Inne · 21 min czytania
Plaża
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Szła pustą o tej porze plażą... Pomimo odczuwalnego chłodu nie mogła odmówić sobie przyjemności fizycznego z nią kontaktu...Bose stopy pozostawiały chwilowe wklęśnięcia na mokrym piasku. Fale przypływu zabierały je z sobą już po chwili, pozostawiając niewielkie kałuże w zagłębieniach uczynionych przez pięty. Raz, czy drugi, gdy nie zdążyła w porę uskoczyć przed spienionym jęzorem, miała wrażenie, że morze wyciąga i po nią swoje wilgotne macki...Pomyślała nawet(zabawa z własnymi myślami należała do tych nielicznych, którym oddawała się bez reszty mrużąc oczy),że gdyby kolejna fala okazała się wypustką obrzydliwej ektoplazmy, ciągnącą jej ciało w ciemniejącą głębię, nie byłoby na to świadków...Z dala dobiegał kaszel ostatniego rybackiego kutra, czmychającego przed nocą. Niemal namacalnie wyobraziła sobie czerstwą twarz pokrytą dwudniowym zarostem i silną, męską dłoń zaciśniętą na kole sterowym. Poczuła zapach potu, rozgrzanego smaru i rybiego śluzu pokrywającego poszycie. Jej rybak nie powracał z połowu... Jej mężczyzna nigdy nie trudnił się połowem ryb i nigdy nie czekała na niego z bijącym sercem, w zimną, sztormową noc... Nigdy nie miała go tak naprawdę. Nie wiedziała nawet, czy na którejś z obcych, nieznanych jej plaż, zostawił kiedykolwiek ślady na mokrym piasku. Jeśli tak było, miała zamiar odszukać je, czas jednak upływał i nie miała pojęcia, w którą stronę świata skierować swoje kroki... Odgłosy kutra umilkły. Grzywacze fal biły o kamienne nabrzeże, przy wejściu do portu.
Wracając miała ciemniejące morze po lewej ręce, wejście do portu zostało za plecami jak incydent niewarty wspomnienia. Szła nieco dalej od linii wytyczanej przez fale tracące na piasku swój impet, jakby chciała na dłużej ocalić ślady swoich stóp. Wiedziała, że woda i tak zabierze je podczas pierwszego, jesiennego sztormu (świadczyły o tym tysiące muszel pozostawionych na całej plaży przez poprzedni),jeśli wiatr nie zdąży do tego czasu ich wygładzić, cieszyła ją jednak myśl, że ktoś mógłby nimi podążać, kierując swe kroki w tę samą stronę, jakby podpowiadał mu je bardzo czuły kompas. Nie miało znaczenia to ,że nikt tego dotąd nie uczynił. Tłumaczyła to sobie tym, że być może ślady pozostawione do tej pory nie były dość wyraźne, że stawiała kroki zbyt lekko, by wystarczająco głęboko je odcisnąć... Przychodziła tu co wieczór. Otaczający ją bezkres przestrzeni wpływał na nią kojąco jak wigilijna opowieść snuta pod gałązkami zielonego świerku- pamiętała to z lat dzieciństwa, które odeszło zbyt szybko, poganiane pragnieniem wzięcia wreszcie udziału w grze zwanej dorosłością. Nadzwyczaj również szybko znużona ową grą znaczyła teraz plażę hieroglifem swoich śladów, wsłuchując się w prawie całkowitą ciszę i czerpiąc rozkosz z bycia jedynym mieszkańcem piaszczystej planety. Plaża w tej odległości od morza była zaśmiecona-spostrzegła to dopiero w chwili, w której kawałek szkła, którego nie zdążyły wygładzić fale, rozorał jej boleśnie stopę. Miniony sezon przyciągnął tutaj liczne rzesze wczasowiczów, ci zaś pozostawili po sobie równie liczne, choć niezbyt chlubne świadectwa swojej bytności. Jej ślady, znaczone teraz kroplami krwi, powinny być jeszcze bardziej widoczne. Podążające nimi przeznaczenie, czyjąkolwiek przybrało postać, nie mogło już ich zgubić...Uśmiechając się do tej myśli, przygryzając z bólu dolną wargę brnęła dalej ledwie już widoczna w ciemnościach, jak nieoświetlony kuter wiedziony dłonią pijanego szypra.
