melodramat · 20 min czytania
Plotka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}{b}Plotka{/b}{/i}
— Słyszała pani? Ton głosu Kowalskiej sugerował, że miała ona do przekazania coś niezwykle interesującego. Nic więc dziwnego, że Baranowska postanowiła przystanąć na chwilę i posłuchać. Wprawdzie ogromnych rozmiarów torba z zakupami strasznie jej ciążyła, jednak nie na tyle mocno, by przeszkodzić w poznaniu najnowszych plotek. Kowalska przecież zawsze mówiła same interesujące rzeczy. Jako osiedlowy biuletyn informacyjny wiedziała dosłownie o wszystkim, wliczając w to wydarzenia, które nie miały miejsca. — Co też się stało, no mów żesz pani! Baranowska podeszła nieco bliżej do koleżanki, wytężając słuch. Pech chciał, że niedosłyszała na lewe ucho. — Moja droga... — Kowalska ściszyła głos. — Właśnie się dowiedziałam, że Schneiderowa, no wie pani, ta nowa smarkula spod osiemnastki... Widząc, że jej rozmówczyni nie domyśla się o kogo chodzi, dodała po namyśle — No ta, co to ma tę nastoletnią córkę, Linę, Lodę, Lenę, czy jak jej tam! — No, no! — Baranowska najwyraźniej zorientowała się, o kim mowa, bo pokiwała głową. — Co z nią?! Mów pani, bo mi się pierogi w torbie rozmrożą! — No więc ona... Kowalska zamilkła na chwilę, jakby zastanawiając się, czy powinna wyjawić dopiero co poznany sekret. Doskonale wiedziała, że ten drobny zabieg jeszcze bardziej pobudzi ciekawość Baranowskiej. Nie myliła się. — Oj, kobieto, na co czekasz?! Znasz mnie przecież, wiesz, że nikomu nie powiem! — Dobrze już, dobrze. Widzi pani, dowiedziałam się, że ta cała Schneiderowa to się nierządem trudni! — Co też pani mówi?! — Baranowska zrobiła minę, w której zdziwienie mieszało się z oburzeniem. — Właściwie to się tego domyślałam od dawna. Rozumiesz, kochana, ona taka skąpo ubrana, dziecko jakieś takie niedorobione, zaniedbane… Widząc, że Kowalska nie domyśla się, o co chodzi, dodała, rozejrzawszy się uprzednio dookoła: — Pewnie wpadka! — Ano... Ojca to ja jeszcze na oczy nie widziałam, a kto to słyszał, żeby dziecko się w normalnej rodzinie bez rodzica chowało! Patologia jak nic! — Skandal, powiem pani, i tyle! Sodoma i Gomora! Co się w tym kraju dzieje?! — skwitowała Baranowska. Widać było, że usłyszana plotka strasznie ją zdenerwowała. Nie dbając już o pierogi, dodała: — Za kilka lat to tu połowa takich, za przeproszeniem, zdzir mieszkać będzie. Nie szanują się młode, to potem mają! Tak tylko jeszcze zapytam… — ściszyła głos. — Skąd pani to wie? — Słyszałam, moja droga. Kowalska nie zamierzała tym razem zniżać tonu. Tym bardziej, że chodnikiem szła akurat grupa nastolatków. Niech słyszą! — pomyślała zapewne, wychodząc z założenia, że wieści o cudzej głupocie nauczą ich rozsądku. — Słyszałam, jak rozmawiała przez telefon o tym, co robi po nocach. Mogłam się domyślić, że z tej Schneiderowej to zwykła PROSTYTUTKA jest! Kładąc nacisk na przedostatnie słowo Kowalska niewątpliwie osiągnęła cel, jakim było zwrócenie uwagi młodych. Chichocząc cicho i szepcząc między sobą, nastolatkowie przeszli pospiesznie obok kobiet.
