Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 15 min czytania

Piętro wyżej - Rozdział II

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział II.

To był zdecydowanie najgorszy miesiąc mojego życia. Mówię to z ręką na sercu. W domu, zachowanie członków rodziny specjalnie się nie zmieniło. Może oprócz tego, że zamiast płaczu weszło dużo więcej milczenia i westchnięć. Nadal babcia i dziadek zamykali się w pokoju, mama zabijała czas spacerując po domu ze wzrokiem tak samo nieobecnym jak moje ciało. Ponieważ częściej uciekałam z domu, niż w nim przebywałam, sama moja obecność była zaszczytem. Nie mówiłam nic, nawet nie myślałam, zakładałam słuchawki i udawałam się na spacery. Początkowo wybierałam tereny raczej bezludne, potem kazałam nogom iść w stronę miasta. Ojciec nie był specjalnie zachwycony moją bezużytecznością. Sam dawał z siebie ile tylko mógł, pracował na dwie zmiany w swoim banku i serce mu się krajało na widok swojej żony, która… cóż, która straciła swoje dziecko. Miał więc pretensje do mnie o to, że mam na tyle siły, żeby spacerować, zamiast się przydać. A chciałam się przydać. Tylko, że jedyną przydatną rzecz jaką byłam w stanie zrobić, to wybiec szybko z klatki, zamykając oczy w momencie, kiedy mijałam chodnik, będący świadkiem tego wydarzenia. Specjalnie nie nazywałam rzeczy po imieniu, tylko koncentrowałam się na używaniu zaimków, co uśmierzało ból. Może nie w stu procentach, ale było mi odrobinę lżej. Oczywiście lusterka omijałam szerokim łukiem, z tego względu, że w dalszym ciągu nie wiedziałam siebie, tylko ją. Pewnie dlatego, że byłam smutna. Tak samo smutna jak ona dzień w dzień. Czy mogła osiągnąć poziom jeszcze większego załamania? Jeśli tak, dlaczego się tym nie podzieliła? O rany. Przecież ona nigdy nie dzieliła się swoimi uczuciami. Zawsze ja to robiłam. Ona był tylko słuchaczem. Znowu zachciało mi się płakać. Przemierzałam właśnie ciemne ulice w poszukiwaniu bliżej nieokreślonego celu. W uszach ciężki rock, ręce w kieszeniach, uśmiech zostawiłam dawno za sobą. Przy takim brzmieniu miałam większe trudności ze skupieniem się na własnych myślach, wiec zawzięcie wsłuchiwałam się w ten gatunek muzyki. Byłam więcej niż pewna że cierpię na nerwice natręctw. Kiedy słyszałam za sobą kroki bezceremonialnie odwracałam głowę, przyspieszałam i sklejałam myśli dochodząc do wniosku, że to bez sensu. W ogóle, wszystko straciło sens. To, że byłam jedną z najpopularniejszych dziewczyn w szkole, mimo, że nie grzeszyłam dobrymi ocenami, straciło sens. To, że byłam bardziej fajtłapą niż modelką, a byłam akceptowana też straciło sens. Prawda była taka, że potrafiłam się potknąć nawet na prostej drodze przy sprzyjających warunkach atmosferycznych. Naprawdę, nie mogłam sobie tego przetłumaczyć, jak to się dzieje, że oni wszyscy tego nie widzą. Tego, że mam zaburzoną koordynacje ruchową. Brzmiało to jak diagnoza najbardziej niedorobionego psa myśliwskiego, ale było prawdą. To, że mieliśmy kasę też straciło sens. Powinnam być najszczęśliwszą dziewczyną na całym świecie, bo miałam praktycznie wszystko. Nawet to, że mogłam mieć każdego. Facetów miałam na wyciągniecie ręki, mimo moich wielkich zdolności siania spustoszenia wszędzie tam, gdzie nie było ono potrzebne. Mogłam wybierać, przebierać i wymieniać, a mimo to… Nie widziałam sensu. Praktycznie razem z duszą mojej kochanej siostry bliźniaczki, odeszła większa część mnie. Nie byłam pewna, jak długo trauma będzie się mnie trzymać. Podejrzewałam, że spacery przy dobrych wiatrach skończą się wraz z rokiem szkolnym. Chociaż wiedziałam, że na dniach będę wysłana do mojej budy, samo