Historia · 19 min czytania
Pludraka usieczemy!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Mały i zarośnięty Żyd popędził do stołu z kolejnym już dzbanem najprzedniejszego miodu. Nie często bowiem bywali u niego tacy… zacni goście. Zacni, jeśli chodzi o uprzejmość. Odrażający, jeśli chodzi o szczerość. Tego popołudnia gościli u niego dwaj hulacy, infamisi, którzy od kilku tygodni szwendali się po okolicznych traktach. Już wcześniej doszły go wieści o napadach na kupców i – o zgrozo! – co zacniejszych panów, którzy sakiewkami chętnie brzęczeli. Teraz usługiwał tylko i modlił się, aby czym prędzej się wynieśli. Wolał mieć pustą karczmę, acz bezpieczną, niż dwóch rozbójników, którzy najchętniej spaliliby ją, razem z nim w środku. Postawił na ławie dzban, uśmiechnął się niepewnie i lekko skłonił, żeby nie narazić się przypadkiem.
- Czy wielmożni panowie będą sobie jeszcze czegoś życzyć? - Nie! Zabieraj swoją chudą rzyć, Żydzie! Jak już będziesz potrzebny do noszenia trunków, to wołać będziemy, psia mać! – odkrzyknął ten większy i brudniejszy.
Rzucił jeszcze tylko okiem. Obaj byli brudni, obaj rośli i źle im z oczu patrzyło. Pierwszy, ten, który go odprawił, zdawał się być upity od samego początku. Przez twarz przechodziła mu okrutna blizna, pewnie po burdzie jakiejś. Ciemne i długie wąsy ubrudzone były tłuszczem i resztkami jedzenia. U pasa szabla, pewnie ostra, jak brzytwa niejedna, która, uchroń Boże, niejeden czerep już ucięła! Drugi, spokojniejszy nieco, ani razu nie odezwał się do niego od czasu przybycia do karczmy. Otwierał usta, gdy tylko pokorny Jakub oddalał się do swoich innych zajęć. Upije się, to i śpiewać mu przyjdzie, pomyślał. Mimo tego, że drugi warchoł był raczej cichy, to właśnie on obrzucał go lodowatym spojrzeniem, od którego nawet serca najmężniejszych mogłyby zadrżeć. Czarna pochwa mówiła za niego wszystko. Wejdź mi w drogę, psie pański, a rozprawię się z tobą!
- Już drugi dzban osuszyliśmy. Długo nam czekać przyjdzie na tego kpa? – zapytał ten z blizną swojego kompana. - Chamy mówiły, że na spoczynki tu zostaje. Na pewno rozpoznamy jego kaprawą mordę. W pludrach kica, a zamiast wiernej szabelki chudy patyk nosi. Bogaty jeno, ale rozumu mu brak. Pewnym jest, że nie będzie miał przy sobie gwardii przybocznej, ani czeladzi choćby. A i ona nie byłaby dla nas przeszkodą. Dajże spokój, mój druhu! Zamiast nerwów sobie szarpać, chluśnij w gardło! A co! Żałować nie będziemy! - Ano, racja, panie bracie! Już nie raz tako się popiliśmy! Do dna! – wykrzyczał, po czym dzban do ust przyłożył i jął wlewać miód w siebie. Gdy skończył, wytarł usta rękawem, uderzył dwukrotnie naczyniem o stół i wykrzyczał: - Żydzie! Kolejnego dzbana, a nawet dwa! Byle prędko! Karczmarz Jakub