Obudził ją głośny łomot niezabezpieczonych okiennic i skowyt wiatru w kominie. Prawie doszczętnie wypalone głownie brzeziny żarzyły się teraz złowrogo, poruszone prądem powietrza, nurzając wnętrze chaty w nierzeczywistej poświacie. Odrzuciła okrywający ją pled i podeszła do okna podekscytowana. Uwielbiała ten nieokiełznany żywioł, jakim stawało się morze w porze sztormu. Poprzedniego wieczoru nic nie zapowiadało, iż nadejdzie tej nocy i wyciągnie swe drapieżne macki, sięgając nimi progu jej domostwa zbudowanego na wciąż kurczącej się wydmie. Dom, postawiony przez jej dziadka,(jak głosiła wieść przekazywana z ust do ust podczas rodzinnych spotkań- jego budowniczy zdziwaczał przekroczywszy próg wieku starczego i tutaj właśnie, za wszystkie oszczędności swego życia postawił swą pustelnię, będącą jego próbą ucieczki przed światem)chylił się nieuchronnie ku upadkowi. Zbudowany zbyt blisko morza, sieczony deszczem i wiatrem, przetrwał wprawdzie swego twórcę, nie miał już jednak długo być schronieniem dla podobnych odludków...Kolejny półuśmiech pojawił się w kącikach jej ust, gdy przyciskała nos do załzawionej deszczem szyby. Była taka sama jak On...tyle tylko że jej dziwactwo dopadło ją w znacznie młodszym wieku i umiała kamuflować je pod płaszczem wykonywanej z pasją pracy: pisanie wymagało przecież spokoju, ten dom zaś, mimo skrzypienia rozeschniętej sosnowej podłogi, był jego najwspanialszą oazą, o jakiej mógłby zamarzyć szukający go artysta, niezależnie od tego jakiej sztuce się poświęcił...Ona wybrała zmagania ze słowem. Próbowała kiedyś malować, płótno jednak nie chciało być jej posłuszne...Jej artystyczny zamysł rozkwitał na nim paletą barw w sposób dający się od biedy podciągnąć pod "nowoczesne trendy w malarstwie", była jednak na to zbyt uczciwa. Nie odkryła w sobie talentu do obrazowania wewnętrznego niepokoju przy pomocy pędzla, zdawała sobie zaś sprawę z tego, że w jakiś sposób musi go oddać. Tworzywem poddającym się jej bez reszty było słowo. Błogosławiła dwie osoby: dziadka, który pozostawił po sobie tę rozpadającą się świątynię dumania i swego nieżyjącego od czterech lat ojca, a właściwie rentę po nim, pozwalającą bezkarnie oddawać się wieczornym spacerom po bezludnej plaży i posyłaniu do kosza kolejnych nie zadawalających jej w pełni kartek maszynopisu. Tak...maszyna do pisania, liczące sobie ponad sześćdziesiąt lat dzieło niemieckich rzemieślników, była jej warsztatem pracy. W dobie wirtualnej sieci, oplatającej cały glob i procesorów, których sprawność dawno przestała już zadziwiać, ona uderzała opuszkami palców w wytarte klawisze maszyny do pisania, wkładając w to niemało fizycznego wysiłku, nie mając możliwości edycji napisanego już tekstu, na domiar złego zmuszona co chwilę do ręcznego przesuwania zabrudzonego tuszem wałka. Była śmieszna dla samej siebie, coś jednak podpowiadało jej, że wzbraniając się przed zakupem choćby używanego PC-ta, mogącego służyć jej w charakterze edytora tekstu, broniła swej artystycznej tożsamości i tej atmosfery, jaka przepełniała chylącą się pod uderzeniami sztormów chatę...Nie umiała sobie wyobrazić rozjarzonego niebieską poświatą monitora na ciężkim, dębowym biurku, w którego szufladzie jeszcze nie tak dawno temu znajdowała przedmioty pamiętające dzieciństwo jej ojca... Deszcz zelżał, wiatr jednak wzmagał swe wysiłki zmierzające do ostatecznego rozprawienia się z podniszczonymi okiennicami. Postanowiła wreszcie sięgnąć po tę niewysłowioną rozkosz, jaką dawało jej morze bijące o wydmy kaskadami białej piany. Otulona szczelnie gumowym płaszczem, jakiego używają rybacy podczas szkwału, wyszła na zewnątrz i zaczęła z mozołem przedzierać się przez zawirowania powietrza, w stronę narastającego grzmotu fal.