myślenie o tym odwlekałam w nieskończoność. Moje nogi posłusznie szły przed siebie, w rytm perkusji. Beznamiętnie przełączałam piosenki, akordy gitary wbijały mi się w bębenki, a w mojej głowie robiło się spokojniej. Skręciłam w najbardziej zaludnioną uliczkę na mojej trasie. Chciałam sobie zrobić krótki spacerek przez park, który znajdował się dwieście metrów dalej i usiąść na ławce. Prawdopodobieństwo, że spotkam kogoś ze znajomych wynosiło dokładnie zero. Niebo było kusząco szare, zabiegani ludzie zbyt zajęci powrotem do domu, żeby zwracać uwagę na zwykłą dziewczynę błąkającą się ulicami miasteczka. Godziny popołudniowe zdecydowanie sprzyjały mojemu rozdarciu wewnętrznemu. Dlaczego ona skoczyła, siedziało mi w głowie. Wyłączyłam odtwarzacz. Dlaczego usiadła na ten przeklęty parapet i zsunęła się po nim jak na sankach? Czy ona w ogóle, wie jak my tu cierpimy? Czy zdaje sobie z tego sprawę, że przez jej wybryk Renata odchodzi od zmysłów i ja tylko czekam na to, aż zrobi coś durnego? Czy ona naprawdę nie wie, że nasza matka jest zdolna w tym momencie do skosów z bungie, tylko dlatego, że jej córka skoczyła z okna? Tylko… DLACZEGO SKOCZYŁA? Zawsze miała problemy. Dla niej, problem a zarazem punktem odniesienia we wszelkich aspektach życiowych mogło być zarysowanie na miseczce po płatkach. Mogłaby to przeżywać w nieskończoność i jeszcze odnosić się do tego w razie innych wypadków. Była pamiętliwa, oj tak. Pamiętała coś, co zrobiłam pięć lat temu i było to tak samo istotne jak fakt, że w tamtym roku spadł śnieg. Jednocześnie była wyrozumiała dla mnie i Renaty. Przymykała oko na to, co robiłyśmy. Dla ojca nie, ojca nigdy i tak nie było w domu, chociaż obie wiedziałyśmy, że nas kocha. Wprawdzie pokazywał to tylko przez prezenty, jakie od niego dostawałyśmy, ale trzeba przyznać, był to jednak dowód miłości. Renata z kolei wiecznie żyła w swoim małym świecie i miała swoje zabawki. W jej możliwościach było miedzy innymi uprowadzenie nas ze szkoły, pod pretekstem wyprzedaży w jej ulubionym sklepie. Była tak samo szalona, jak ojciec pracowity. Nie pasowali do siebie ni w ząb, a jednak są razem. Nie wiem jak to jest, że ludzie dobierają się w pary, choć zupełnie się nie rozumieją. Kiedyś gdzieś coś słyszałam o połówkach jabłka, czy pomarańczy… Ale miało to się nijak do związku moich rodziców. To było wręcz niepojęte, jak oni mogli spłodzić nas dwie za jednym zamachem, skoro jednego dnia się nienawidzili, a drugiego kochali jak para nastolatków. Już nie mówię o tym, że nastroje i uczucia wobec siebie zmieniały im się co pół godziny. Musiała to być gigantyczna niespodzianka dla nich obojga, kiedy test ciążowy okazał się pozytywny a wizyta u ginekologa potwierdziła nie dość, że jednego potomka, to jeszcze jego klona. Wyobrażałam sobie minę mojej mamy, kiedy otrzymała tą informację. Mogę się założyć, że powiedziała coś w stylu: „Czy to nie pomyłka? Ja nie mam czasu na jedno dziecko a co dopiero na dwójkę!” Nie mniej jednak, pokochała nas obie, od pierwszego wejrzenia, 23 marca. Osiemnaście lat temu. Wyglądałyśmy jak dwie duże dżdżownice, lekko owłosione na czubkach głów. Oczy od zawsze miałyśmy kryształowo szare. To znaczy, z czasem zaczęły przybierać odcień zielony. Wiem to z opowiadań babci, która z resztą też naszym przybyciem nie była zachwycona. Nie wiem na czym to polegało, bo zawsze ktoś urywał temat, wiem tyle, że po naszych narodzinach wszystkim spadły klapki z oczu. Od małego byłyśmy traktowane jak księżniczki, ubrane w różowe falbaniaste suknie i kokardy we włosach. Aktualnie się tym brzydziłam,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%