Psychologia · 18 min czytania
Plastelinowy Ludzik
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zrywając niechlujnie banderolę powrócił myślami do pamiętnych rozmów, które przeprowadzał z nią upity czerwonym winem. W jakimś niegdyś, gdzieś tam, były one bezkresnym niebem, na którym ptaki ich codzienności rozprostowywały swe skrzydła. Cechowała je dziwna nieokreśloność, mimo to zasypiali z przekonaniem, że świat plastikowych zabawek nie zagościł w nich nawet na chwilę. Nie wiedział dokładnie, na ilu pomnikach byłych związków znajdowały się jego inicjały. Zgadłby natomiast z łatwością, zamieszczone w cudzysłowie meritum upadków: -Wypełniały go uczucia prowadzące do absolutnego serwilizmu. Szczęście to szukanie go dla innych plastelinowy ludziku-. Jednak bycie przy Niej, wykraczało poza wszelkie cytaty. Pokazała mu jak balansować bez zachwiań na linie własnego ego. Pomogła mu zrozumieć kim jest, a co ważniejsze, kim był. Gdy odeszła, odległość między otaczającym go światem a zapomnieniem, skurczyła się do długości jego ramienia. Ściskając butelkę absyntu, uśmiechnął się do zniekształconego w oknie odbicia. Mózgowa impotencja - upragniony ląd, gdzie gatunek niepożądanych myśli nie występuje w naturze. Pragnął tam dotrzeć i pozostać; drogę już znał, obawiał się jedynie trupiobladych poranków, gdyż wiedział, że sumienie potrafi być skutecznym zabójcą... Uformowany przedwcześnie przez sędziwe palce losu, mieszkał w przypominającej dziuplę starego drzewa mansardowej kawalerce, w której odchodząca ze ścian farba była wskazówką czasu, tykającym bezszelestnie wahadełkiem ciągłego rozkwitu i przemijania ludzkich historii. Studwudziestoletnia kamienica skrywała życie kilku pokoleń i tu także zapętliła się jego historia. Pierwszy raz zobaczył ją, gdy odganiała się od bezrękiego kloszarda niedaleko gwarnego rynku o trzynastu kwiaciarniach. Nie wyglądała jakby potrzebowała pomocy, mimo to, okazja do zgrabnego wtopienia się w sytuacje, wydawała się wyborna. Nie chciał podejść, tak jak nie podchodził nigdy wcześniej i później do kobiet, z którymi w snach spacerował za rękę. Osadzony przez nieśmiałość w przygraniczności ich tras, przebywał tam niczym skazaniec w więzieniu, którego ściany były nieprzekraczalnym horyzontem. Gdy patrzył, drżąca ręka tuż nad nim porzuciła niedopałek, który spadłszy obok niego, zostawił za sobą zaspokojonego właściciela. Zauważył, że ponad nim ze zgniłozielono-żółtych okiennic wychylały się zaciekawione, szukające tematów do plotek, srebrnowłose staruszki. Jedna z nich zrobiła gest ręką w stronę dziewczyny, szturchając go piętnem świadków, niczym suka popychająca nosem słabego szczeniaka. Stratowany niemal przez tłum myśli, wykonał pierwszy krok, a potem drugi i trzeci, przekraczając oddzielającą dwie pory roku granicę kwietniowego cienia. Niedługo po jej pierwszym dotyku odkrył z rozkoszą, że zapach nie obawia się nieśmiertelności. Człowiek, niespodziewanie otulony wonią wspomnienia, jest w stanie zobaczyć przez ułamek sekundy kadr z filmu autobiograficznego, którego premiera odbędzie się, gdy śmierć przedrze ostatni bilet. Może to być zapach cienia rzucanego przez pnącza winogron, drewna z kościelnych ławek lub przedszkolnej zupy mlecznej, serwowanej wraz z ulegającym porannej reinkarnacji, nieprzełykalnym kożuchem. Jemu zapachy pozwoliły na podróże w przeszłość, krótkie ucieczki w krainy utrwalone świecowymi kredkami na dziecinnych obrazkach. Dzięki nim wracał w przeszłość. Wszystko zaczęło się w pewną wietrzną środę, gdy zabrał ją do kościoła, gdyż nigdy w żadnym nie była. Chciał pokazać jej miejsce, gdzie wiele pytań niepodobnych mu ludzi znajdowało swe odpowiedzi. Opierając się o wiatr, dotarli do ceglanej katedry imienia Marii panny i jedenastu dziewic, przed wejściem do której dzieci boże wysilały się, aby utrzymać uciekające na drzewa parasole. Zauważył staruszkę z okiennic, która wypatrywała wśród nekrologów nazwiska jej pierwszej i jedynej miłości. Gdy w bocznej nawie pokazywał jej ostatnią drogę Tego, od którego wszystko się zaczęło, zapach palących się sakralnych świec naprowadził go na dawny epizod, nie pamiętany już nawet przez jego najstarszych aniołów. Mrugnął powieką i wrócił do czasów z przed wielkiego przełomu. Ujrzał komunalny cmentarz położony przy wieżowcu dzieciństwa; stanowiący wówczas jedną trzecią znanego mu świata; codziennie przeistaczany pędzlami wyobraźni w piłkarskie boisko, przeklęty angielski las lub front wojenny, co zależało wyłącznie od zachcianki malarza. Spojrzał na swoje miniaturowe