Fantastyka · 1 godz. 56 min czytania
Po ciemnej stronie tęczy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
W odludnej części Kazimierza jest pewna uliczka zakończona ślepym zaułkiem. Pusta i cicha. Nie parkują tu żadne samochody. Nie ma drobnych cwaniaczków w dresach, chodzących rozbujanym krokiem. Babcie z pieskami omijają to miejsce z daleka. Wydawałoby się, że to wymarzone miejsce dla okolicznej dzieciarni. Żadnych niebezpieczeństw, ani zagrożeń ze strony starszych. Można grać w gumę lub kopać piłkę przez calusieńki dzień. A jednak panującej ciszy nie rozdziera płacz, śmiech nie rozbrzmiewa pomiędzy kamienicami. Mieszkania po obu stronach ulicy świecą pustką. W oknach deski, płyty z tektury, lub zgoła nic, tylko rozbite szyby i pogniłe framugi. Dawni lokatorzy opuścili to miejsce, a potem nikt ich nie zastąpił. Nawet bezdomni nie pokusili się, by przebiedować tu na dziko. Ludzie omijają to miejsce z daleka. Budynki na ulicy Chmielnej należą do państwa. Próbowano je kiedyś sprzedać, ale bezskutecznie. Nie pomogła śmiesznie niska cena. Potencjalni inwestorzy patrzyli z niedowierzaniem na ogłoszenia w gazetach, o otwartym przetargu. Łapali za telefony, by się upewnić czy to nie jakaś pomyłka. Pomyłki nie było. - Gdzieś tu musi być haczyk – myślał jeden z drugim. – Gdzieś musi być. Znalazło się nawet kilku takich, co przybyli na miejsce zrobić rozeznanie. - Tam straszy – odpowiadali na pytania okoliczni mieszkańcy. Kupcy kręcili głowami szczerze ubawieni. Później jednak, po paru niewyjaśnionych zdarzeniach i tajemniczych wypadkach po kolei rezygnowali z licytacji. Okoliczna ludność miała rację. Tam straszy. Wraz z nastaniem nocy, ulicę zalewał mrok. Zniszczone, pordzewiałe latarnie z porozbijanymi kinkietami, od dawna już nie rozjaśniały zalegających tu nocą cieni. Mroczne to było miejsce. - Dla jednych mroczne, dla innych skoczne – odezwał się męski głos. – Dalej panowie, idziemy do baru straceńców. Grupa niskich, przysadzistych postaci ruszyła w głąb uliczki, nic sobie nie robiąc z jej ponurej sławy. Gdy doszli do bramy stojącej na samym końcu, jeden z nich, być może przywódca, załomotał w drzwi. Odgłos rozszedł się dalekim echem, chciwie wchłaniany przez otaczającą ciszę. Wreszcie drzwi się otworzyły. Na ulicę wylał się czający się za nimi śmiech i gwar, a także ciepłe, miłe dla oka światło. Tajemnicza grupka weszła do środka zamykając za sobą drzwi.
Bar straceńców. Dziwne to miejsce. Jedni powiadają, że gdy Bóg chciał stworzyć piekło, z braku lepszego pomysłu poprzestał na tej spelunie. Dla innych był to istny raj na ziemi. Jaskinia rozpusty i mistyczny Eden zarazem. Nielegalna gorzelnia, pracująca na zapleczu, była słynna w całej okolicy. Tak podłego i zabójczego bimbru próżno by szukać w promieniu wielu kilometrów. Właścicielem był podobno niedoszły umrzyk. Wisielec, co ze stryczka się urwał i przed kaciskiem uciekł. Wieszano go wraz z bratem, za rozliczne mordy i gwałty. A że byli bliźniakami to, co jednemu uszło, drugi przeżył dwukrotnie. No, może nie do końca przeżył, już pierwszy stryczek załatwił sprawę. Ale zanim trup ostygł zawiesili go po raz drugi. Raport spisano. Bracia Alojzy i Antoni Kmiotek powieszeni i zakopani. Ot, drobna pomyłka, że tylko jedne zwłoki poszły w ziemie. Alojzy Kmiotek, gdy tylko uciekł, od razu wystarał się o fałszywe papiery, a zgromadzone łupy zainwestował w knajpę. Ku czci egzekucji i swojego zmarłego brata nazwał ją „Pod Straceńcami”. Krew nie woda, ani mleko. O rodzinie się nie zapomina. W ciemną bezksiężycową noc zakradł się Alojzy na więzienny cmentarz i wykopał braciszka. Najął na lewo studencinę medycyny, by ten zabalsamował zwłoki. I ku uciesze klienteli powiesił bliźniaka na haku nad barem. Dynda tam, a czasem za sprawą znudzonych pijaczków kołysze się z lekka, dodając miejscu uroku i klimatu. Sala barowa urządzona była z iście królewskim przepychem. Resztki wypalonych świec i spływające z nich kaskady wosku. Drewniany bar stanowił ukoronowanie prac pijanego cieśli z połamanymi rękami. Cały w drzazgach, o powierzchni o wiele równiejszej niż Tatry. Obsługa należycie o niego dbała regularnie nacierając resztkami drinków i sosów ścierą nieskalaną nigdy proszkiem do prania. Dzięki tym czułym zabiegom pielęgnacyjnym lada mieniła się wszystkimi kolorami tęczy i jadłospisu. Poniszczone ściany, z pozdzieraną tapetą stanowiły tablicę dla ogłoszeń różnego rodzaju. Większość z nich to reprodukcje średniowiecznych plakatów informujących o egzekucji. Ale były też notki w stylu: dam pracę, szukam pracy, spuszczę krew – za darmo i profesjonalnie, pan Rokita – ekspresowe czyszczenie kominów. Stoły, większość z jedną nóżką krótszą niż, nakryte były podartymi i wielokrotnie cerowanymi obrusami, które prawdopodobnie nigdy nie zaznały uroków pralki. Naprzeciwko drzwi, po drugiej stronie lokalu stała scena, a raczej scenka, na razie zasłonięta grubymi, być może kiedyś czerwonymi kurtynami. Było jeszcze za wcześnie na nocne atrakcje. Później, gdy impreza się rozkręci, kurtyna rozsunie się ukazując światu i publiczności ukrywane skarby. A całości tego przecudnego obrazu dopełniała klientela. Nocne męty z piekła wyrzucone za złe sprawowanie. Jedyna w swoim rodzaju zbieranina potworów tysiąca nocy i jednego dnia. Strzygi, wampiry, wilkołaki. Umarlaki i nieumarlaki, dzieci nocy, stwory dnia, topielice i wieczne wszetecznice. - To nie jakaś prowincjonalna knajpa – zwykł mawiać barman. – Mamy tu nawet własnego pisarza alkoholika.