odpowiedział coś nieśmiało, poczym pognał do gości z nowymi porcjami miodu. Po drodze mało nie potknął się o własne nogi. Nie czekał nawet na kolejne zamówienia, czym prędzej wrócił za szynk, aby kątem oka obserwować rozwój sytuacji. Bał się. Och, kogo to obchodzi? Nie szlachcic z niego, nie rycerz i nie pan. Tylko biedny karczmarz. Miał prawo się bać! - Co waszmość poczynisz z kosztownościami, jak już je dostaniemy? – zapytał ten z blizną. - Wykupię rodowe ziemie pod Poznaniem, ot, co uczynię. Dwór odnowię, a potem wyprawię biesiadę, której nasza Rzeczpospolita jeszcze nie widziała! Potem wszyscy będą mówić, jak to pan Jan Grabiewski rozpijał do śmierci okoliczną szlachtę. Ha! Kozaków, Tatarów, i inne psy niewierne rozpijać będę, co by mi potem dziękowali za wojowania ułatwianie. Tak to i sobie i Rzeczypospolitej się przysłużę. - Niech mnie wszystkie diabły! Statkować się nie mam zamiaru! Niechże dwory, żonki i to samo ciepłe łóżko przez wiele lat piekła pochłoną! Wszystkie dobra, które złupię na dziewki wydam, bo w karczmach i tak dukatami sypać nie będę! Raz, dwa, wymacam rzyć, sukieneczkę podwinę i w sianie brykać mi przyjdzie z co gładszymi sikorkami. Potem cała Korona z Litwą mówić będą o Władysławie Grajewiczu, co to nawet Najświętszą Panienkę by mógł… - Nie bluźnij! - Wybaczcie. Niech skonam, ale najlepsze to są jednak na Pomorzu. Pod Gdańskiem w jednej mieścinie masa jest zajazdów, a i gospodarzy, co pod dach wezmą nie brakuje. A beczułki z piwnicy nigdy nie poskąpią, o nie! - Powiadacie? A więc chyżo z samego świtania jutro pod Gdańsk pojedziemy, obaczymy, jaka tam gościnność. Tymczasem, zdrowie, panie bracie, zdrowie nasze i tego błazna w rajtuzach, co go zrabujemy!
Część 22 / 2
Kompani osuszyli oba dzbany, poczym zawołali po następne, aby nie czekać bezczynnie na tego nieszczęśnika, co zagościć miał tego dnia w oberży. Długo jednak pili w tej karczmie tylko we dwóch, poganiając przy tym Żyda do polewania. Wkrótce sprośne piosenki poczęli śpiewać, jak to chędożyć grubą matkę im się chciało. Bluźnierstw na Francuzów, Anglików, Hiszpanów i innych także było wiele. Tak to chyba przystało na prawdziwych patriotów, pomyślał Jakub. Nie był jednak pewien, czy bać się, czy w spokoju odetchnąć, jako że goście byli już co najmniej weseli. Gdy panowie Grabiewski i Grajewicz opróżnili kolejne dzbany, przybył nowy gość. Postawny podróżnik w brudnych, znoszonych już bryczesach i wysokich skórzanych butach, okryty na to płaszczem, choć lato zbliżało się wielkimi krokami. Ów człowiek rozejrzał się wokół, jakby badał dokładnie otoczenie, skłonił się lekko ku gościom, którzy spoglądali na niego mętnym wzrokiem, poczym pozostawił płaszcz przy jednym ze stołów i zawołał po kufel zimnego piwa.
