zbrodnia · 16 min czytania
Piwnica
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
PIWNICA
- Proszę się pospieszyć! – krzyczy młody mężczyzna, wymachując odznaką i nerwowo pociągając mnie za rękę. – Nie mamy czasu. Kto do nas dzwonił? - Ja. – odpowiadam pokornie zmienionym głosem. - Ile masz lat? - Niewiele. - Zresztą, nieważne. Proszę prowadzić – sili się na uprzejmość, ale wyczuwam dziwną wrogość w jego tonie. - Nie mam butów! – krzyczę, kiedy prowadzą mnie na trawnik. Moje bose stopy tak dawno nie dotykały miękkiej trawy, że wszystkie wspomnienia z tym związane wyparowały. Jej źdźbła łaskoczą mnie teraz delikatnie między palcami, przez co nie wiem, czy drżę z zimna, czy z radości. Wracają do mnie obrazy minionych chwil, jak wtedy, gdy nad Wisłą, zupełnie boso wiatr niósł mnie zielonym i miękkim brzegiem. Słońce wisiało nad lasem, rozsiewając swe promienie, które wbiwszy się w ziemię, wyrastały z niej złocistym pokłosiem. I było radośnie, tak pięknie i barwnie. Do czasu, gdy przeskakując nad kolejną gęstą kępą krzewów, mym oczom ukazały się zmaltretowane zwłoki młodego kleryka. Jego zbolała twarz była sina, a nad miejscem unosił się zapach rozkładającego się ciała. - To nic – odpowiada mężczyzna, przecinając sieć moich wspomnień. - Proszę tylko uważać, jest ślisko – dodaje. W tej chwili rozciąga się przede mną niewielkie podwórko. Deszcz siąpi delikatnie, niczym ogrodowy zraszacz i przychodzi mi na myśl tylko to, że niebawem wszystko zacznie się zmieniać. Jego mrukliwy towarzysz nie odzywa się nawet słowem. Ma nieprzyjemny wyraz twarzy i źle patrzy mu z oczu. O, z pewnością byłby zdolny do przemocy, do zadania bólu. - Uważam – odpowiadam, szurając bosą stopą po mokrej trawie. - Jestem starszy aspirant Mruś, a to sierżant Barnaba – przedstawia się w końcu. - Przyjęliśmy twoje zgłoszenie, bo znajdowaliśmy się w okolicy. Zechcesz nam opowiedzieć, co się stało? - Sami panowie zobaczą – odpowiadam, czując jak obawy, wewnątrz mnie, szarpią się coraz gwałtowniej. Starszy aspirant kiwa głową w geście milczącej akceptacji, a jego mrukliwy towarzysz uśmiecha się dyskretnie. Z każdym krokiem moje serce bije coraz gwałtowniej. Nierówno, jakby oszalałe z głośnym łomotem obija się o żebra. - To tutaj? – pyta Mruś patrząc na drewniane drzwi. - Ta… - głos urywa mi się w pół słowie. Sierżant Barnaba wolnym krokiem zbliża się do drzwi i delikatnie je uchyla. Jego szerokie plecy zasłaniają całe przejście i trudno jest mi odgadnąć, co próbuje zrobić. Po chwili odwraca się w stronę swojego towarzysza, niechętnie kręcąc głową. - Cholera, ciemno tam. Światło nie działa, masz latarkę? - Włącznik na dole działa – wtrącam się w ich rozmowę. - Ale po tych schodach po ciemku to raczej nie zejdziemy. „Sarkastyczny mięśniak” – myślę i przyglądam mu się z nieco większym zainteresowaniem. - Mam – przerywa nam Mruś, podając koledze kieszonkową latarkę. – Trzymaj. Idź pierwszy. Znaczący uśmiech szpeci kwadratową szczękę Barnaby. Ten grymas zdaje się mówić, że nie pierwszy raz posyłają go na pierwszy ogień. Otwiera drzwi na oścież i podpiera je starymi grabiami. - To ja tu poczekam – oznajmiam, kiedy mężczyźni stają już w progu. – Jak zjawią się wasi koledzy, to ich przyprowadzę. - Proszę nie wygadywać głupstw, nie wiemy, gdzie jest zbieg. Z nami będzie bezpieczniej. Jego głos jest głęboki, brzmi spokojnie i równo – kojąco. Ciężko odmówić czegokolwiek ludziom z tak silnym głosem. - Chodź… - zwraca się do mnie ponownie. – Chodź, nie bój się. Wyciągnięta ręka zastyga w powietrzu i skraca dzielącą nas przestrzeń. - Mam znowu tam wejść? - Tak, nie masz się czego bać – zapewnia. Małe oczka Barnaby czujnie obserwują każdy nasz ruch. Nerwowo przestępuje z nogi na nogę jakby zniecierpliwiony tą zbędną gadaniną. - Ruszajmy się – pogania nas w końcu. - Słyszysz? Niecierpliwi