Drzwi zadrżały od łomotu. Uwięziony w nich demon stróż zlustrował intruzów zakłócających spokój. - Kto tam? –spytał zdenerwowany, że przerwano mu kontemplacje nieskończoności. -Wesoła gromadka, ty głupi bucu – odpowiedział gruby basowy głos. - No, no, no. Tylko bez takich! – warknął demon, ale otworzył drzwi. Obcych mógł zjadać, ale swoich musiał wpuszczać. Taka była część paktu, w jaki wrobił go jeden wredny adwokacina. – Właźcie. Siedem niskich postaci wtarabaniło się do środka. Siedmiu niskich, za to potężnie umięśnionych facetów z bardzo długimi brodami, splecionymi w warkocze. Każdy z brodaczy miał zawieszony przy pasie toporek, których ostrza mogły spokojnie służyć za brzytwy do golenia. Splecione brodziska stanowiły jawny dowód marnotrawstwa niebezpiecznych zabaweczek. Chociaż kto wie, może czasem służyły do golenia, tyle że nie swoich właścicieli. - Się ma chłopaki! – zawołał właściciel wychodząc z zaplecza. Zwykle nie pojawiał się na sali przed jedenastą, ale odźwierny demon poinformował go, kto przyszedł. Z tymi krasnoludami lepiej być na dobrej stopie, inaczej można stracić swoją stopę. - Sie ma – zawołał Pępur. - Sie ma!! – krzyknął Kiciuś. - Się ma!!! – huknął Łapserdak. - …? – Łomot poprzestał na pytającym milczeniu. Było to zachowanie nieuprzejme i niezrozumiałe, ale po Łomocie nie należało spodziewać się niczego innego. - Się ma!!! – wrzasnęły chórem trzy pozostałe krasnoludy. - Co dla was? – spytał Alojzy Kmiotek. - Piwa. - Dużo piwa! - Bardzo dużo piwa!! - …? - Barman! – zawołał właściciel. –Beczka na mój koszt. - Masz gest chłopie – ucieszył się Pępur. - O przyjaciół trzeba dbać. - Jakby co, – Łomot zdecydował się wreszcie odezwać, gdy pozostali rozsiadali się za stołem. – Jakby, co się działo, to wal do nas jak w dym. Krasnoludy zatopiły brody w dzbanach piwa. Sala odetchnęła bezgłośnie z ulgą. Na razie nie zanosiło się na drakę. Przerwane wcześniej rozmowy powoli wracały na swoje tory. Barman wcierał kolejną porcję sosu w ladę barową. Wszystko wracało do normy. Wesoła gromadka potrafiła napędzić każdemu nie lada strachu. Oj, niewesoła to była banda. Choć tak naprawdę to poczciwe były z nich chłopaki.
Chłopaki, czyli Łomot, Kicia, Pępur, Łapserdak i jeszcze trzech innych rzeczywiście były poczciwe. Niestety z powodu soczystego języka i dość nieokrzesanych manier większość nie dostrzegała tego. Woleli omijać ich z daleka. Była to jawna i jakże krzywdząca niesprawiedliwość. Przecież nikt nie powinien oczekiwać od krasnoludów manier żywcem wziętych z high class cocktail party. A że czasem za łby się wezmą lub komuś łeb wezmą i odkręcą to każdy powinien zrozumieć. Zdrowy chłop, duży czy mały, musi się zabawić.
Trzeba było sobie jakoś radzić, na chleb i mleko zarobić. Jakieś kasabubu na zupkę chmielową oszczędzić. Jak mówi przysłowie, żadna praca nie hańbi. Krasnoludy pomne nauk ojców i dziadów założyły firmę. „Hej ho” spółka z.o.o. Wypłynęli na szerokie wody biznesu oferując szeroki wachlarz usług. Były to, między innymi ochrona osobista, ochrona mienia, rewindykacja długów prawdziwych, rewindykacja długów urojonych ( inaczej bezczelne ściąganie haraczy), lichwa i spuszczanie łomotu. Rynek w Polsce spragniony profesjonalistów wszelkiej maści przyjął ich z radością, a firma bardzo szybko zaczęła przynosić dochody. -Barman! – krzyknął Łapserdak. – Co to za szczyny nam dałeś? - Że szczyny to jasne – wrzeszczał Pępur. – Ale czemu tak mało? - Dawaj piwa! – nawołuje reszta. - Bo ci bródkę podgolimy – salwa śmiechu. - A jak bródki nie ma to cosik się zawsze znajdzie. Hulanka „Pod Straceńcami” nabierała tempa. Na tali tłoczno, gwarno i duszno. Nad głowami wszystkich, pod sufitem skłębiły się ,niczym chmury burzowe, obłoki spalonej nikotyny i substancji smolistych. Krasnoludy w wybornych nastrojach rozpiąwszy guziki w spodniach, rozbrajały kolejną beczkę. Przy barze, na wysokich poobijanych stołkach, z lekka się chwiejąc siedziały dwa ostro podchmielone wampiry. Przekrwione oczy mówiły wyraźnie, że nie jeden litr dziś już wyżłopały. - Barman! – sepleni jeden z nich, machając niepewnie ręką. – Dwie złośnice. - Przynieść czy przyprowadzić? - Nie mam siły na zapasy. Daj w kroplówce, Rh+ jeśli jest. Przy stoliku, ćmiąc cygara, rżną w pokera siedmioletnie dzieciaki. To wieczne młokosy. Na stole ,tuż obok zapasowej talii, stoją dwie karafki, uzupełniane w trakcie wieczoru przez obsługę. To eliksir młodości. Trójka niewinnie wyglądających dzieciaczków tankuje to regularnie od sześćdziesięciu lat. I grają tu co wieczór. Stawki są wysokie, ale chętnych nigdy nie brakuje. Potencjalne ofiary, zwabione szansą ogrania dzieciarni, lgną do tego stolika, jak ćmy do świecy. I kończą podobnie jak te ćmy. Ośmieszeni przegraną, ogołoceni ze wszystkiego co posiadali. Może się kiedyś nauczą nie oceniać ludzi po tym, jakie mają zęby, mleczne czy sztuczne. Drzwi otworzyły się z nieprzyjemnym zgrzytem. To demon z nudów imitował zardzewiałe zawiasy. Do środka weszło dwóch mężczyzn. Pierwszy, dwudziestoparoletni mężczyzna, wysoki, szczupły i całkiem przystojny. Na tle gromady stałych klientów jego normalność, aż biła po oczach. Pasował tu niczym świeże mięsko do schrupania. Tylko jego oczy, spokojnie, z lekkim rozbawieniem taksujące salę świadczyły o tym, że miejsce nie jest mu obce. Jego kompan był równie brzydki, jak tamten przystojny. Karlego wzrostu, nie mógł mieć więcej niż metr dwadzieścia, o nieproporcjonalnie dużej głowie i kończynach dziwnie krótkich. Twarz pokrytą nieregularnymi kępkami zarostu i bliznami zdobił szelmowski uśmieszek. Oczy, każde innego koloru, taksowały salę wypatrując znajomych twarzy. - Asmodeusz! Mordo niedomyta – dobiegł ich głos ze stolika krasnoludów. – Skąd żeś taką ślicznotkę wytrzasnął. - Pies cię chędożył – odkrzyknął karzeł podchodząc do stolika. Figlarz ruszył za nim. - Figlarz, obrzezańcu siadaj, siadaj, siadaj. Tylko mi tu nie udawaj. – Łapserdak po wypiciu nabierał niezdrowej ochoty na rymy. – Siadaj z nami, łachmytami. - Co tam, piwożłopy? – rzucił na powitanie. - A powoli, powolutku. Byle się nie przemęczać. - Ani innych nie zamęczać. - Barman!!! – głos Asmodeusza przedarł się przez otaczający ich gwar. – Piwa!!! - Wiesz co, Asmodeusz? – rzucił zaczepnie Figlarz, gdy rozsiedli się wygodnie. – Pasowałbyś do tej gromadki. Nic tylko ci sztuczną brodę doprawić i byłby z ciebie ósmy krasnal. - No, kurwa, tylko nie krasnal! Krasnal to cię zrobił przystojniaczku za pięć groszy – obruszył się Pępur. – My jesteśmy krasnoludy. - Czyli ludy krasne. - Takie małe, pocieszne ludziki. - Ale kurwa nie krasnale. Rozumiemy się? - A ty Figlarz młody jeszcze jesteś. Mleko pod wąsem niedawno straciłeś. My z karłem to nie takie harce odprawiali. - Taaa – zamruczały rozmarzone trzy pozostałe krasnoludy. - Brało się taką królewnę w obroty. - Oj, brało, brało i tańcowało w tę i nazad. - Ha – potwierdził Asmodeusz beknięciem. – Pamiętam, że raz to nawet taka jedna ducha wyzionęła. - I chuj, że wyzionęła. Smyrkać można dalej. - Taka najlepsza – zgodził się Pępur. - Chłodna i sztywna. - Że tak to ujmę, permanentnie nieprzytomna – podsumował bełkotliwym głosem Kiciuś. Broda pozlepiana w strąki, sklejona i zakonserwowana piwem była już na tyle sztywna, że krasnolud co chwila stukał nią o stół. - Ale ci się wzięło na fikuśne zdania – zaśmiał się Łomot. - Że tak to ujmę, pierdol się Łomotku kochany. – wyrzucił jeszcze z siebie zaczepiony, po czym finezyjnie zsunął się z krzesła. Po chwili rozległo się donośnie chrapanie. Reszta całkowicie ignorując ten incydent dalej rozgrzebywała nurtujący ich temat. - Poduczyć to bym i poduczył. Jaką królewienkę. - Albo i królewicza, jak się nie znajdzie białogłowa w koronie. - Mało ostatnio ich na świecie. Hrabia też by się nadał. - Jak dla mnie, to i baronówna by wystarczyła. - Albo szwaczka. - Mógłby być i chłopina jakiś najzwyklejszy. Taki prosto od pługa oderwany. Nawet on byłby miłym kompanem do zabawy. - Byle nie nadgniły. – zastrzegł się Łapserdak. - Byle nie nadgniły. – reszta krasnoludów zgodziła się z kolegą.
