzin później Shade zatrzymała cała grupę i nie oglądając się za siebie szepnęła do towarzyszy. - Nie wiem jak ty Dart, ale wydaje mi się, że od jakiegoś półtora dnia ktoś za nami idzie. - Jak to Ktoś nas śledzi? - ryknął Bane Shade i Griffin spojrzeli się jednoznacznie na krasnoluda. Gdyby wzrok mógł zabijać na pewno padłby trupem. - Ty imbecylu, krzyknij jeszcze, jakie mamy plany i gdzie zmierzamy! - rzuciła z oburzeniem dziewczyna - Jak mnie nazwałaś ty oblubienico elfów - ryknął z furią Bane rzucając się w stronę złodziejki? Na szczęście Griffin zareagował odpowiednio szybko i własną pięścią zgasił emocje krasnoluda. Bane wywinąwszy koziołka w powietrzu upadł na kępkę grzybów, które skrzętnie zaczął z siebie wycierać. Dart spojrzał na nich i z westchnięciem odparł. - Macie racje, potrzebny jest nam odpoczynek.
***
Ostatnie iskry sypały się z przygasającego ogniska, wprost na brodę Bane. Towarzysze spali nie przeczuwając najmniejszego zagrożenia ze strony lasu. Podzielili się nawet na warty, lecz nie spisało się to zbyt pozytywnie, bo każdy po pierwszym obchodzie obozu zapadał w błogi sen. Wyglądali jak małe dzieci, które uciekły od rodziców, aby spędzić noc pod gwiazdami. Było naprawdę spokojnie. Dochodziła północ, gdy jakiś szmer przebudził Griffina, nie otwierając jeszcze całkowicie oczu, sięgnął po miecz i nasłuchiwał cierpliwie. Dziwny dźwięk zbliżał się coraz bardziej. Był już tuż tuż, gdy przeraźliwy krzyk postawił dęba cały obóz. Dart zerwał się na równe nogi, ślad po stworzeniu, które ewidentnie zbliżało się do niego jeszcze przed chwilą zniknął. Rozejrzał się po towarzyszach. Shade nasłuchiwała wpatrzona w czarną pustkę lasu, Bane trzymając topór w dłoni podnosił się z posłania. - Co do cholery się dzieje?! - rzekł jeszcze zaspanym głosem - Cisza, krzyki dochodzą z tamtej polany. - dziewczyna wskazała miejsce - ktoś potrzebuje pomocy! Nie zastanawiając się długo, towarzysze rzucili się biegiem w kierunku wskazanym przez Shade. Po kilku minutach byli na miejscu, spóźnili się. Na polanie leżały martwe konie i ich jeźdźcy. Wyglądało to na napaść, wszędzie porozrzucane były skrzynie i towary. W powietrzu unosił się odór spalenizny. - Czujecie to? - szepnął krasnolud - śmierdzi jakby spalono pół lasu a nigdzie nie widać śladów pożaru. Dziwne. - Nie widzisz, że to odział paladynów, na pewno gdzieś leżą tu zwłoki jakiegoś kapłana lub kapłanki, która zrzucała zaklęcia ognia. - syknęła ze złością dziewczyna -Rozejrzyjmy się, może i nam coś się przyda. - Ej, chodźcie tutaj, ten jeszcze żyje! - krzyknął Griffin, stojący troszkę z dala od kompanów. Dart ukucnął obok leżącego przy drzewie rannego mężczyzny, był kapłanem, jego zakrwawione szaty były charakterystyczne dla zakonu Atlona - Boga Zgody i Harmonii. Mężczyzna mógł mieć około pięćdziesięciu lat, ale znając możliwości kapłanów mógł mieć równie dobrze dwieście. Z rozciętego ramienia sączyła się krew, wprost na buty wojownika. Griffin delikatnie musnął twarz mnicha. Ranny z trudem otworzył oczy, gdy zobaczył podróżnych w jego oczach zabłysła nadzieja. Zakaszlał a z ust wypłynęła strużka śliny pomieszanej z krwią. Próbował coś powiedzieć. - omocy, atak, lfy ne bijają, tunku. - z trudem wycharczał kilka słów i stracił przytomność. - Musimy go przenieść do naszego obozu, szybko za nim go