- Niech mnie, psia jego mać, cóż to? My nie chamy, żeby się od nas z dala trzymać! Janku drogi, nie zaprosimy do stołu nowoprzybyłego wielmożnego gościa? – z ust pijanego szlachcica tryskała ślina. - Czemu by nie? Nowy kompan, dobry kompan… - odpowiedział, dokładnie mierząc przybysza wzrokiem. – Drogi gościu, racz usiąść z nami, co zacniejszego miodu skosztujesz, samemu pić się nie godzi! Tamten skinął tylko głową, poczym spokojnym krokiem podszedł do warchołów. Dopiero teraz pan Grabiewski dostrzegł szabelkę u jego boku, zręcznie przypiętą, aby nie merdała na prawo i lewo. Mężczyzna był szczupły, widać to płaszcz sprawiał go większym. Niechrześcijański wąsik i kozia bródka, pomyślał rębajło. Takich to tylko na pal. A teraz to mu ten obrzydliwy uśmiech z gęby nie schodzi… A niech mnie! Może da się z nim popić, widać przyjdzie nam jeszcze poczekać trochę czasu. - Waścina godność? Jest jakowaś? - Krzysztof Polanicki, spod księcia Radziwiłła poseł, jeśli można tak rzec. Jadę ja jednak do wuja mojego z niezwykle ważnym listem. A że koń strudzony, ja sam także zmęczony, to się zatrzymać postanowiłem. A wy, mości panowie, spędzacie miłe popołudnie na gardełka moczeniu? Na pierwszy rzut oka na tutejszych nie wyglądacie. Przejazdem jesteście, czy pomimo złudzeń mieszkacie gdzieś w okolicach? – z twarzy mężczyzny nie schodził irytujący uśmiech. - My? Eee… my siedzimy tu … - zarówno oczy nowoprzybyłego, jak i pana Grabiewskiego skierowały się ku Grajewiczowi. – My, to jest pan Jan i ja – Władysław po dziaduniu, przesiadujemy tu i miód pijemy, bo… bo na naszego towarzysza oczekujemy, który ma tu przybyć dziś wieczór i… i my tu tak przesiadujemy i oczekujemy… i miód popijamy, żeby czas na marne nie poszedł. - Mój towarzysz zawsze ma problemy z dobraniem odpowiednich słów, takich, co by się w sytuację wpasowały. Musimy mu to wybaczyć, a tymczasem wznieść toast proponuję. Żydzie, rusz się, albo damy ci popalić! Dzban dla naszego kompana! I dwa dzbany dla nas!
Proszę, rozgadał się, łotr jeden, pomyślał karczmarz Jakub. Jeszcze chwila i tańczyć zacznie, albo wysokimi napiwkami rzucać pocznie. Okrutny jest fach karczmarza. Mówią, że pieniądze z tego całkiem spore, wystarczy dla każdego mieć otwarte drzwi. A tu co? Usługiwać trzeba dwóm bandytom. Pół mojego dobytku wypiją, a i pewnie zapłacić nie będą mieli ochoty. Okrutny to fach, oj, okrutny. Żyd wyłożył na tacę trzy dzbany pełne słodkiego alkoholu i poczłapał smętnie do stołu. Nie miał nawet ochoty na zbędne uśmiechy i uprzejmość. Zrobił swoje i wrócił na stałe miejsce, skąd wszystkich obserwował. Trzej kompani zaś z radością łykali miodu, śmiali się i opowiadali kolejne to sprośne historie.
- Nie uwierzycie, waszmościowie, ale na Litwie, tuż przy granicy jest mieścina, nie spamiętałem nawet jaka to. Ale burdel mają tam tak wielki, a kurtyzany więcej robią dla przyjemności, niż dla pieniędzy. Razu pewnego udałem się tam wraz z przyjacielem, młodym i niedoświadczonym szczeniakiem, gołowąsem, że tak to ujmę, żeby dowiedział się, co to znaczy być z kobietą. Tam to już, jedna dama zabrała go do zacisznej komnaty, wiadomo po co. Ten jednak wychodzi stamtąd po dwóch kwadransach, z koszulą odpiętą ledwie do połowy i pyta mnie, co robić! To mu mówię, że w przody i w tył, a ten z niepewnym uśmiechem wycofuje się do pokoju. Niech mnie Najświętsza Panienka… - Nie bluźnij! - Wybaczcie, wybaczcie. Tak to młodzian się rozbrykał! Wiele czasu nie minęło, a wycie słyszę, piski jakieś, potem ryk i szczekanie, niby w folwarku jakowymś. Jak mie krew zalała, bo myślę sobie, że kpią ze mnie sobie, albo naprawdę psy udają! To ja czekam jeszcze chwilę, a tamten wychodzi cały zadowolony i mówi,…