Stara, pozbawiona prawie wszystkich piór kukułka zamieszkująca zegar, oznajmiła wszem i wobec, że wybiła północ. Godzina duchów. Godzina czarów. Czas dziwów niezbadanych. - Dawaj te dziwy, ale tylko te zbadane. W moim wieku chorować jest niebezpiecznie. – krzyknął zza kart wieczny młokos. – I zamknijcie wreszcie to wredne ptaszysko. Rozmowy na sali powoli zamierały. Nawet przy stole wesołej gromadki zrobiło się spokojniej. Kiciuś smacznie chrapał na podłodze, wtulony w nogi Łapserdaka. Pępur był już niedaleki od podążenia śladami kolegi. Wodził nieprzytomnym wzrokiem dokoła, nie zatrzymując spojrzenia na niczym konkretnym. Asmodeusz wraz z Łomotem urządzili sobie zawody w piciu. Figlarz im sędziował. Stół, pełny pustych kieliszków wróżył niektórym niezłego kaca, ale to dopiero jutro. Dziś niech zabawa trwa. Nadchodził długo wyczekiwany przez wszystkich moment. Wielka niespodzianka dzisiejszego wieczoru. Barman ku uciesze gości, jeszcze przed chwilą rozkołysał nadwornego wisielca, świętej pamięci Antoniego, brata właściciela. Jednak wraz z wybiciem godziny dwunastej, złapał go za nogi uspokajając wisielczy taniec. - Witam państwa! – zawołał Alojzy Kmiotek stojąc pod sceną. – Witam wszystkich straceńców, których tu gościmy. Jak co noc, tak i dziś będę waszym konferansjerem – zawiesił głos czekając odzew ze strony sali. Nie zawiódł się. Odpowiedziała mu mieszanina krzyku i śmiechu, przepleciona od czasu do czasu gromkimi oklaskami. Alojzy podniósł ręce prosząc o ciszę. – Każdy wieczór jest wyjątkowy i niepowtarzalny, a jednak dzisiejszy przyćmi wszystkie inne. Tej nocy będzie Ona. Po długiej nieobecności znów zaszczyciła nas swoją obecnością. - Dawać lole! – krzyknął ktoś na tyłach przerywając zapowiedź zaraz jednak go uciszono. Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła i krótki, gwałtownie zdławiony krzyk. - Królowa nocy. Najpiękniejsza z pięknych. Ponętniejsza od samego grzechu. Oddaję ją w wasze ręce. No, raczej oczy niż ręce, paluchy proszę trzymać przy sobie. – głos zamarł na chwilę dla zwiększenia dramatyzmu. – Przybyła tutaj z krainy czarów. Przed wami Aaaalicjaa!!!
Część 22 / 3
******
Impreza chyliła się już ku końcowi, gdy Figlarz zorientował się, że kogoś brakuje. Krasnoludy smacznie spały, nic sobie nie robiąc z niewygody krzeseł czy podłogi. Kiciuś i Łapserdak, niczym kochankowie, rozwalili się na ziemi spleceni w miłosnym uścisku. Reszta chrapała w pozycjach pośrednich między siedzeniem, a leżeniem. Jedynie Łomot wykazywał jakie takie oznaki kontaktowności. Oparty łokciami o kant stołu i podtrzymując ręką chwiejącą się głowę, wychylał kolejne kieliszki wody ognistej. Chyba nie zorientował się jeszcze, że konkurs na picie dobiegł końca parę godzin temu. A jeśli wiedział o tym, to postanowił rozegrać dogrywkę. - Łomot? – głos Figlarza też zdradzał szkodliwy wpływ alkoholu na organizm. Jednak cwany chłopak, wiedząc że ma słabą głowę, nie pił dziś za wiele. W tym towarzystwie mogłoby się to źle dla niego skończyć. – Łomot, widziałeś Asmodeusza? Brodaty krasnolud spojrzał na niego, nie za bardzo zdając sobie sprawę, o co chodzi. Wreszcie trybiki w jego głowie, zardzewiałe od wódy i piwska, ruszyły. - Zwiał szmaciarz – wyseplenił. – Poddał się, tchórz jeden. Walkowerem. Wziął się i zwiał, gdzieś na zaplecze. – Łomot wychylił kolejną banie. – Chodź mój przyjacielu. Mój jedyny, prawdziwy przyjacielu, chodź napijmy się. - Może innym razem – powiedział Figlarz wstając – mam już dość. Pójdę lepiej poszukać tego zasranego karła. Jeszcze wpląta się w jakąś drakę. - Zdrada!!! Wszyscy zdrajcy. Gówno i tyle. Figlarz odszedł od stołu ignorując dalsze krzyki. Bar straceńców wyglądał jak pobojowisko. Trzeźwiejsza część klienteli już się ulotniła. Zostali jedynie ci, dla których jedynym ratunkiem było kilka godzin snu i wiadro zimnej wody na pobudkę. Właściciel, chłop o poczciwym sercu, patrzył na to przez palce. Taka już była ta zbieranina. Trzeba machnąć ręką i jakoś z tym żyć, albo zwinąć interes. Barman, inny niż poprzednio, pewnie z porannej zmiany, porządkował bar. Znaczyło to tyle, że rozmazywał nieświeżą ścierą kolejną warstwę brudu. Tak tu już było z higieną. Żyć z tym nie trzeba, zawsze można zmienić lokal. Ignorując go, Figlarz ruszył w kierunku zaplecza. Przestępując nad tarasującymi drogę ciałami, dotarł wreszcie do słabo oświetlonego korytarza. Wszedł do środka. Drzwi jednego z pomieszczeń były otwarte.