stracimy. Krasnolud najdelikatniej jak potrafił podniósł z ziemi nieprzytomnego i razem ruszyli do obozu. Po kilku stanach przebudzania się i majaczenia, chory wreszcie dochodził do siebie. Po calutkim tygodniu spędzonym w obozie Darta, był w stanie poruszać się i mówić bez najmniejszego problemu. Był chłodny poranek, gdy towarzysze zasiedli wokół ogniska przyrządzając sobie jedzenie. Dorodny królik obracał się na skonstruowanym przez Bane rożnie po raz kolejny, gdy z namiotu wyszedł kapłan i powolnym, lecz majestatycznym krokiem ruszył w stronę zgromadzonych. - Dziękuje, że zaopiekowaliście się mną, czy mogę się jakoś odwdzięczyć? - rzekł spokojnym głosem. - Każdy, zrobiłby to samo na naszym miejscu - odparł Griffin zapraszając kapłana do spoczęcia przy ognisku - Obawiam się, że nie synu. Nie w dzisiejszych czasach, coraz rzadziej spotyka się tak szlachetnych wojowników jak wy. - Jak uważasz, panie, opowiedz nam o sobie i o tym, co stało się na tej polanie. - Nazywam się Marl Reek i jestem kapłanem siódmego poziomu, zakonu naszego Boga Atlona. Jechałem jako posłaniec z wiadomością dla Senatu, ale w połowie drogi zaatakowała nas banda elfów. I jak widzieliście zabiła całą moją eskortę, walczyłem dopóki jedno z ostrzy nie dopadło i mnie, myśleli, że umarłem i zaczęli plądrować wozy. Zaraz potem zjawiliście się wy. - Więc mówisz, że jedziesz do Senatu. Bo wiesz my też zdążamy w tym kierunku i gdybyś zechciał nam towarzyszyć? - Z przyjemnością. - szepnął kapłan, poczym wstał i ruszył do swego namiotu. - Hej, Griff, co o tym sądzisz? - szepnęła Shade, przełykając kawałek mięsa. - Bo mi nie pasują tu te elfy. - Co nie pasują? Zawsze mówiłem, aby nie ufać tej rasie! Poza tym mogły to być Drow`y prawda? - odchrząknął Bane - Wolfie może mieć rację, chociaż - zastanowił się Dart - miej go na oku Shade.
***
Część 22 / 2
- Dni mijały beztrosko, na wygłupach, kłótniach, polowaniach i zabawach. Nawet nowy towarzysz okazywał się cieszyć z trybu życia, jaki prowadziła drużyna. Godzina za godziną, mijali nowe to okolice minęli już Starszny Las, dolinę Vortex, wąwóz Penumbra, a w przejrzysty dzień można było dojrzeć już majaczące w oddali wieże Niggard Hall, siedziby Senatu. To właśnie tam podejmuje się ważne decyzje dotyczące wojen, pokoju i innych politycznych interesów. Kierując się zarysem wież, towarzysze maszerowali jeszcze kilka kolejnych dni, gdy nagle ich oczom ukazały się ruiny Relish Blaze. Wystające z ziemi mury i pokruszone baszty wyglądem przypominały teraz przewróconego na plecy pająka. Porozrzucane wszędzie elementy konstrukcji nie uosabiały już potęgi tej twierdzy, lecz utwierdzały w jej klęsce. Towarzysze zatrzymawszy się na skraju polany wpatrywali się w gruzowisko historii. Griffn przysłoniwszy dłonią oczy przed słońcem, zauważył w oddali obóz. Wskazawszy go pozostałym, ruszyli w dół ku majaczącym w oddali namiotom. Po paru chwilach stali już na miejscu i z przerażeniem patrzyli na to, co z oddali wyglądało na obóz, porwane i spalone namioty powiewały na wietrze, wydając straszliwy trzepot. Walające się po podłożu części ekwipunku wskazywały na to, że miejsce to zostało opuszczone w strasznym popłochu. Griffin rozejrzał się po pogorzelisku i zauważył, że ruiny okalające teren zapraszają w swe czeluści wejściem znajdującym się nieopodal namiotu