Rozmowa Kowalskiej z Baranowską pewnie trwałaby jeszcze długo, gdyby nie pojawienie się na chodniku omawianej akurat sąsiadki. — Dzień dobry — powiedziała z uśmiechem kobieta. W odpowiedzi usłyszała jedynie szorstkie {i}Dobry{/i}. Niezrażona wrogimi spojrzeniami minęła obie panie, zaaferowane jej krótką sukienką, poplamioną niezidentyfikowaną, białą substancją. Ich uwagę zwrócił również ogromny dekolt. — Skandal! — skwitowała Baranowska, po czym pożegnawszy się z Kowalską poszła do domu.
Nie minął nawet tydzień, jak całe osiedle wiedziało już, czym trudni się jego nowa mieszkanka. Wieść o nierządzie, jakiego miała się dopuszczać pani Schneider, lotem błyskawicy obiegła wszystkie zakątki lokalnego piekiełka. Jedynie fakt, iż Schneiderowie dopiero co się sprowadzili i nie znali dobrze okolicy sprawił, że tak matka jak i córka nie dostrzegły wszechobecnej dyskusji na ich temat. A dyskusja toczyła się w istocie na wszystkich frontach. Jakiś życzliwy sąsiad na przykład zadbał o to, by przy lokalnej trasie przelotowej stanęły bilbordy z biblijnymi cytatami piętnującymi prostytucję, a ktoś jeszcze inny na wszystkich lampach i śmietnikach powypisywał {i}Dziwki precz z osiedla{/i}. Nie mniej stanowczo o całej sprawie wypowiedział się proboszcz lokalnej parafii, który podczas kazania z imienia zwymyślał nową lokatorkę od {i}puszczalskiej szmaty{/i} i {i}taniej lodziary{/i}. Nie użył wprawdzie nazwiska, ale wcale nie musiał tego robić. Wszyscy w okolicy wiedzieli już, o kogo chodzi, z wyjątkiem samej zainteresowanej. Ostra wypowiedź kapłana spotkała się zresztą z entuzjastycznym przyjęciem tłumu. — Jebać dziwki! — zawołała jedna z wyjątkowo sędziwych, starszych kobiet, siedząca w pierwszym rzędzie tuż przed ołtarzem. — Jebać! — zawtórowali jej pozostali.
Z dnia na dzień plotka o pani Schneider nabierała nowych barw. Jednego dnia mówiło się jedynie o tym, że kobieta jest prostytutką, następnego natomiast wszyscy byli już przekonani, że nie stroni też od amfetaminy oraz że bije córkę rozgrzanym żeliwem po twarzy. Ktoś stwierdził nawet, że obydwie dziewczyny są lesbijkami, z których jedna urodziła w wannie krokodyla, co jednak nie przyjęło się tak dobrze, jak pozostałe wersje. Zarówno Aldona Schneider jak i jej córka Lena początkowo nie zwracały uwagi na pojawiające się odnośnie ich życia plotki. Nie do końca zdawały sobie sprawę z tego, iż są obiektem rozmów mieszkańców osiedla. Było to dla nich nowe miejsce, stąd przez pierwsze tygodnie nie miały w okolicy żadnych znajomych, którzy mogliby je ostrzec lub chociaż poinformować o toczącej się wokół nich burzy. Stosunki z nowymi sąsiadami również nie należały do specjalnie ożywionych. Ograniczały się tylko do sporadycznych i raczej oschłych zwrotów typu: {i}dzień dobry{/i}, {i}do widzenia{/i}, tudzież {i}spierdalaj dziwko!{/i} Nic więc dziwnego, że dopiero po kilku dniach pani Schneider zauważyła, że coś jest nie tak. Pierwszym niepokojącym objawem było dziwne zachowanie Leny. Dziewczyna wprawdzie nigdy nie cechowała się zbytnią gadatliwością i żywiołowym stylem bycia, jednak w ciągu raptem kilku dni niemal całkowicie przestała mówić, a nawet jeść. Od rana do wieczora chodziła smutna. Wyjątkowo dużo czasu poświęcała też na sen, nie tylko w ciągu nocy. Wręcz przeciwnie — nocami miała problemy z zaśnięciem. Sprawiała wrażenie zagubionej. Jej mama, sama borykająca