*******
- Ja już nie mogę. Masz coś wymyślić. - Nie denerwuj się kochanie. Postaram się. – ten głos mógł należeć tylko do karła. Zaciekawiony Figlarz ruszył powoli w stronę drzwi. Zajrzał przez szparę. W środku pomiędzy nigdy nie używanymi miotłami i szczelnie zamkniętymi, po wsze czasy, środkami czystości stał dębowy regalik, a na nim lustro. Asmodeusz siedział naprzeciwko przeglądając się w nim. Nikogo innego w pokoju nie było. - Cały czas się starasz. Nic innego nie robisz tylko się starasz. I zobacz jak skończyłam dzięki tym staraniom – dźwięczny kobiecy głos dowodził niezbicie, że ktoś tu jednak musi być. Figlarz uderzył się w myślach w głowę. – Lustro tumanie. On rozmawia z lustrem. A raczej z kimś po drugiej stronie. – Na młodzieńczej twarzy rozgościł się złośliwy uśmieszek. – Ciekawe, kto to może być? Czyżby… - Alicja kochanie, najdroższa – bronił się Asmodeusz – przecież wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko. - A tym czasem nie robisz nic. - Ranisz mnie mówiąc w ten sposób. - A ty myślisz, że ja nie cierpię. - Ale… - Żadnego ale! – nie ustępowała Alicja. Jak na kobietę o tak pięknym ciele, miała rażąco irytujący głos, którego brzmienie każdego mogło doprowadzić do rozstrojenia nerwów, w ciągu zaledwie kilku minut. A jednak karzeł słuchał. Pomimo zarzutów i oskarżeń jakie wypowiadał głos, słuchał z lubością. – Za kogo ty mnie uważasz. Za jakąś nędzną lafiryndę. Co ty sobie wyobrażasz? Mam być dumna z tego, że jestem striptizerką w tej nędznej spelunie. Ja jestem artystką. I żądam godnego traktowania mojej sztuki. - Ale, cóż ja pocznę? – atakowany westchnął rozdzierająco. – Ostatni producent, z którym cię poznałem wylądował w psychiatryku. A wcześniejszy chleje na umór i zaczepia ludzi na ulicy pytając o drogę do krainy czarów. - I to niby moja wina? – żachnęła się Alicja. – Jak mnie przedstawiasz samym świrom i nieudacznikom to co się później dziwisz. Ja chcę do Groty. Załatw mi rozmowę z kimś, kto się na mnie pozna. - Zobaczę co się da zrobić – powiedział z rezygnacją. - Kochany jesteś. – pisnęła Alicja radośnie, a jej głos zmienił się nie do poznania. – Tak, w takim głosie można utonąć. – pomyślał Figlarz. – Pocałuj mnie misiu i zmykaj. Mamusia musi iść spać. Wiesz jak cierpi moja cera, gdy jestem przemęczona. – Asmodeusz przysunął się do lustra i złożył pocałunek na jego powierzchni. – No, a teraz już zmykaj. Figlarz stwierdził, że na niego też już pora. Nie chciał przecież, aby przyjaciel nakrył go na podsłuchiwaniu. Wybiegł z korytarza, zapominając w pośpiechu patrzyć uważnie pod nogi i potknął się o czyjś zezwłok. W następnej chwili leżał już na ziemi. Zanim zdążył się podnieść, poczuł jak potężna łapa opada na jego kark i ściska niczym imadło. - Mam cię podglądaczu! – warknął groźnie karzeł. – Zachciało się wtykać nos w nie swoje sprawy, co? - No co ty? – zaprzeczył Figlarz nieźle wystraszony. Zdarzyło mu się już kilka razy odczuć gniew Asmodeusza na własnej skórze. Tak już wyglądała ta przyjaźń. Brutalnie. - To co tam robiłeś? - Martwiłem się o ciebie. Łomot powiedział, że jesteś na zapleczu, to poszedłem sprawdzić. - I myślisz, że w to uwierzę? - A dlaczego miałbym kłamać? - W sumie racja – rzekł nieco łagodniej już udobruchany. Zaraz jednak głos mu stwardniał. – Ale, jeśli komuś powiesz to marny twój los. - Zwariowałeś? Po co miałbym to zrobić. - Nie wiem. A powiesz? - Jasne, że nie – powiedział zgodnie z prawdą Figlarz. - Dobra, zapomnijmy o całej sprawie. – Podniósł chłopaka do pionu. – Zbieramy się do domu. Cuchnie tu jak w gorzelni. Ruszyli do wyjścia. Figlarz zgryzał policzki by nie parsknąć śmiechem. Zakochany diabeł. Jak świat światem, ale coś takiego w życiu mu się nie zdarzyło. To było możliwe jedynie na kartkach papieru. ** Kilka metrów od bramy czekał nieznajomy mężczyzna, co kilka chwil przestępował z nogi na nogę i z rosnącą niecierpliwością wpatrywał się gniewnie w kołatkę zamieszkaną przez demona. - No wpuść mnie! – Warknął nie wiadomo który już raz. W głosie zdało się czuć rezygnację świadczącą o tym, że tak naprawdę nie wierzy, aby demon się złamał. Nie rezygnował jednak, nie mógł sobie na to pozwolić. – Słyszysz tumanie?! Czekam tu przez ciebie pół nocy. Nakazuję ci natychmiast otworzyć tę bramę. Demon milczał z całą stanowczością, a kołatka kołysała się delikatnie. Raz czy drugi, gdy tylko cienki włos dzielił ją od stuknięcia, wyhamowywała. - Przecież wiesz, że to nic nie da. I wiesz co… sam chciałeś tu pracować, więc nie obwiniaj mnie teraz za to. Ja tylko zagadałem tu i tam, aby wszystko załatwić… - Niech będzie, wchodź – demon najwidoczniej zmiękł. - A nie zrobisz tego co ostatnim razem? – Spytał z nieufnością mężczyzna. - Nie, właź i nie trać więcej mojego czasu. - Obiecaj – zażądał nieznajomy. Miotał się w niepewności pomiędzy potrzebą dostania się do środka, a strachem przed kaprysami demona. - Nie przeciągaj struny, bo cie zjem. Ruszył przed siebie i ostrożnie zbliżył się do bramy. Już miał ująć kołatkę i zastukać, gdyby się udało, demon byłby zmuszony zastosować się do protokołu, a protokół nie odmawiał mężczyźnie wstępu do Baru Straceńców. Robił to jedynie nieznośny odźwierny. W ostatniej chwili gdy palce niemal dotykały metalu, nieszczęsny gość zostały wessany nieszczęśnika do środka kołatki. Przez dobrą minutę dało się słyszeć krzyki i szamotaninę towarzyszącą spuszczaniu łomotu. Wreszcie demon wypluł ofiarę i z zadowoleniem w głosie rzucił w ślad za nią. - Dwa zero dla mnie. Mężczyzna leżał na asfalcie jęcząc i klnąc na przemian. Wreszcie podniósł się i spojrzał na drzwi z nienawiścią w oczach. Ocenił siły na zamiary i westchnął zrezygnowany. - To przekaż mu przynajmniej, że tu jestem i czekam. - Ani mi się śni, ale jeśli to jest tak pilne, to wejdź i sam mu to powiedz. - Abyś mi znowu dokopał? To ja już wolę poczekać. Ale będziesz miał się z pyszna, jak tylko się dowie z jak ważną sprawą mnie wstrzymałeś. Już on da ci do wiwatu! Demon zamilkł, dobitnie dając do zrozumienia, że nie ugnie się ani przed prośbą ani przed groźbą. Posłaniec podczołgał się pod mur, posykując przy tym z bólu, oparł się i czekał. Przyszło mu tak siedzieć jeszcze ze dwie godziny, nim drzwi się otworzyły. A gdy już nastąpił ten moment, czyniły to z wyraźną niechęcią, najwolniej jak się tylko dało, skrzypiąc przy tym tak głośnio, że wszystkie koty w okolicy dostały rozstrojenia nerwów. W progu, wyraźnie odcięte na tle światła padającego z wnętrza, stanęły dwie postacie. Z powodu różnicy wzrostu, na pierwszy rzut oka, można by je wziąć za ojca i syna. Jednak każdy, szanujący się, bywalec Baru Straceńców wiedział że, poza wiecznymi młokosami, dzieci tu nie przychodzą. Poza tym czekający mężczyzna od razu rozpoznał niższego z wychodzącej pary. To właśnie on był osobą, z którą niezwłocznie musiał się rozmówić. Podniósł się szybko z asfaltu i podszedł do drzwi. Zatrzymał się jednak na tyle daleko, by zachować bezpieczny dystans przed czułymi ramionami bezcielesnego odźwiernego. - Asmodeuszu – zawołał nie tracąc czasu na powitanie – mam dla ciebie wieści. Dwójka wychodzących zrównała się z posłańcem. - Cześć Pawle – powiedział zmęczonym głosem karzeł. Całonocna popijawa i humory Alicji znacznie uszczupliły jego wigor. – Z czym przychodzisz? Paweł potrząsnął głową, skrzywił się i obmacał poobijane mięśnie karku. - Obawiam się, że nie są to dobre wiadomości – rzekł. – Czekam tu już pół nocy, ale ten parszywy demon nie chciał mnie wpuścić. - Dziwisz się – złośliwy śmiech małego człowieczka niemile drażnił uszy – Narobiłeś sobie wrogów, to teraz cierp ciało jak żeś chciało. Nie trzeba go było oszukiwać. Ale mniejsza o to – jego głos spoważniał – chciałeś się ze mną spotkać. Mów, co to za ponure wieści przynosisz w prezencie. Paweł zasępił się i zerknął na Figlarza. - Czy można mu ufać? – Spytał. - Beż obaw, jest nasz. Głos Pawła z pozoru wyprany był z wszelkich emocji, jednak oczy zdradzały burzę targającą nim od środka. - Gaweł nie żyje.
