fantastyka · 8 min czytania
Planeta
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}P L A N E T A{/b}
Turbulencje poczuliśmy tuż po wejściu w atmosferę. Zaczęło nami rzucać na wszystkie strony, jakby prom wszedł w sam środek burzy przetaczającej się nad powierzchnią ZIN/C-755.33.12/45a/3. My nazywaliśmy ją po prostu Planetą. Silniki korekcyjne zawyły w proteście, starając się wyrównać lot. Po kilku minutach wstrząsy ustąpiły i znów towarzyszył nam tylko szum napędu. Osłony iluminatorów otworzyły się i mogliśmy wreszcie zobaczyć ciemną równinę, do której zbliżaliśmy się z zawrotną prędkością. Planeta z powietrza bardzo przypominała naszą. Prawie trzy czwarte jej powierzchni pokrywała woda, reszta rozkładała się na kilka kontynentów. Jedynym mankamentem było wysokie promieniowanie radioaktywne, ale z tym bez problemu poradzą sobie nasze skafandry. Nasz zespół wysłano na powierzchnię jako pierwszy. Zadanie mieliśmy proste: zbadać, czy znajdują się tam zagrażające nam formy życia, założenie bazy operacyjnej oraz ściągnięcie na dół maszyn do ekoformingu. Roboty wysłane na Planetę wcześniej, przekazały obrazy spustoszałych połaci lądu i niewiele ponad to. Nie było tam zbyt wiele roślinności. Na jednym z kontynentów zachowało się coś, co wyglądało jak pozostałości po ogromnej puszczy. Oprócz tego tylko wypalone, jałowe połacie ziemi. Roboty odnalazły również pozostałości dziwnych konstrukcji, które nie wyglądały na naturalne twory. Planeta miała wiec swoich mieszkańców. Pozostawało pytanie czy wciąż tam byli, a jeśli tak, to czy są niebezpieczni. Zbieranie informacji o tubylcach należało do ekipy naukowców, która miała dolecieć do nas i zainstalować się, jak tylko lądowniki rozstawią pomieszczenia bazy. Później dotrą okręty z kolonistami i zaczniemy nowe życie. To było jedyne, co nam pozostało – dwa statki kolonizacyjne i kilka myśliwców. Kiedy nasz świat uległ zagładzie, ci, którzy przeżyli byli pewni, że to koniec naszej egzystencji. Co prawda sami do tego doprowadziliśmy. Ciągnące się od wieków konflikty wyniszczyły naszą cywilizację. Zanieczyszczenie środowiska (będące skutkiem intensywnego rozwoju technologicznego) tak zniszczyło klimat, że większą część lądów zalały wody topniejących lodowców. Ostatecznym ciosem było wyczerpanie się zasobów naturalnych planety. Wtedy zaczął się okres Wojen Energetycznych. Mieliśmy już statki międzygwiezdne i technologię potrzebną do skolonizowania nowych światów, ale był to projekt w powijakach. Dwa statki-miasta z kolonistami i przydzielona im do ochrony część floty czekały cierpliwie na orbicie na rozkazy. Niestety, te nigdy nie nadeszły. Do załóg okrętów dotarło, że to koniec, kiedy urwała się nagle wszelka łączność z planetą, a jej powierzchnię pokryły rozbłyski wybuchów jądrowych. W przeciągu kilku godzin wszystko, co znaliśmy, uległo unicestwieniu. Ci, którzy pozostali postanowili wysłać w przestrzeń sondy w poszukiwaniu nadających się do zamieszkania światów. Minęły dziesiątki lat, zanim jeden z robotów przesłał dane, które tchnęły nadzieję w nasze serca i wywołały falę ożywienia na statkach, czekających cierpliwie w układzie. W tym czasie zdążyło dorosnąć kolejne pokolenie kolonistów. Okręty czerpały energię bezpośrednio z gwiazdy oświetlającej zgliszcza rodzimej planety. Zamknięty recykling dostarczał materiałów potrzebnych do życia, a syntetyczna żywność smakowała niemal tak samo, jak prawdziwa. Byłem tam, gdy nadszedł raport. ZIN/C-755.33.12/45a/3. Ten ciąg znaków oznaczał dla nas nowe życie. Statki ruszyły swe wielkie cielska i skierowały się na obrzeza systemu, żeby wejść w nadświetlną i rozpocząć lot w stronę odkrytej planety. Myśliwce i mniejsze jednostki inżynieryjne wyruszyły szybciej, w celu przygotowania powierzchni do zamieszkania. I oto jesteśmy. Schodzimy do lądowania, a Planeta zbliża się w zastraszającym tempie. Poczuliśmy nagłe szarpniecie, kiedy włączyły się silniki hamujące i zaczęliśmy wytracać prędkość. W końcu prom osiadł na powierzchni. Czujniki przez chwilę zbierały…