się z wieloma problemami, potrzebowała czasu by spostrzec, że dzieje się coś niedobrego. Całymi dniami, a niekiedy nawet i w nocy pracowała, by zarobić na chleb. Trudno było jej wychowywać córkę i utrzymywać mieszkanie z jednej pensji, dlatego często błagała szefa o nadgodziny, w czasie których wykonywała różne, niekiedy całkiem niepotrzebne czy wręcz upokarzające prace. Po przeprowadzce co prawda rachunki znacząco spadły ze względu na mały metraż nowego lokum, jednak nadal były zbyt wysokie dla kobiety samotnie wychowującej dziecko. Niewielkie zasiłki socjalne również nie wystarczały, by nastoletnia Lena i jej matka nie czuły się gorsze od innych. Jednak pomimo piętrzących się z dnia na dzień przeciwności losu, Aldona uparcie próbowała sprostać wyzwaniom. Nie lubiła swojej pracy, ale nie zamierzała się poddawać. Robiła co w jej mocy, by zapewnić Lenie lepszą przyszłość. Tym trudniej było jej się w związku z tym pogodzić z cierpieniem dziecka. To pewnie z braku ojca. Jest w trudnym wieku, przejdzie jej — tłumaczyła sobie w myślach. Wszystko zmienił telefon ze szkoły. Słowa wychowawczyni bardzo zabolały panią Schneider. — Z przykrością zobowiązana jestem zawiadomić, że pani córka, yyy... ta, no, jak jej tam… Lila, notorycznie nie chodzi do szkoły — rozległ się w słuchawce oschły głos służbistki. — Jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, zgodnie z artykułem... — Zaraz, chwileczkę! — przerwała jej Aldona. Nie dbała o to, że pomylono imię jej córki. Miała w tej chwili znacznie poważniejsze zmartwienie. — Jak to moja córka nie uczęszcza do szkoły?! Przecież codziennie rano widzę, jak bierze plecak i wychodzi z domu! W słuchawce zapanowała głucha cisza, przerywana ustawicznym dźwiękiem przełykania napoju i jednorazowym {i}Ałć, za gorąca!{/i} Po chwili wychowawczyni przemówiła jednak ponownie. W tle słychać było, jak asystentka studzi jej napój, wachlując filiżankę jakimiś dokumentami. — Przyjęliśmy tę dziewczynę w połowie semestru pod warunkiem, że będzie się przykładała do nauki i nadrobi wszystkie zaległości. Tymczasem od dłuższego czasu pani dziecko nie pojawia się w szkole, a przypominam, że w razie jakichkolwiek komplikacji zobowiązała się pani informować nas o ewentualnych nieobecnościach z odpowiednim wyprzedzeniem. Jak więc mówiłam, zanim mi przerwano, artykuł czterdziesty pierwszy, punkt drugi, ustęp piąty statutu naszej szkoły głosi wyraźnie, że… Aldona nie zamierzała jednak dowiadywać się, co też zawarte jest w wymienionym artykule. Trzasnęła słuchawką, po czym wziąwszy z kuchni taboret, ustawiła go w przedpokoju. Postanowiła poczekać, aż Lena wróci do domu i wyjaśnić z nią tę sprawę. Zgodnie z planem zajęć, dziewczyna za kilka minut powinna skończyć lekcje.
Rzeczywiście, chwilę później drzwi wejściowe otworzyły się i stanęła w nich córka Aldony. Przez chwilę z niepokojem przyglądała się siedzącej w przedpokoju matce, po czym rzuciwszy krótkie {i}Cześć{/i}, ruszyła w kierunku swojego pokoju. — Masz mi coś do powiedzenia? — zapytała pani Schneider. Lena aż podskoczyła. — Nie, a co? — A to, że dzwoniła twoja wychowawczyni! Na te słowa dziewczyna wyraźnie zbladła. Poza tym jednak uparcie nie dawała po sobie poznać, że wie o co chodzi. — No więc? — naciskała Aldona. Po dłuższej chwili Lena doszła najwyraźniej do wniosku, że nie ma sensu dalej udawać. Zrobiła minę stłuczonego psa, po