*** - Gaweł nie żyje – powiedział znajomy karła. - Jak? – spytał spokojnie Asmodeusz. Nie zwiodło to jednak Figlarza, który momentalnie wyczuł budzący się do życia wulkan. - Nie wiem. Znikł kilka dni temu. Dziś wieczorem znalazłem jego ciało. - Gdzie? - U was. W Krakowie - Dobra, powiesz mi wszystko co wiesz, ale to za chwilę, gdy będziemy już w drodze. – Karzeł podszedł do drzwi, chwycił kołatkę w swoje palce i ścisnął z siłą stalowych obcęg. Ze środka wyrwał się pisk bólu. – Z tobą rozliczę się innym razem. I możesz mi wierzyć, to będzie bardzo nieprzyjemne. Figlarz – rzucił w stronę chłopaka - doprowadź się do stanu używalności, idziemy . Znał ten stan, w takich chwilach jego przyjaciel był nieprzewidywalny. Kiwnąć więc głową. - Paweł mów jak było. Bez upiększeń, bez kolorowanek. Jak na pieprzonej spowiedzi… - głos cichł, gdy obaj oddalali się coraz bardziej. Figlarz stał i obserwując ich plecy wyrzucił dopiero co odpalonego papierosa. Dogoni ich za chwilę. Teraz czas na mniej przyjemną część wieczoru. Oparł się o bramę. Dwa place w gardło. Chwila mdłości i nadzieja, że Gaweł cierpiał przynajmniej tak samo jak on w tym momencie. Znał go jedynie ze słyszenia. Ich terytoria nie przecinały się, więc nigdy nie było okazji spotkać się osobiście. - Zaczęło się – pisnęły drzwi, nie przejmując się nawet kolorowym freskiem jakim Figlarz je upstrzył. - Co się zaczęło? - To ty nic nie wiesz? - A niby skąd mam wiedzieć! – Warknął Figlarz odreagowując na bogu ducha winnym demonie. W głowie mu huczało. Gwałtowne pozbycie się takiej ilości alkoholu, mocno osłabiło sympatię do otoczenia. Osobiście przypuszczał, że Gaweł wdał się w jakąś drakę, a ta doprowadziła go do Krakowa i pomogła w z zejściu z naszego świata. Drzwi milczały urażone. - No, powiedz… przepraszam. Powiedz, dobra? Nie obrażaj się. Trochę mnie poniosło, ale przecież wiesz, że cię lubię. Demon widocznie udobruchany tymi słowy odezwał się ponownie. - Paweł to ten co tu był. Gaweł to jego brat. - I…? - To strażnicy, tak jak i ty. Są, a raczej byli, jeśli wierzyć słowom Pawła, cholernie dobrzy w swoim fachu. To oni mnie złapali, a nie małe ze mnie ziółko – dodał z nutką samouwielbienia. – Już mieli mnie wygnać z tego świata, ale wpadli na lepszy pomysł. Wrobili mnie w robotę stróża w tej spelunie. Tak dla draki. A teraz Gaweł nie żyje… zaczęło się… - Ale co się zaczęło? - Polowanie – demon był dziwnie jak na niego małomówny. Zwykle pierwszy rozsiewał wszystkie plotki, nierzadko puszczał też w ruch jedną czy dwie własnego autorstwa. - Polowanie? Na co? – Nie ustępował Figlarz. - Na was. - Na nas? - Tak, na was. Na strażników. ** Przyszedł w nocy, w najcichszej godzinie mroku. Figlarz nie spał. Czuł, że dziś wydarzy się coś wyjątkowego. Skąd ta pewność? Nie wiedział i nie przejmował się tym. Popielniczka, zapełniając się niedopałkami, odmierzała miarowo czas. Życie w mieszkaniach obok powoli zamierało. Gasły światła, a materace trzeszczały pod ciężarem mężczyzn i kobiet. Figlarz czuwał. Spiker w radiu zakończył audycję Klubu Nocnych Marków. Wybiła godzina trzecia. Wreszcie przyszedł, gość oczekiwany od tylu lat. Znienawidzony i pogardzany, a jednocześnie pożądany. Chłopak marzył o tym spotkaniu od bardzo dawna, a jednak teraz spytał. - Czego chcesz? - Przebaczenia – odpowiedział jego ojciec. Figlarz milczał. Ileż to razy przeżywał tę chwilę, w snach i na jawie… tę rozmowę, która wreszcie nadeszła. Minuty mijały powoli, a oni siedzieli naprzeciw siebie. - Nie dostaniesz go – szepnął głosem tak cichym, że prawie niesłyszalnym. Mężczyzna jednak usłyszał. Pokiwał głową ze zrozumieniem. Figlarzowi zrobiło się go żal. – Czy mogę zrobić dla ciebie coś jeszcze? Może kubek herbaty? Mam spory wybór: jaśmin, zielona, czarna, cynamonowa. - Chętnie – odparł. – Dziękuję. - Jak tam jest? – spytał nalewając wody do czajnika. – Tam gdzie jesteś. Ojciec zamyślił się na chwilę. Był taki, jakim Figlarz pamiętał go ze zdjęć, młody, być może w tym samym wieku co chłopak, może trochę starszy. - Smutno – odpowiedź na pytanie była krótka, lakoniczna. Był trochę niższy od syna, drobnej budowy i delikatnej, trochę dziewczęcej urody. Spojrzeli sobie w oczy, jego były szare. Nie takie jak kiedyś, zresztą Figlarz nie pamiętał za dobrze. Wspominał go w czerni i bieli, obraz ze starych zdjęć. Może dlatego są szare, jak na tych zdjęciach. Figlarz odwrócił wzrok i utkwił go w kubku z herbatą. - To dobrze – pociągnął łyk. – Cieszę się. - Wiem. Dlatego tam jestem. Trzyma mnie twoja chęć zemsty, twój gniew. - Dziwisz się? – rzucił zduszonym głosem. – Masz czelność się dziwić? – nerwowy śmiech… żal gdzieś zniknął, a wspomnienia napływały. – Może, masz mi to za złe, co? – spytał zaczepnie – A może chcesz poznać modlitwy sześcioletniego synka, gdy mieszkał z nimi tatuś? Chcesz poznać zapomniane echo tamtych czasów? Jego marzenia i lęki, gdy był starszy, gdy tatusia już nie było? Chcesz?!! Masz, kurwa, szczęście, że jesteś martwy! Oj, przejechałbym się po tobie, gdybyś znajdował się wśród żywych! Figlarz powoli cedził słowa. Jego głos falował, to wznosząc się, to opadając. Mięśnie na twarzy napięły się. Stary, na wpół zapomniany przyjaciel z dawnych lat powrócił. Nienawiść. Nienawiść do człowieka o szarych oczach. - Jak