dowództwa, na Hall. - Dziękuje towarzysze, ale czy mogę się wam jakoś odwdzięczyć za to wszystko, co dla mnie zrobiliście? - Tak, powiadom Senat, że ruiny Relish Blaze zostały odnalezione i, że za odpowiednią cenę zdobędziemy i oddamy im Lance Smoków. - Lance Smoków?! O czym ty mówisz? Po tym wszystkim, co tu znaleźliśmy nadal chcesz tam wejść? - powiedziała Shade. - Czy to nie ty mówiłaś, że pora się wzbogacić - odparł, Griffin - A poza tym nie chcesz chyba, aby Wolfie zrzędził na przez kolejne pół roku. - Właśnie! - chrząknął Bane Na twarzy Shade malował się strach, nie przypuszczała, że ruiny mogą być tak przerażające, a poza tym to ostrzeżenie i wymarły obóz dodawały jeszcze uroku. Wiedziała jednak, że jeśli Griffin podejmie decyzję to nawet sam Tpige jej nie zmieni. Mogła wierzyć tylko w to, że Marl wróci tu z pomocą z Niggard Hall. - - - . Wewnątrz było wilgotno i ślisko, każdy kamień pokryty był odkładającym się od wieków śluzem. Wszędzie porozrzucane były szkielety poległych żołnierzy i zwierząt. Było ciemno, ale przez uszczerbki w murach słońce pomagało podróżnym w zwiedzaniu. Gdzieniegdzie przemknął szczur bardziej wystraszony obecnością intruzów niż oni sami, i robactwo aż się roiło od niego, ściany pokryte były grubą warstwą insektów, które pozostawały w letargu przez całą wieczność. Korytarz, którym szli przybysze prowadził do rozległej sali tronowej. Ogromna sala rozpościerała się pod gołym niebem, zawalone sklepienie spoczywało teraz na posadzce i zmiażdżonym kamiennym tronie. Dwa posągi w kształcie jaszczurów zagradzały wejście do wieży północnej, która kończyła się również zarwanym dachem. Wolf`s Bane rozglądał się po sali szukając jakiegoś łupu, który mógłby sobie przywłaszczyć, gdy Shade odezwała się drżącym głosem. - Słyszeliście? Griffin i Bane obejrzeli się w jej kierunku, poczym chłopak odparł z sarkazmem. - Nie, nic nie słyszeliśmy, ale może to starożytne duchy chcą nas nastraszyć, co Wolfie? - Hahhaha!! To nie duchy, to elfickie damy domyśliły się, kto je okradł i przyjechały się zemścić. To one nas śledziły na początku wyprawy. Hahahaha!!!!! - Obydwaj jesteście durni, zamknijcie się i słuchajcie! Mężczyźni popatrzyli na siebie z głupim uśmiechem i po chwili ciszy już mieli coś skomentować, gdy Griffin, wskazał na wylot korytarza palcem i krzyknął. - Patrzcie, to Marl!!
***
- Gooooooooobliny!!!!! - darł się Marl wbiegając do sali tronowej - zaatakowały mnie zaraz po tym jak weszliście do twierdzy!! Marl biegł jak mógł najszybciej, dobiegłszy do Griffina, złapał go za ramię i ledwo oddychając syczał. - Zgubiłem je, w tamtym korytarzu, jeśli nas znajdą to nie mamy szans, są ich miliony ! Nie damy rady ! - krzyczał przerażony. - Co nie damy rady! Ja sam osobiście w Hidden Spear ukręciłem łby ponad czterdziestu sztukom. - zawarczał Bane, przerzucając topór z ręki do ręki. - Nadchodzą ! - krzyczała Shade celując łukiem w bramę. Wyglądało to jakby cała ściana twierdzy ruszyła na nich, gobliny wstrętne małe potworki wymachujące mieczykami i wekierami napierały na nich. Jedne łażące po drugich, aby tylko szybciej dotrzeć do ofiary. A może śmierci. Strzały świstały niczym krople deszczu, potwory padały jak muchy, Bane cały we krwi i po łydki w ścierwach goblinów, recytował jakąś starą pieśń, którą wyniósł z domu rodzinnego. Griffin