Fantastyka · 8 min czytania
"Płacząca"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Długi podziemny korytarz ciągnął się niczym wąż o nieskończonej długości wokół murów zamczyska van Doyle’ów. Nie pamiętałem, jakim sposobem się tu znalazłem. Nie miałem pojęcia którędy wszedłem do tej tajemnej konstrukcji. Mym ostatnim wspomnieniem była chęć poznania sekretów rodziny van Doyle’ów, w szczególności tajemnicy błękitnookiej Lavinii. Wszystko zaczęło się miesiąc temu. Poznałem ją w naprawdę dziwnych okolicznościach. Była noc, a ja wedle zwyczaju, udałem się na długi spacer w celach zdrowotnych. Zaraz po wyjściu z domu, również rutynowo, spojrzałem w niebo. Księżyc w pełni zdobił je w całej swej okazałości. Był to imponujący widok. Podziwiałem go jeszcze chwilę i ruszyłem dalej. Tego dnia, a właściwie nocy, nogi poniosły mnie prosto do maleńkiego parku na obrzeżach miasteczka. Rzadko kto odwiedzał to miejsce. Wśród miejscowych chodziły plotki, iż jest ono nawiedzone. Osobiście starałem się unikać parku jak ognia, lecz wtedy przyciągał mnie do siebie niczym magnes. Niespodziewanie ujrzałem wśród wysokich drzew drobną kobiecą postać. Stała obrócona do mnie plecami. Jej ramiona drżały a mlecznobiałe włosy, spływające aż do ziemi, unosił podmuch jesiennego wiatru. Podszedłem bliżej. Zauważyłem, iż ukryła twarz w dłoniach. -Czy coś się stało?- zapytałem półszeptem. Nie chciałem jej wystraszyć, lecz ona drgnęła przerażona. Przez chwilę wydawało mi się, że zaraz ucieknie. - Niech się pani nie boi- zacząłem mówić pośpiesznie, by ją zatrzymać.- Chciałem jedynie sprawdzić, czy nie potrzeba pomocy. Wreszcie eteryczna postać odwróciła się. Światło księżyca oświetlało ją jak reflektor. Ujrzałem jej piękną twarz o anielskich rysach. Mogła być moją rówieśniczką, wyglądała na zaledwie osiemnaście lat. Nagle zaczęły docierać do mnie kolejne szczegóły. Łzy płynące po jej alabastrowych policzkach i przede wszystkim mnóstwo krwi pokrywającej jej usta i sięgającą ziemi suknie oraz kapiącej z jej małych dłoni. Nie to przykuwało jednakże największą uwagę, lecz nieziemskie oczy, w odcieniu opalizującego błękitu, emanujące światłem rozpraszającym mrok. Nie uciekłem, nie krzyczałem, nie wezwałem policji. Po prostu otuliłem jej drżące ramiona swą kurtką i otarłem jej łzy. Dziewczyna stała zaskoczona całą sytuacją. W tej chwili nie miało dla mnie znaczenia, czy jest ona morderczynią, a może należy do jakiejś psychopatycznej sekty. Po prostu chciałem jej pomóc. Tajemnicza nieznajoma patrzyła na mnie z mieszaniną wdzięczności i szacunku. Wydawała się taka niewinna i bezbronna. - Nie boisz się mnie?- zapytała głosem tak dźwięcznym, jak miliony słowików. Mówiła z akcentem rodem z epoki sprzed 100 lat. Dreszcz przeszedł po moim ciele lecz starałem się zapanować nad strachem. - Może odrobinę- odrzekłem zgodnie z prawdą. -Więc dlaczego mi pomagasz?- zaciekawiła się nieznajoma. Była pełna podziwu dla mojej szczerości. -Właściwie to nie wiem. Po prostu czuję, że nie mogę cię tak zostawić. -Na imię mam Lavinia- powiedziała jedynie, a w kącikach jej ust zamajaczył delikatny uśmiech. -Adam- przedstawiłem się.- Mógłbym odprowadzić cię do domu?- zaproponowałem. Po chwili namysłu skinęła niepewnie głową. Stwierdziła, że mnie poprowadzi. Ostrzegła również, że nigdy nie wolno mi wejść do jej domu. W innym wypadku zdziwiłbym się takimi słowami, może nawet coś podejrzewał, lecz w ustach Lavinii wszystko brzmiało właściwie. - Ile masz lat?- zapytała po pewnym czasie. - Osiemnaście. A ty? -Więcej niż się spodziewasz- szepnęła. Nie dociekałem. Resztę drogi szliśmy prawie nie rozmawiając. Dziewczyna nuciła nieznaną mi melodię. Brzmiała ona jakoś magicznie. Chciałem zapytać o tytuł, ale nie miałem odwagi jej przerwać. -Dalej nie możesz iść ze mną…