się, lepiej byśmy nie kazali mu czekać… Chodź. Przepełnia mnie niezdecydowanie, ale moje nogi samoistnie postępują do przodu. Niesie je jakieś przeczucie, coś, czego nie potrafię ująć w słowa. Kiwam głową na Mrusia, by szedł przede mną, jednocześnie ignorując wyciągniętą dłoń. Sierżant, ze słabo świecącą latarką w dłoni postępuję pierwszy, z każdym schodem dobiega mnie jego głośne, jak miech, sapanie. Starszy aspirant jest niemal przy mnie, na wyciągnięcie ręki, milczący, skupiony, czujny. Na końcu — ja. Przekroczywszy próg drzwi prowadzących do starej piwnicy, widzę jak resztki szarego światła, ześlizgują się po bielonych cegłach i kilku schodach, gdy cała reszta niknie w mroku. Niekończący się cień rozciąga przed nami podwoje i milczącym zaproszeniem kusi w swe ramiona. Brniemy w nie, powoli zstępując na niższe stopnie, które od czasu do czasu manifestują swą obecność głośnym skrzypnięciem. W powietrzu unosi się zapach stęchlizny, pleśni i rozgrzanego metalu, którego smak wyczuwam na języku. Nie czuję już dłoni i stóp, które skostniały tak bardzo, że tracę nad nimi kontrolę. Wzdłuż mojej twarzy i kręgosłupa spływa kilka kropel, które wyraźnie znaczą swój ślad. Włosy na karku zjeżyły się już jakiś czas temu i teraz boleśnie, wplątują się w sweter, który mam na sobie. Takt dla moich stóp wybija hałasujące serce. Nie mogę powstrzymać dreszczu, który co raz wstrząsa moim ciałem, wyrywając z niego głośne westchnienia. Mam wrażenie, że kurczę się w sobie, że zgubię się wśród pustki, która mną zawładnęła. Oddycham coraz ciężej, coraz boleśniej. Widmo krzyku pojawia się na moich ustach, wyczuwam już początkowe drżenie krtani, które może wyrwać ze mnie ten zwierzęcy jęk rozpaczy. Coraz chwiejniej i mniej pewnie patrzę przed siebie, a to wszystko na samą myśl o tym, że znowu to zobaczę. Łapię się poręczy, by nie upaść, policzkiem obcierając o nagą ścianę. - Coś tu jest… Gdzie ten cholerny włącznik? – dochodzi mnie głos Barnaby. - Słyszysz? - Je… to... tam… - nie mogę wykrzesać z siebie słów. - Spokojnie… - dłoń Mrusia spoczywa na moim ramieniu. Wyobrażam sobie, że patrzy na mnie tym swoim cielęcym spojrzeniem, które ma dodać mi odwagi. Nie mogę jednak go dostrzec, jest zbyt ciemno. Ostatkiem sił przywołuję się do względnego porządku. - Przy końcu schodów – stękam zmienionym głosem. Przez chwilę wielka ręka draba z głośnym szuraniem wędruje po ścianie. - Jest! – słyszę jego radosny okrzyk, który zamiera w tym samym momencie. Po cichym kliknięciu światło spływa równym, kolistym snopem, na środek piwnicy. Naga żarówka na białym kablu zwisa z sufitu, kołysząc się lekko w przeciągu. Losowo porzucone pudła, skrzynie i regały rzucają fantasmagoryczne cienie, które pełzają po ziemi i ścianach, jakby próbowały ukryć się przed światłem. - Mruś, pospiesz się! Spójrz na to! – Wykrzykuję Barnaba i zdaje mi się, że słyszę w jego głosie nutkę podniecenia. - Kurwa… Oboje stoją już na dole i po ich nietęgich minach widzę, że nie tego się spodziewali. Ich oczy są szeroko otwarte, a oddechy płytkie i nierówne. - Ostrożnie! – zwraca się do mnie Mruś, niepewnie wyciągając ręce w moją stronę. – Co tu się do cholery stało? Wzruszam ramionami, próbując zamknąć oczy. Nie chcę patrzeć na ciało rozciągnięte u podnóża schodów. Półnagie zwłoki młodej kobiety spoczywają na betonowej posadzce. Na jej rozciągnięte ramiona spływają polepione krwią rudawe włosy. Na moje szczęście, jej twarz zwrócona jest w stronę dwóch policjantów. Skóra na plecach jest rozcięta. Nierówna i poszarpana rana wygląda, tak jakby ofiara żyła jeszcze, kiedy oprawca dokonywał swego dzieła. - Zejdź do nas… - słyszę słaby głos młodego mężczyzny. – Tylko ostrożnie nie nadepnij na nic. Zstępuję dwa stopnie niżej i kątem oka widzę jak biała, niemal mleczna, jest jej skóra. Staram się wziąć wielki krok, ale