osłaniając spanikowanego kapłana ciął ostrzem, każde łajdactwo, które znalazło się na długość miecza. Shade ciskając strzały w tłum przed nią jako pierwsza zdała sobie sprawę z przegranej. - Dart, nie damy rady jest ich za dużo! Dart, słyszysz mnie! - Tak, musimy coś wymyślić! - krzyczał Griffin, odcinając łeb jednemu z, goblinów, który podszedł za blisko. - Marl, jesteś kapłanem, rzuć jakieś zaklęcie - Shade krzyczała, do nieprzytomnego kapłana. - Marl, zrób coś! - Ale, ale, co ? - jąkał ze strachu. - Opanuj się, skoncentruj i działaj, jakiś czar, pomyśl. - Ale, ale ja nic nie pamiętam, Boże ich jest tak wiele!! Potężne uderzenie spadło na twarz kapłana, załzawione oczy uniosły wzrok, nad nim stał Bane z uniesioną jeszcze pięścią. - Jak zaraz nic nie zrobisz to przysięgam, że sam cię rzucę w tą zgraję łajz. Może wtedy zyskamy trochę czasu dla siebie. - ryczał wpatrzony w leżącego Marla. - Nie, błagam! Odsuńcie się! - krzyknął kapłan unosząc się na nogi. - SODIE SPILIHP CETZA !!! - recytował zaklęcie tworząc tym samym wokół swych rąk fioletową energię, która po chwili z oślepiającym blaskiem uderzyła w zgraję napastników. Nastąpiła cisza. Zaraz potem po sali poniósł się straszliwy huk, dudniący w każdym zakamarku komnaty, zwielokrotniony echem dźwięk ranił. Zatrzęsła się podłoga, następnie zafalowała. Marl, Bane i Griffin nie zdążyli nawet nic powiedzieć, gdy ziemia rozstąpiła się im pod nogami pochłaniając ich. Shade krzyknęła ich imiona, poczym sam zapadła się w ślad za nimi. Spadali w ciemność. ***
Griffin, poczuł potworny ból w plecach upadając na coś twardego. Nie mógł się ruszyć. Po chwili usłyszał, obok siebie pacnięcie a zaraz kolejne dwa. Wiedział, że spadli wszyscy, ale czy wszyscy przeżyli? - Shade, Bane, Marl ! - Ale, przynajmniej pozbyliśmy się tych śmierdzieli, co Dart ! - chrząknął Krasnolud. - Żyję - syknęła dziewczyna. - Marl! Marl! - Jestem, jestem. Po prostu zabrakło mi oddechu, aby się odezwać. Gdzie spadliśmy? - Ty mi to powiedz przyjacielu, bo to przez ciebie tu jesteśmy! - ryknął Bane - Wolfie, spokój ! - szepnęła Shade. - Zaraz zobaczymy. ILUMINIARE! - szepnął kapłan, a całą salę pogrążyło światło. Blask był tak ostry, że wszyscy podróżnicy przymrużyli oczy, światło odbijało się od kolosalnych gór złota, na których leżeli. - Starcy nie kłamali! - krzyknął Griffin - tu jest tyle złota, że można postawić sobie całe miasto! - Jesteśmy bogaci ! - ryczał Bane przeskakując z nogi na nogę. - Jasne, a ciekawe jak to chcecie stąd wynieść? - odparła dziewczyna. - Wiesz co, ty nawet liczowi potrafiłabyś zepsuć humor! - odparł oburzony Bane. - Nie ma czasu na kłótnię, rozejrzyjmy się trochę. - rzucił Marl. Spacerując między szczytami ze złota, srebra i platyny każdy z podróżnych znalazł coś dla siebie. Shade znalazła piękny pas zdobiony diamentami i szafirami, Marl laskę z drakańskiego drzewa, Griffin długi zdobiony kryształowy miecz i tarczę, tylko Bane nie pochwalił się towarzyszą, co znalazł, powiedział, że w swoim czasie się dowiedzą. Wyglądał na zadowolonego. Po pewnym czasie jednak podziwianie skarbów, których nie można zabrać stało się nudne, więc drużyna postanowiła rozejrzeć się za wyjściem. Podczas poszukiwań znaleziono kilka ślepych korytarzy, parę ukrytych komnat wypełnionych po brzegi kosztownościami. W końcu tracąc