będzie? – nie ustępował. – Powspominamy razem? Ojciec zbladł nagle, jakby cała krew odpłynęła z jego twarzy. Stał zgarbiony, znoszony przez życie. Zniszczony. Skulił się, a jego ciało kurczyło się w sobie. Młodniało. Malało. - Nie – szepnął. – Nie trzeba. Znam twój ból. Znam, aż za dobrze. Co dzień, co noc, od chwili mojego sądu przeżywam twoje cierpienie, wrzucony w koszmary dzieciństwa. Taka jest kara, jaką mi wyznaczono. Cena za to, co uczyniłem. Będzie tak, dopóki mi nie przebaczysz. Jeśli to uczynisz, mam jeszcze jakąś szansę. Ojciec Figlarza zniknął. Na jego miejscu stał sześcioletni chłopczyk. Tylko oczy, bardzo stare oczy, zdradzały prawdziwą tożsamość dziecka. Ciałem Figlarza wstrząsnął dreszcz. Dawno zapomniane, niechciane łzy spłynęły po policzkach. Z gardła wydobył się rozdzierający ciszę jęk. Chropowata powierzchnia kubka pod opuszkami palców. Zmuszając się upił łyk herbaty. Cierpkość jaśminu przemieszała się z solą łez. Cisza ponownie została zmącona. Trzask rozbijanego naczynia i mokra plama na ścianie. Mały chłopiec stał sztywno wyprostowany wpatrując się ze zdziwieniem w wilgotny kwiat rosnący na ścianie. Słaby. Bezbronny. Zdumiony faktem, że wyrok na który czekał, nie zapadł. Figlarz zamknął oczy. Błysk. Znowu tam był, by przeżyć wszystko jeszcze raz. Po chwili obraz znika, młodzieniec przetarł twarz. Kubek uderzył daleko od dziecka, najdalej jak było można. - Nie jestem tobą – mówił już całkiem spokojnie. – Nie jestem i nigdy nie będę. Taką mam przynajmniej nadzieję. Nie jesteś moim ojcem. Wyrzekam się ciebie. Krew z krwi. Kość z kości. Gówno. Jedno wielkie gówno. Tylko tyle. Nic więcej i nic mniej. Ojciec - z powrotem w dorosłej postaci - siadł na podłodze. Syn oparł się o zagłówek kanapy. - Palisz? – zapytał, sięgając po papierosy. - Z przyjemnością – zaciągnął się, a na twarzy rozgościł się wyraz błogości. – Nie ma to jak porządny tytoń. Tam gdzie teraz jestem, mamy do palenia tylko jakieś obrzydliwe siano. Chłopak rozsiadł się wygodniej i też zapalił. Przetarł rękawem oczy, osuszając je do reszty. Przez chwilę oboje, ojciec i syn milczeli, zatopieni we własnych myślach. - Nie nienawidzę cię – pierwszy przerywa ciszę Figlarz. – Kiedyś…tak, ale teraz już nie. Nie jesteś tego wart. - Dzięki nawet za to. To już coś – powiedział uśmiechając się krzywo. Po krótkim wahaniu syn odpowiedział uśmiechem. Takim samym. Przymrużone oczy i na wpół żartobliwy, na wpół pogardliwy grymas wykrzywiający prawą część ust. W tej jednej magicznej chwili, musieli być bardzo do siebie podobni. - Ale nie wybaczam. Niby dlaczego? Co mi z tego przyjdzie? - Spokój ducha – podpowiedział ojciec. - Sram na spokój ducha. Lubię moją popapraną duszę. Dzięki niej wiem, że żyję. Czuję, że żyję. - Hmm – zamyślił się. – W takim razie miłosierdzie też pewnie nie przejdzie? - Nie. Tak łatwo tego nie załatwisz. Musisz wyrównać rachunek. Zabrałeś mi wiele. Zabrałeś mi radość, zabrałeś dzieciństwo. Co dostałem w zamian? Ból, płacz matki i strach. Musisz przywrócić równowagę. Coś dać, może wtedy coś weźmiesz. Ojciec nie odzywał się, jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Wreszcie uśmiechnął się. To uśmiech uczniaka, któremu wpadł do głowy pomysł na świetny figiel. - Dobrze, Figlarzu. Dam ci to, na czym najbardziej ci zależy – zadecydował. – Coś, czego pragnąłeś. O czym śniłeś odkąd pamiętasz. Jeśli tylko chcesz, dam ci to. Ostrzegam cię jednak. Ten dar może cię zniszczyć tak samo, jak zniszczył mnie. Jeśli pragniesz, otrzymasz twoje dziedzictwo. Człowiek, który za życia był ojcem Figlarza, wstał. - Na dobre i na złe – głos zabrzmiał czysto i wyraźnie wypełniając cały pokój, piękny niczym żywe srebro. – Przekazuję ci twoje dziedzictwo. Moc uczynienia tego, co musi zostać dokonane. Być może wtedy zrozumiesz mnie lepiej. A gdy zrozumiesz, może wtedy przebaczysz. Postać ojca rozbłysła wewnętrznym blaskiem. Ręce powędrowały w stronę splotu słonecznego. Wbił je do środka, nic sobie nie robiąc z praw fizyki. Jednak natura nie dała się zwieść do końca. Ciałem wstrząsnął dreszcz. Z ust wyrwał się krzyk przepełniony bólem. Zachwiał się, ale nie upadł. Figlarz nie pamiętał, w którym momencie wstał. Po prostu nagle zdał sobie sprawę, że stoją naprzeciwko siebie, w odległości nie większej niż metr. Ręce jego ojca wynurzyły się. Ociekały krwią. Życiodajny płyn mieszał się ze światłem uwięzionym w jego dłoniach. W oczach malowało się cierpienie, ale i ulga. To była radość, jaką czułby Syzyf, gdyby dostał w prezencie kolejkę górską… albo jeszcze lepiej zmiennika. - Jako że wyrzekłeś się mojej krwi – głos niewiele głośniejszy od szeptu – daję ci ją ponownie, aby dopełnić przeznaczenia. Wraz z krwią daję ci ten oto dar… Przekleństwo to jest czy błogosławieństwo? Nie wiem. Pewnie jedno i drugie – spojrzał na syna. – Nie zmarnuj tego tak jak ja. Bądź silniejszy. Uniósł ręce do klatki piersiowej Figlarza i wepchnął tam kulę. Chłopak spróbował złapać oddech, ale nie był w stanie. Jego czy zaszły mgłą. Zachwiał się. Ciało niczym szmaciana lalka upadło na podłogę. Ojciec pochylił się nad synem i dotknął jego czoła, pozostawiając w tym miejscu czerwoną plamę. - Trzymaj się, mały – powiedział. Na całkiem fajnego gościa wyrosłeś. Na mnie już czas, do zobaczenia.