trampki. Spoczywająca obok piłka wskazywała tu na arcyważny karny, który nie mógł być wykonany inaczej niż perfekcyjnie. Bramkę, z jego przyjacielem w środku, tworzyły dwa pokryte rdzą krzyże, które wznosząc się ponad wysoką trawą na brzegach wąskiej alejki, od pół wieku strzegły pamięci spoczywających tam anonimów. Zrobił trzy kroki wstecz, wybierając w tym czasie lewy róg z krzyżem, na którym nie było Chrystusa. Włożył w strzał wszystko co miał. Piłka wraz z garstką piasku pofrunęła między nagrobkami kibicujących mu umarlaków, napotykając finalnie rudawy słupek, który brzęknął jękliwie swym podskórnym metalem. Zawód szybko ustąpił radości, gdyż za plecami bramkarza, na końcu alejki, pojawił się wsparty na drewnianej lasce stróż. Z wyglądu przypominał plastelinowego ludzika, którego stwórca pozostawił w połowie niedokończonego. Jego na w pół martwa twarz zrodziła w owym czasie najżywszą ze znanych legend. Otóż w różnych kręgach położonej nieopodal podstawówki twierdzono, że remisując w kości ze śmiercią, stróż sprawił, że kostucha zamknęła mu tylko jedną powiekę. Prawda jednak była taka, że trzy dekady wcześniej, gdy miał wszystko, by stać się wielkim bokserem, poszedł na przesłuchanie na dwóch nogach, a wrócił na trzech. Przez dwa dni połykając krew wraz z zębami, drwił z zadawanych mu ciosów, łamiąc swym uporem wolę i palce oprawców. Przez kalectwo, skończył jako stróż na nieczynnym cmentarzu więźniarek, który mimo melancholijnego piękna, gówno obchodził miernoty z wszechobecnego plemiona materialistów. Wraz z przyjacielem, oprócz błyskawicznych sierpowych, nauczyli się od niego opowiastek o życiu bez znieczulenia. Owego dnia, gdy znów zostali skarceni za swoją młodość, atak apopleksji sprawił, że po trzydziestu latach plastelinowy ludzik został ostatecznie ukończony. Gdy ogarnięty szokiem wracał do domu, jakaś ręka, pociągając wzdłuż drogi krzyżowej, wyrwała go raptownie z lunatycznego osłupienia. Powrócił do nawy. Nie chcąc się zdradzić, dotarł do zmartwychwstania, po czym powstrzymując wybuch płaczu, wdrapał się z nią na wieżę, gdzie karłowaty dzwonnik, w ciągu dwustu osiemdziesięciu dwóch schodów opowiedział im historię jej powstawania. Nie słuchał. Opuścił świątynie z trzęsącymi rękoma i rezygnując z reszty dnia, spędził popołudnie na dumaniu nad katedralnym zdarzeniem. Pod wieczór wiatr osłabł i stojące na balkonie oleandry skończyły swój pijany taniec. Spojrzał na nią, ubraną jedynie w wieczornego papierosa. Kilka chwil wcześniej uzdrowiła swym ciałem jego pogruchotane samopoczucie. Cieszył się, że w katedrze kilkusekundowa nieobecność pozostała niezauważona. Parokrotnie w przeszłości, po śmierci rodziców, niewyjaśnialnie obcy strach przed obłąkaniem niemal doprowadził go do szaleństwa, dlatego czuł, że nieproszona, dziecięca wizja potrzebowała wewnętrznej akceptacji, zrodzonej bez ingerencji z zewnątrz. Niecodziennie człowiek doznaje chwilowej transplantacji własnego ja; i cokolwiek to było, niewiele miało wspólnego z tym, co przyjmował za normalne. Uspakajało go to, że stróż i całe zdarzenie miały miejsce w jego chłopięcym świecie. Wraz z przyjacielem zdawali się być jedynymi, którzy po jego śmierci nosili w sobie echo jego istnienia. Dziwił się natomiast, że w którymś momencie przestało brzmieć. Najwyraźniej, pewnego dnia stróż postanowił ustąpić miejsca innym; bez urazy, nie robiąc hałasu, pokuśtykał spokojnie w niepamięć. Teraz objawił mu się w namacalny sposób, niechciany bo zapomniany. Tylko po co? Nawet nie był pewien, czy to nie był figlarny żart jego umysłu. Wizja niepoczytalności, która drzemie w każdym z nas. Niezauważalnie tkwi tak do czasu, gdy jakieś przełomowe zdarzenie szturchnie ją w ramię, a ona obudzona już nigdy nie położy się do snu. Na razie to wszystko było dla niego zbyt nieuchwytne, dlatego postanowił poczekać, by upewnić się, czy ma do czynienia z radosnym darem czy smutnym przekleństwem. W niedługim czasie, wyczekiwanie prysło pod naciskiem nie znających zmęczenia, wskazówek zegara. Wraz z nim, znikł towarzyszący mu stres, powrócił apetyt na przeżywanie, wielka uczta życia, w której nie ma czasu na oblizywanie palców. Jak wtedy, gdy wciągała go do jednej z chłodnych klatek, udając, że się nie znają, by kochać się w pośpiechu, przy akompaniamencie kroków niczego nieświadomych przechodniów. I wówczas gdy spijał z niej, rozcieńczone zapachem jej skóry, stróżki karminowego wina. W owym czasie sen stał się dla niego niechcianym obowiązkiem, chwilą, gdy zmuszeni byli czekać na owoce wzajemnych inspiracji. Fotografie, z…