jakąkolwiek nadzieję na odnalezienie wyjścia, trafili na pięknie zdobione wrota. Wysokie na siedem metrów, pokryte reliefami przedstawiającymi smoki walczące z ludźmi, drzwi wyglądały na nienaruszone. Spróbowali je otworzyć, bez rezultatu. - Te drzwi są chronione jakimś starożytnym zaklęciem - stwierdził Marl - niestety nic tu nie poradzę. - Zaklęcie - dupnięcie, te drzwi wyglądają, na robotę krasnoludów, a my nie rzucam zaklęć tylko stosujemy zamki. - To, co proponujesz mistrzu Bane? - spytał cynicznie Marl. - Może spróbuję przebić te drzwi twoją pustą głową! Co ty na to? - BANE! Spokój! Nie czas na sprzeczki, musimy usiąść i poważnie się zastanowić nad tym problemem - rzekł stojący do tej pory przy ścianie Griffin. - Nad czym się tu zastanawiać, trzeba zanaleźć zaklęcie, które otwiera te drzwi i już. - I ty na pewno je znasz tak? - syknął Marl. - Przecież to ty jesteś tu od zaklęć! Ja mogę jedynie powiedzieć ABRACADABRA. Gdy tylko skończył wymawiać ostatnią sylabę, cała komnata zatrzęsła się w posadach a drzwi z przeraźliwym skrzypnięciem otwarły swe skrzydła, ujawniając przed zdębiałymi podróżnikami swe wnętrze. Za progiem znajdował się dobrze oświetlony korytarz powleczony wielokolorową posadzką. Ściany pokryte były takimi samymi glifami o gadzich wzorach. Na końcu korytarz znajdowała się owalna pomieszczenie z pozłacanym ołtarzem na środku, na którym leżała pokryta lekką mgiełką pajęczyny Lanca Smoków. Oniemieli z wrażenia wędrowcy stali wpatrzeni w głąb korytarza jak zahipnotyzowani. Pierwszy odezwał się kapłan. - Czy to nie o tą rzecz wam chodziło! Ruszajmy więc! Griffin jako pierwszy przekroczył próg bramy i ruszył w kierunku ołtarza. Lekki wietrzyk zawodził w korytarzu zwiastując zbliżające się niebezpieczeństwo. - Padnij! - ryknęła Shade Griffin nie myśląc długo rzucił się na ziemię w ostatniej chwili by uniknąć zderzenia z ogromnym wahadłem opadającym ze sklepienia wprost na niego. Ostry ból przeszył ramię Darta. Był jednak zbyt wolny, imponujące ostrze zawadziło o jego bark. Chłopak przewrócił się na plecy i obserwował jak nóż obniża się ku posadzce. - Nie ruszaj się - krzyknęła Shade - skoro to uruchomiłeś to można to też wyłączyć! Shade delikatnym krokiem wzdłuż ściany ruszyła w stronę leżącego Griffina. Obmacując każdy centymetr ściany wreszcie natrafiła na obluzowany segment. Nacisnęła go i w tym samym momencie z przeciwnej ściany wystrzeliły w jej kierunku płonące strzały. Zamknęła oczy czekając na koniec. Śmierć jednak nie nastąpiła, otworzywszy oczy spostrzegła, że strzały utkwiły w wahadle. W momencie, gdy nacisnęła płytkę, ostrzę musiało ją zasłonić blokując drogę strzałom. Odetchnęła z ulgą. - Nie, nie mogę patrzeć jak sami chcecie się pozabijać! - krzyknął Bane przeskakując próg. Oceniwszy sytuację krasnolud wyczekał moment, w którym wahadło zbliżało się w jego kierunku i po prostu na nie wskoczył. Wdrapawszy się na samą górę zawołał do znajdujących się na dole towarzyszy. - Tu jest dźwignia! Pociągnąć ją? Zanim ktoś zdążył odpowiedzieć krasnolud, pociągnął ją na dół. Mechanizm zaskoczył, a wahadło z minutę na minutę spowalniało swoją prędkość, aż wreszcie stanęło. Bane zsunął się na dół i z uśmiechem na twarzy podniósł Griffina z podłogi. Upewniwszy się, że korytarz nie posiada innych pułapek, wszyscy czworo ruszyli w kierunku