Psychologia · 5 min czytania
Plac Pigalle
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Patrząc przez smagane deszczem biurowe okno, zastanawiała się, skąd tak błyskotliwa nazwa dla osiedlowego skweru. Odkąd sięga pamięcią, porastały go zwykle drobne, pospolite krzewy. Tu i ówdzie, jakby sadzone ręką szalonego ogrodnika, majaczyły brzozy w towarzystwie wierzb. Po prawej stronie, tuż przy chodniku, wyznaczając jego granicę, wznosiły się majestatyczne topole. Lewą natomiast, uzurpował sobie stary świerk, pochylony jakby w geście ukłonu, dla zrzeszonej tu elity. Nawet jeśli bezskutecznym byłoby szukanie tu choćby cienia kasztanu, osiedlowa wersja placu Pigalle poszczycić się mogła równie doborowym towarzystwem jak jego oryginał. Błękitna krew. Jej posiadanie było jedynym warunkiem członkostwa. Pomyliłby się jednak ten, który szukałby u jej podstaw szlachetnych korzeni. Kolor krwi nadawał wodny roztwór alkoholu etylowego. Skwer, który zwykle tętnił życiem, dziś jakby zamarł. Aura nigdy nie robiła wrażenia na jego bywalcach. Co więc dziś było przyczyną, niemal natrętnej, ciszy? Helen. Była jedną z dwóch znanych jej kobiet, które na stałe wtopiły się w krajobraz placu Pigalle. Dziś niemal z sentymentalnym uśmiechem wracała, do porannych deklaracji Helen. Co mogło je łączyć? Płatna miłość – pomyślała z rozbawieniem. Niemal każdego dnia, tuż przed godziną 7.00, gdy otwierała drzwi biura, jak kubeł zimnej wody, dochodziły ją krzyki Helen: - Jak ja cię kocham, moje ty słoneczko! Otwierając drzwi biura, odpowiadała zwykle: - Dzień dobry pani Heleno. Wiem jak głębokim darzy mnie pani uczuciem. Zastanawiam się tylko, dlaczego musi o tym wiedzieć pół zaspanego osiedla? Na to Helen wciąż jeszcze podniesionym głosem, ale już jakby nie do niej, dodawała - - To takie dobre dziecko... Ostatnie słowa nie były bez znaczenia. Podświadomie dawały prawo, by pożyczyć „dychę na bełta”. Pożyczyłaby i bez wyznawania miłości. Zapewne i Helen o tym wiedziała. Miała jednak tę subtelną wrażliwość, która nakazywała prośbę o pożyczkę poprzedzić spektakularnym wstępem. Chwile, w których bywała trzeźwa należały do nielicznych. Gdy nie piła – płakała. Piła więc, bu utopić w alkoholu troski. Z marnym zresztą skutkiem. Gdy wypiła zbyt wiele, alkohol zwracała pod postacią łez. Łzy na trzeźwo i te zakrapiane alkoholem różniły się jedynie stopniem zabarwienia i znieczulenia. W obu jednak…