Psychologia · 8 min czytania
Plakat o agresji
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Szara ulica. Po obu stronach dziurawej jezdni rzędy brudnych, dawno nie odnawianych kamienic. Stare, drewniane okiennice z czasów RPL-u. Biała farba odłazi od ram i razem z tynkiem ląduje na zardzewiałych parapetach. Drzwi każdego budynku szczelnie zamknięte starymi zamkami nie zapewniającymi takiego bezpieczeństwa jak nowoczesne urządzenia antywłamaniowe. Każdy następny budynek przedstawia jeszcze większy obraz nędzy i rozpaczy. Wszystko zachowane z najróżniejszych odcieniach szarości i brązu, bez jakichkolwiek innych elementów kolorystycznych, jakby ludzie mieszkający na tej ulicy bali się, że innym kolorem przykują niechcianą uwagę i zachęcą rabusiów do napadu na ich już i tak nędznie urządzone mieszkania. Ciemne chmury wiszą nad dachami kamienic, jakby wszystkie naraz zebrały się w tym jednym miejscu grożąc mu nagłym, zimnym deszczem. Przez prostą ulicę nie przechodzą żadni ludzie. Chodniki świecą pustką. Nie ma żywej duszy. Zupełnie, jakby ludzie bali się wychylić głowy zza cichych progów swoich obskurnych mieszkań. Jedynym objawem życia jest wycie syren straży pożarnej, która jedzie w całkiem inny koniec miasta, by ratować czyjeś życie. O tym miejscu pamiętają jedynie jego mieszkańcy, którzy i tak chcą stąd zwiać jak najszybciej.
W miejscu, gdzie od drogi odchodzi wąska uliczka kończąca się zaułkiem, gdzieś, między brudnymi ścianami bloków, na krzywym chodniku stoi szeroki słup informacyjny. Obklejony starymi plakatami i żółtymi ogłoszeniami o poszukiwaniu pracy dawno nie był przez nikogo czytany. Kiedyś kolorowe afisze straciły swoje kolory zlewając się z szarą rzeczywistością. Wśród wypłowiałych reklam odbija się jeszcze nie do końca zmytymi barwami jeden plakat. Przedstawia parę splecionych w uścisku rąk. Blade dłonie odbijają się na zielonym tle. Nad rysunkiem pyszni się biały napis: „Wszyscy kochajmy się!”.
Mały chłopiec zadarł do góry głowę i przesylabizował napis na głos, ukazując szczerbę między zębami. Obejrzał uważnie cały afisz. Nagle podskoczył jak oparzony odwracając szybko głowę w stronę ciemniejącej przed nim uliczki wijącej się między budynkami mieszkalnymi. Na samym jej końcu dwójka wysokich, rosłych chłopaków wyżywała się na wątłej kobiecie. Jeden z wyrostków wysypał na chodnik zawartość jej torebki a drugi popychał ją na ścianę i wyzywał od suk. Bił ją po twarzy i bez opamiętania kopał po nogach. W końcu te ugięły się pod umęczoną panią i kobieta runęła z krzykiem na ziemię. Chłopak z dzikim obrazem zadowolenia na twarzy wymierzył jej kopnięcie w brzuch. Pierwszy z nich, ten przeszukujący torebkę, wyciągnął z portfela dwadzieścia złotych. Zmiął łup w swoich wielkich łapskach, skinął głową na towarzysza i ruszył wraz z nim biegiem do wyloty uliczki. Mały chłopiec skoczył ze olbrzymi, zgniłozielony pojemnik na śmieci. Dysząc ciężko podkulił nogi pod brodę i schował głowę między kolana. Modlił się do Boga, by ci obrzydliwi bandyci go nie znaleźli. Poczuł szarpnięcie za starą kurtkę, gdy ktoś go podniósł jednym ruchem do góry. Jego modlitwy nie zostały wysłuchane.
*
Park w centrum miasta. Zadbane uliczki zbiegają się w sam środek zielonych płuc miasta spotykając się na wielkim, obstawionym przez ławki placu. Na jego środku stoi kolorowa fontanna. Tryska wesoło błękitną, czystą wodą dając ukojenie spragnionym ptakom i ochłodę zmęczonym przechodniom. Dookoła rosną potężne, wiekowe drzewa. Rozpościerają swoje majestatyczne gałęzie na tle zachmurzonego nieba. Ciężkie chmury wiszą nad czyściutkim, zadbanym parkiem zupełnie odcinając się od idealnie zachowanego miejsca spotkań wielu ludzi. Nie pasowały one do doskonałego, kolorowego i…