ołtarza. W komnacie było mroczniej i jakoś dziwnie. Griffin nie zastanawiając się dłużej podniósł Lancę ze stojaka. Była pięknie zdobiona, każdy centymetr był wykonany z największą starannością, na rękojeści znajdował się tekst w nieznanym mu piśmie. Była ciężka i nieporęczna. Dart odwrócił się do towarzyszy i uśmiechnął zadowolony. - Co z nią teraz zrobimy ? - spytał. - Sprzedamy Senatowi i będziemy żyli długo i bogato - żachnął się Bane. - A może po prostu oddacie ją mi! - ryknął w ich kierunku Marl. - Tobie a na co ci ona kapłanie? - odparł krasnolud wciąż się śmiejąc. - Tak mi! Mój Pan, pożąda jej od stuleci. Nikomu nie udało się jej zdobyć aż do teraz! Powtarzam po raz ostatni oddajcie mi ją! - charczał kapłan. - Marl, uspokój się powiedz mi o co ci chodzi. - rzekła Shade. Na twarzy kapłana pojawił się dziwny grymas a z koniuszków palcy wystrzeliły pioruny wprost w klatkę piersiową Shade, odrzucając ją na ścianę za ołtarzem. - Jestem Marl Reek, Kapłan siedemnastego poziomu zakonu Lythrum, władam żywiołakami ognia i ziemi. Myślicie, że sprawiało mi przyjemność granie potulnego kapłana bojącego się własnych goblinów. Oddajcie mi Lance a pozostawię was w tym skarbcu na zawszę w innym przypadku będę musiał was zabić. Mojemu Panu na was nie zależy, mnie także! - Jeśli ją chcesz, to odbierz ją nam! - krzyknął Griffin. - Wasze życzenie! MORTIS OEDIV KALDE..... Niedokończone zaklęcie dudniło w uszach wojowników jeszcze długo po tym jak przeszyte strzałą ciało Marla potoczyło się wzdłuż komnaty. Osłupiali towarzysze wciąż wpatrywali się w zwłoki kapłana, poczym odwrócili się i rzucili okiem na leżącą tam Shade. Była nadal nieprzytomna. - Ale, w takim razie, kto? - Bane nie mógł pojąć tego, co się stało przed chwilą. Griffin, uśmiechnął się pod nosem wyciągając strzałę z głowy trupa, otrząsając ją z resztek mózgu, wskazał ją krasnoludowi. - Tylko jedna osoba w całych krainach używa takich strzał! Wyjdź przyjacielu, poznasz mych towarzyszy. Z cienia po drugiej stronie korytarz wychynęła smukła postać z zasuniętym na twarz kapturem. Powolnym lecz pewnym krokiem ruszyła w stronę Griffina. Okryta była podobnym płaszczem do tego, który posiadał Dart, jego jednak był cały zielony, a na prawym ręku lśniła srebrna bransoleta. U pasa przypięty miał krótki miecz, na plecach zaś długi refleksyjny łuk, podobny do tych, jakimi elfy walczyły podczas Wielkiej Wojny. Na kolczudze błyszczał amulet w kształcie wilczej łapy. Kiedy smuga światła podła na twarz widoczna była długa blizna okalająca prawy policzek. Gdy tajemnicza postać przekraczała próg komnaty Shade powoli dochodziła do siebie. Zauważywszy nieznajomego sięgnęła po swój sejmitiar. - Spokojnie, Shade to mój przyjaciel poznaliśmy się parę lat temu w Hades Bog. - uspokajał Dart. - Tak, i do dziś noszę tą bliznę - odparł nieznajomy - Shade, Wolfie poznajcie Markal`al. El`a łowcę, najemnika i najlepszego łucznika w krainach. - Markal`al. El to są Shade Rook, złodziej, jakich mało i Wolf`s Bane, który zadziwia mnie z dnia na dzień. - Co tu robisz stary druhu ? - Pogadamy jak opuścimy to miejsce - powiedział stanowczo Markal`al. Zabrawszy Lance trójka drużynników ruszyła śladem łowcy, który idąc z przodu prowadził ich ku wiszącej z sufitu linie. Jeden po drugim wspinali się ku zachodzącemu na horyzoncie słońcu.