Zbliżało się południe, gdy Figlarz się obudził. Czuł się słaby jak człowiek powracający do zdrowia po długiej chorobie. Niepewnym krokiem ruszył do łazienki. Na kiblu siedział karzeł. Gwizdał i czytał książkę. Chłopak stanął jak wryty gapiąc się przed siebie niepewny, czy to nie jakieś omamy. - Co jest… kurwa? – wystękał wreszcie. - To nie sen, mały. Ani żadne omamy – powiedział karzeł. – Przysłał mnie twój ojciec, abym ci pomógł. Sam nie mógł zostać dłużej, a ja mam dług do spłacenia – zmierzył nieżyczliwym wzrokiem intruza zakłócającego mu kontemplację książki. – A teraz daj mi się wysrać w spokoju, człowieku. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakie zatwardzenie miałem w piekle. Zanim Figlarz uciekł z łazienki, zerknął przelotnie w lustro. Zobaczył przecinającą czoło krwawą linię. Jeszcze jedno ulotne wspomnienie pozostało po nocnych odwiedzinach. Zaraz po tym gdy został naznaczony, zaraz po tym, gdy wpadł w ramiona ojca, słaby niczym nowo narodzone dziecko, Mężczyzna o szarych oczach przytulił go, po raz pierwszy od wielu lat. Przytulił i szepnął prosto do ucha. - Niedługo, ktoś cię odwiedzi. Nie wiem jaką postać przyjmie. Nie wiej jako kto się przedstawi. Powie, że to ja go przysłałem. Nie ufaj mu. To wąż. Nie pozwól, by domyślił się, że wiesz. To żmija. Czekaj. Gdy nadejdzie czas, będziesz wiedzieć co robić. - Nawet gdy Figlarz omdlał, jego ociec mówił jeszcze przez długie minuty. Mówił o rzeczach które nadejdą i o brzemieniu które złożył na barkach syna. Szept ten zawierał w sobie resztkę mocy. Ledwie kilka kropel. Niemniej to wystarczyło. Wyszeptane ostrzeżenie ożyło, a przynajmniej posiadło pozory życia. Posiadało, co najważniejsze instynkt przetrwania. Przyczaiło się w najgłębszych zakamarkach umysłu, zacierając po sobie wszystkie ślady. Czekało. Czekało przez kilka lat. Było cierpliwe. Czekało na czas który ma nadejść. ** Pomimo poranka, gdy Figlarz dotarł na miejsce, zaułek spowijał mrok. Na głównej ulicy w pierwszych promieniach wiosennego słońca, drzewa z szarości przechodziły w zieleń. A w zaułku nic, tylko ciemność. Miejsce zostało wyciemnione. Nieliczni o tej godzinie przechodnie, sami nie wiedząc czemu, przechodzili na drugą stronę ulicy lub zawracali szukając innej drogi. Figlarz zrobił krok do przodu. Ostre światło błędnych ogników boleśnie uderzyło po oczach. Co tak długo – usłyszał na powitanie. Ja też cię lobię. Nie mogłem was zlokalizować. Co macie? Karzeł wzruszył ramionami. - Jeszcze nic. Żadnej aury, żadnych śladów. Miejsce jest czyściutkie. - A ściany? - Żadnych wspomnień wtopionych w mury – odpowiedział mu Paweł. – Ani wspomnień, ani emocji. Nawet najsłabszej. Zaczynało się robić ciekawie. Kamień co prawda nie chłonął aury ludzkiej równie chętnie jak drewno. Zbyt długo był martwy by pamiętać czym jest życie. Jednak po tak silnym wstrząsie jak śmierć całe miejsce powinno aż buzować. A tu nic. Nawet cieniutkiej warstewki ściekającej po ścianach. Strażnicy nie byli śledczymi. Nie byli też detektywami. To raczej łowczy. Świat w którym żyją, rządzi się brutalnymi prawami. Oko za oko, kieł za kieł. Jeśli przekroczysz granicę wyznaczoną przez traktat, sprawiedliwość będzie szybka i niekoniecznie bezbolesna. W najlepszym przypadku banicja, jeśli miałeś pecha, śmierć. Strażnicy to psy gończe. Tylko jak tu tropić, gdy przysłowiowego nosa nie ma w co wsadzić. - Próbowaliście go ożywić? - Wzdrygnął się na samą myśl o takim życiu po życiu. Ale gra warta była świeczki. Stwór czy człowiek, wystarczająco dobry, by załatwić Gawła, nie zostawiając przy tym żadnych śladów stanowił duże zagrożenie. Nawet gdyby ceną za informację było skazanie Gawła na egzystencję w ciele które już umarło. Na wyrwanie duszy z objęć snu wiecznego i przytwierdzenie przemocą do ciała które już zaczęło się rozkładać. Paweł popatrzył na niego z wyraźną niechęcią. - Ty chyba nie na poważnie... - Dlaczego nie. Robiliśmy już tak. Wy nie? - Niezmiernie rzadko. Tylko gdy inne środki zawiodły. Poza tym nigdy nie uczyniłbym czegoś takiego własnemu bratu. Tym razem to na Figlarza przyszła kolej by wzruszyć ramionami. Spojrzenie Pawła oziębiło się jeszcze o kilka stopni. - Pamiętaj, nie jesteś u siebie? - Spokój panowie. Figlarz, ty najpierw pomyśl zanim zaczniesz mielić ozorem. Gdzie ty znajdziesz jego duszę. Wyczuwasz choćby jedną nić łączącą ją z ciałem, bo ja nie. Ten kto zabił Gawła, naprawdę się postarał. Paweł nie denerwuj się. Znasz mnie przecież i wiesz, że bym tego nie zrobił. Nawet gdyby to była jedyna możliwość złapania ptaszka co pod moim nosem takie harce odprawia. - Potarł twarz rękami próbując zebrać myśli. - Dobra zacznijmy od początku. Paweł jesteś pewien że nie wiesz co sprowadziło twojego brata do Krakowa? - Przykro mi. Jest tak jak mówiłem. Wszystko było w porządku, do czasu gdy zniknął. Nie mogłem go znaleźć, nie mogłem go wyczuć. Udało mi się dopiero, gdy umierał. Zresztą sam wiesz, że jesteśmy połączeni. - Wiem, właśnie dlatego wydaje mi się to takie dziwne. Zaklęcie maskujące wystarczająco silne, by ukryć Gawła przed tobą, od razu zwróciło by naszą uwagę. Tymczasem przez ostatnie dni nie wydarzyło się nic niepokojącego. - Zamilkł tchnięty jakąś myślą i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w to co zostało z ciała Gawła. Nie był to przyjemny widok, ale całej trójce zdarzało się widywać już gorsze. - Stanie tutaj do niczego nas nie doprowadzi - powiedział wreszcie. - Trzeba się dowiedzieć czy nie kontaktował się z kimś w Krakowie. Może ktoś coś widział. Figlarz, sprawdź rusałki z placu Biskupiego. Wypytaj także wodnice, chociaż wątpię by Gaweł gustował w naszych wiślanych topielicach. Nie są zbyt rozmowne, ale jak się odpowiednio przyciśnie... zresztą co ja cię będę uczył. Sam dobrze wiesz co robić. - A ty? - Ja zepsuje porannego kaca wesołej gromadce. Niewiele jest rzeczy w Krakowie, które dzieją się bez wiedzy Łomota i jego kompanów. Postaram się też odwiedzić pana Pancernika w jego Grocie. Mam pewne podejrzenie, ale jeszcze za wcześnie by wyciągać wnioski. Spotkajmy potem u Witolda. - Zwrócił się do Pawła. - Dla ciebie mam inne zadanie. Wracaj do Gdańska. Przetrząśnij to miasto do góry nogami i dowiedz się co Gaweł robił zanim zniknął.
Część 33 / 3
** Dzień już rano zapowiadający się paskudnie, po południu okazał się jeszcze gorszy. Pogoda, chwiejna i niepewna, niczym pijany żeglarz nie mogła się zdecydować w którą stronę pójść. Wreszcie koło południa niebo pękło. Przemierzanie miasta zmieniło się w karkołomną wędrówkę. Ani bajoro w butach, ani kac nie poprawiały , już i tak kiepskiego nastroju. Normalny człowiek, ze wszystkimi klepkami na swoim miejscu, siedziałby teraz w domu, w wygodnym fotelu przed telewizorem lub z książką, trzymając w ręku kubek grzanego wina dla polepszenia krążenia – podszepnęła jakaś część umysłu. Inna natychmiast zripostowała. - Tyle, że ty do zbyt normalnych nie należysz. Nie miałeś nawet na tyle oleju w głowie, by skoczyć do domu po jakąś miksturę lub amulet leczniczy na cholernego kaca.