W pierwszej chwili wiatr przez nierozważnie rozchylone usta napełnił jej płuca jak sflaczały balon. Przestraszona skuliła się przy pniu karłowatej sosny, walcząc o kolejny oddech. Serce biło jak w piersi przestraszonego strzałem ptaka. Odnalazłszy spokój, jęła stawiać kroki, przyginana do ziemi tumanami piasku niesionego przez niesłabnące podmuchy. Przebyła tę drogę tyle razy, dając się skusić niezmiennie pociągającemu ją wyzwaniu, nigdy jednak dotąd wiatr od morza nie zmuszał jej do tak wielkiego wysiłku... Ostatnim odgłosem, jaki przedarł się do niej przez pędzące kolumny powietrza, był bezradny jęk spracowanych zawiasów-to któraś z okiennic zakończyła swój niewdzięczny żywot, wyłamując skorodowane mocowanie. Dreszcz przebiegł jej po przygarbionych plecach...Nie powinna była wychodzić z domu w taką zawieruchę, pozostawiając tam ciepło stygnącego paleniska i poczucie bezpieczeństwa...Nie powinna była zrobić tylu jeszcze rzeczy...Ukryta za pniem kolejnego drzewa, przytulając do chropowatego pnia wychłodzone policzki, czuła jak zmaga się z wichrem, powykrzywiane sztormowym artretyzmem, nie mające gdzie się ukryć, samotne tak jak ona. Była w dużej mierze podobna do tego artretycznego pnia, giętego konwulsjami wiatru. Jedynym usprawiedliwieniem uporu, z jakim stawiała czoła wyzwaniom niesionym przez kolejne dni, był brak umiejętności poddania się ślepym i bezdusznym pchnięciom. Zdumiona tym, co właśnie ją doświadcza, nie mogąc powstać z kolan i powstrzymać płynących jej po twarzy łez(czy to wiatr je wycisnął...?),pod zaciśniętymi powiekami oglądała przedziwną projekcję. Tysiące stopklatek, z których każda zamykała w sobie inną sytuację, inny moment jej życia, następowało po sobie z taka prędkością, że powstały w ten sposób film nie miał prawa nieść z sobą żadnego przekazu...A jednak twarze i miejsca zatrzymane w jego kadrach nie zlewały się w bezkształtny bohomaz. Coś podobnego zdarza się ponoć ludziom w ostatnich chwilach życia, ona zaś nie odchodziła jeszcze, z tym większym więc zdumieniem rejestrowała feerię obrazów zapisanych poklatkową kamerą, jaką było jej dotychczasowe życie...
Brzeg zdawał się tym razem leżeć dalej od domu. Nie pamiętała, jak udało jej się dotrzeć do miejsca, którym zawładnęło morze. Plaża nie istniała...Ścieżkę wyżłobioną w piasku poprzedniego wieczoru zabrała woda, podobnie jak pozostawione przez wczasowiczów wstydliwe pamiątki. Widok jaki na nią czekał przerastał jej najśmielsze oczekiwania i dawał jej więcej przeżyć, niż zdolna była przyjąć. Tak musiał wyglądać świat tuż przed biblijnym potopem, a budowniczy Arki przysłuchiwał się z pewnością podobnej kakofonii dźwięków, niosących trwogę i pokorę wobec żywiołu. Była osłabiona i przemoczona do ostatniego skrawka materiału, chłonęła jednak łapczywie obrazy i dźwięki, pełna podszytego lękiem zachwytu. Gdyby umiała jedną dziesiątą tego, co widziały teraz jej oczy, przenieść wiernie na papier...Zdawała sobie sprawę z faktu, iż słowo przegrywa swój wyścig z innymi środkami wyrazu- mało kto już sięgał po książkę po to,