***
- Więc jak nas znalazłeś? - pytał Griffin, sącząc piwo z cynowego kufla. - Pracuję obecnie dla Lorda Sespisa jest jednym z Senatorów Krain Podległych, obecnie zamieszkuję tutaj w Wall-eye, jutro mamy się z nim spotkać. Szedłem za wami już odkąd opuściliście Maroon. Pilnowałem was w Strasznym Lesie, tak to mnie słyszałaś przed doliną Vortex. - zwrócił się do Shade wpatrzonej w jego twarz - Chciałem was ostrzec przed intencjami Marla, ale mnie ubiegł. Byłem już prawie w waszym obozie, gdy on wraz z odziałem swych orków kierowanym przez kapitana Devail`a Mule`a zaatakował pobliską karawanę paladynów zmierzającą, do Niggard Hall. Później nie miałem najmniejszych szans dostać się do was, gdyż pilnował was za pomocą czarów. Dopiero w ruinach, gdy widziałem, że się rozdzieliliście podążyłem za nim do pobliskiego lasu gdzie czekała na niego dosyć obszerna armia goblinów. Podsłuchałem jak planuje zasadzkę na was. Gdy wszedł do twierdzy wraz z wojskiem, poszukałem innego wejścia i czekałem na rezultaty, wiedziałem, że was nie zabije po potrzebował Lancy. Czekałem wiec tak, do póki nie zniszczył podłogi w sali tronowej. Parę chwil po tym jak spadliście opuściłem się do skarbca i tam już tylko wyczekiwałem odpowiedniej chwili. Resztę już znacie. - A ten Lord Sespis, jaką odgrywa w tym wszystkim rolę ? - dociekał Dart. - Sespis. On jest tylko tak jak już mówiłem, jednym z Senatorów Krain Podległych, ja pełnię funkcję jego ochroniarza. Jedzie do Niggard Hall wynegocjować lepsze warunki dla swych podwładnych, chcę osiągnąć niższe podatki. - No, dobrze. Ale co my mamy z nim wspólnego, przecież sam mówiłeś, że mamy się z nim jutro spotkać. - dołączyła się Shade. - Właśnie do tego zmierzałem. Jak mówił, jego prapradziadek walczył podczas bitwy Bogów, podobno wie cos na temat Lancy Smoków. Chce wam pomóc, to dobry człowiek, ufam mu. - Podczas wojny Bogów?- chrząknął Bane - przecież jak sama nazwa mówi była to wojna między Bogami a Smokami mieszkającymi wtedy w Krainach. Prawda? - To właśnie wyjaśni wam już sam Lord. Po spędzonej spokojnie nocy w niezbyt przytulnej karczmie, wypoczęci i odświeżeni ruszyli na spotkanie w kwaterach senatorskich. Pomieszczenia mieszkalne osób politycznych zdecydowanie bardziej przypominały pałace niżeli pokoje wypoczynkowe. Mijając kolejne pokoje podziwiali oryginalne wystroje i konstrukcje. Wreszcie dotarli do komnaty Lorda Sespisa. Pierwszy wszedł Markal`al. El poczym po chwili wyszedł i zaprosił znajomych do środka. Pokój był obszerny, troszkę w stylu tanarskiego domu rozpusty, ale nikt przecież nie powiedział, że ten burdel jest brzydki. Na środku pokoju stał prostokątny stół otoczony pięcioma krzesłami. Wojownicy rozglądając się po pokoju nie zauważyli jak Lord dołączył do nich. - Robi wrażenie, prawda? Ale ja wolę swoje cztery kąty, z dala od tych wielkich miast - rzekł spokojnie. Widząc zakłopotanie na twarzach gości, uśmiechnął się i wskazał krzesła. - Proszę usiądźcie. Nazywam się Mallard Sespis, ale wszyscy mówią mi Lord Sespis, a i ja sam bardziej preferuje to miano - odparł siadając przy stole. Wyglądał dosyć srogo i poważnie, ale można było w nim zauważyć nutkę pogodności, jego siwe włosy sięgały prawie blatu stołu, a broda sięgała zdecydowanie niżej. Zdawało się, że jego czarne oczy rejestrują każdy ruch w pomieszczeniu. Druciane okulary miał wysoko osadzone na nosie, który jak na tak dostojnego człowieka był kiedyś złamany parokrotnie. - Zaprosiłem was dziś do mnie, gdyż wydaje mi się, że mogę wam pomóc - odparł zza stołu - Słyszałem, że Lanca Smoków została odnaleziona. To dobrze, ale i źle. Bo jeśli Lanca trafi w niepowołane ręce los Krain będzie przesądzony. Broń ta, ma, bowiem ogromną moc tworzenia jak i niszczenia. Najpotężniejsi Magowie po dziś dzień niewiedzą jak po uruchomieniu, okiełznać jej potęgę. Mój prapradziadek brał udział w Wojnie Bogów, niestety jako mięso armatnie używane przez smoki w celach militarnych. Był świadkiem wykucia Lancy Smoków. Jeden z najpotężniejszych wówczas smoków Khtzrakzar zlecił podległym sobie ludom o stworzenie broni, która zapobiegłaby ich zagładzie. Zadania podjął się nie jaki Rupert Siege krasnoludzki kowal. Przez dwadzieścia lat nie wychodził ze swej podziemnej kuźni tworząc broń zagłady. Nie przewidział wtedy jeszcze jak zgubne mogą być jego czyny. Gdy broń była już prawie gotowa, Rupert poprosił Khtzrakzar`a o cząstkę siebie, która tchnęłaby życie w Lance. Khtzrakzar jednak odmówił i zabił Ruperta. Zanim jednak kowal zmarł zdążył zranić smoka. Zaschniętą krew gada wykorzystał syn Ruperta, jako ostatni element oręża. Niestety krew smoka zmieszała się z krwią młodego kowala, krwią żądną pomsty za śmierć ojca. Efekt był odwrotny niż zamierzony Lanca zbuntowała się przeciwko władcy i zaczęła mordować własne legiony. Przerażony Khtzrakzar porzucił ją na polach Shadow Deep, gdzie znalazł ją bóg wojny Rastan. Od tamtej pory szala zwycięstwa przechyliła się na korzyść Bogów, którzy za pomocą Lancy siali popłoch wśród smoków. To dzięki tej broni możemy powiedzieć, że jesteśmy wolnym ludem. Po wojnie Bogowie ukryli Lance w Twierdzy Relish Blaze, gdzie miała być bezpieczna do czasu, aż smoki znów będą podnosić się z klęski. Niestety parę dziesiąt lat później okrutny Lord Drachen, podbił twierdzę Relish Blaze i okrzyknął ją swoją fortecą. Gdy zjednoczone armie... - Tak, tak, tą historię już znamy - bąknął znudzony krasnolud. Wszystkie oczy zwróciły się ku zaskoczonemu reakcją towarzyszy Bane`a. - No, co? - Przepraszam, ale mój przyjaciel jest trochę nieokrzesany - rzucił w jego stronę Griff. - Nie szkodzi, każdy ma prawo wyrazić własne zdanie. A skoro znacie tę część opowiadania, to możemy przejść do pytań - odparł spokojnie Sespis. - Więc, jeśli dobrze zrozumiałem. Lanca nam nie zagraża, ponieważ nie może jej używać żaden śmiertelnik? - rzekł Dart. - Raczej tak, lecz przy dzisiejszej wiedzy magów, jej moc może być uwolniona za pomocą czarów. - W takim razie, należy ją zniszczyć - szepnęła Shade w stronę Griffina. - Za parę dni wybieram się na naradę do Niggard Hall`u, możecie się do mnie przyłączyć, na pewno jest tam ktoś, kto wam pomoże bardziej niż ja. - rzekł starzec wstając od stołu. - Z przyjemnością. - W takim razie jeszcze dziś wyślę swego ochroniarza, aby nas zaanonsował. - kiwnął głową w stronę Markal`al El`a. - Cieszę się, że mogłem wam pomóc. Do zobaczenia wkrótce.
***
Po dwóch tygodniach od opuszczenia Wall-eye drużyna dotarła wreszcie w pobliże Niggard Hall, niestety zmierzchało, a do miasta wpuszczano tylko w dzień. Z przyczyn niezależnych oddział musiał zatrzymać się na odpoczynek i przeczekać tą jedną noc, jeszcze poza murami miasta. Wieczór zapowiadał się bardzo spokojnie, a nic nie przeczuwający śmiałkowie układali się do snu. Prawie świtało, gdy osobliwy szelest obudził z drzemki Shade. Zaspana dziewczyna powoli, przeciągając się na posłaniu otworzyła oczy. Rozejrzała się