Kancelaria mieściła się w starej przedwojennej kamienicy niedaleko Rynku Głównego, mniej więcej pośrodku drogi między Basztową i Teatrem Bagatela. Poszarzałe tynki, na parterze upstrzone niechlujnym graffiti, stanowiły mało zachęcający widok. Jedynie metalowe drzwi wyglądały na nowe. Z boku domofon w opłakanym stanie, cały powgniatany i odrapany. Nie wydawało się prawdopodobne by jeszcze działał. Mimo to Figlarz odszukał kancelarię Witolda Borysewicza i nacisnął guzik. Kancelaria wraz z całym budynkiem wynajęła do zapewnienia bezpieczeństwa firmę ochroniarską „Hej ho”. Demon strażniczy przeskanował gościa szukając niebezpiecznych przedmiotów. Znalazł ich wystarczająco dużo, by zgodnie z protokołem przywitać go w sposób jaki demony lubią najbardziej, jednak ku swemu rozczarowaniu protokół nadawał Figlarzowi immunitet. Skontaktował się z sekretariatem Witolda. Uzyskawszy informację, że Figlarz jest oczekiwany otworzył drzwi. Chłopak wszedł do środka. Klatka schodowa robiła równie odpychające wrażenie co front budynku. Słabe, chorobliwie żółte, światło padało na odrapane ściany. Drzwi do mieszkań wykończone były niechlujnie. Natomiast zamki wyglądały na nowe i solidne. Widać lokatorzy nie poprzestawali na usługach firmy „Hej Ho”. Barierka przy schodach była upstrzona rdzawymi plamami, chwiała się przy najlżejszym dotknięciu. A same schody, nie remontowane być może od czasów wojny, skrzypiały niepokojąco pod stopami. Drzwi do kancelarii wyglądały równie zniechęcająco. Jedynie mosiężna tabliczka była lśniąca jakby dopiero co wyszła spod ręki snycerza. Głęboko ryte litery głosiły : Kancelaria prawna, a poniżej mniejszymi literami: porady zwyczajne, nadzwyczajne i zupełnie odbiegające od granic zdrowego rozsądku. Figlarz przypomniał sobie pierwszą wizytę w tym miejscu. Był wtedy nieopierzonym gołowąsem wprowadzanym w meandry tego świata przez karła nie do końca z tego świata. - Dziwny napis – skomentował wtedy. - Bo i kancelaria nie należy do pospolitych. – zgodził się Asmodeusz – Zresztą sam się przekonasz. Wejdźmy zatem w krainę dziwów. I z tym wspomnieniem przekroczył próg kancelarii. Wyobraźnia pobudzona nastrojem panującym w kamienicy, jak zwykle podsuwała niestworzone obrazy tego co może zastać w środku. I jak zwykle przywitała go atmosfera charakterystyczna dla wszystkich urzędów, nie mająca w sobie za grosz magii, ani aury tajemniczości. Pokój w którym się znalazł to poczekalnia połączona z sekretariatem. Zalegająca cisza połączona ze stukaniem palców o klawiaturę była nieco drażniąca, ale świeże powietrze i światło wpadające przez duże okna były przyjemną odmianą po wspinaczce ponurą klatką. Niezależnie od tego jaka panowała pogoda, przez okno w sekretariacie zawsze wpadało słoneczne światło letniego popołudnia. Ot, drobna nonszalancja. Za biurkiem, wpatrując się w ekran monitora, siedziała sekretarka. Nie młoda, ale i nie stara. Tak na oko koło trzydziestki. Krótko obcięte włosy i subtelny makijaż tchnęły w jej postać świeżość. Całości obrazu dopełniał czarny żakiet i biała bluzeczka. Figlarz podejrzewał, że skrywane pod biurkiem nogi były kształtne i zgrabne. Kobieta zerknęła w stronę drzwi i uśmiechnęła się. - O, cześć Figlarz. Co cię do nas sprowadza? - po jej radosnym nastroju domyślił się, że nie wie co się dziś rano wydarzyło. Małgorzata to siostrzenicą Witolda. Była jego oczkiem w głowie. Pewnie nie chciał jej niepokoić dopóki to nie będzie konieczne. - Cześć Gosiu. Jak zwykle, muszę trochę głowę pozawracać. Umówiłem się tu z Asmodeuszem. Witold jest u siebie? - Tak – odpowiedziała – ale zajęty. Pinokio usidlił wreszcie tę laleczkę, na którą polował tak długo. - Nie żartuj! – wykrzyknął Figlarz i zaraz skrzywił się boleśnie. - Wszystko w porządku? - zaniepokoiła się Małgorzata. - Tak – mruknął masując palcami miejsce u nasady nosa. To tam zagnieździł się największy ból. - Tylko płacę teraz za grzechy dnia wczorajszego i nie przespaną noc. Popatrzyła na niego z dezaprobatą. Pokiwała głową i wreszcie skinęła na niego aby podszedł. - Pewnie powinnam pozwolić ci cierpieć, może byś się nauczył unikać niektórych sposobów spędzania wolnego czasu. Ale przeczucie mówi mi, że przyda ci się trzeźwy umysł. Dotknęła obolałej głowy. Ból przez chwilę narastał, po czym rozpłynął się i zniknął. Małgorzata oprócz bycia sekretarką, była także bardzo utalentowaną czarownicą. Taki ból to dla niej pestka. - Dzięki – powiedział Figlarz z wyraźnie słyszalną ulgą w głosie. - Jestem twoim dłużnikiem. - Drobiazg, ale masz rację, jesteś. - Uśmiechnęła się. - Czyli mówisz, że Pinokio dopiął swego? - No, udało mu się wreszcie. – potwierdziła sekretarka – Swoją drogą trochę się o niego boję. Sam wiesz, że niej niezła bestyjka. - Ale heca! – wykrzykiwał po raz i drugi, zupełnie się nie przejmując obawami Gosi. – Nie pogniewasz się, jeśli wślizgnę się tam? – powiedział wskazując dębowe drzwi – Nie mogę przegapić takiego wydarzenia. -Dobra. – zgodziła się po chwili wahania – Tylko po cichu, to dla Pinokia ważna chwila. - Znasz mnie przecież. - Właśnie, znam cię niezguło. A teraz zmykaj, mam jeszcze dużo roboty. Podszedł do dębowych drzwi. Grube drewno nie przepuszczało żadnych dźwięków. Nacisnął klamkę i powolutku otworzył, tylko na tyle by wślizgnąć się do środka. W pokoju panował półmrok. Ciężkie kotary zasłaniały okna, a górne światło było wyłączone. Paliły się jedynie dwie boczne lampki, jedna w rogu pokoju, a druga na biurku. Rzucane przez miękkie światło cienie żyły tańcząc po ścianach pokoju. Za biurkiem siedział siwowłosy mężczyzna, ubrany w trzyczęściowy garnitur, zapewne szczyt mody wśród rekinów kodeksu cywilnego. Przenikliwe oczy zdobiły okulary w rogowych oprawkach. A przed nim na masywnych stołkach bez oparć siedziały… …na krzesłach siedziały dwie lalki, drewniana kukiełka i lala z plastiku. Kukiełka ubrana w dziecięcy garniturek, nie mogła mieć więcej niż metr wysokości. Do rąk i nóg przymocowane były sznurki, dla wygody do butonierki. Nos Pinokia był cały podrapany, z nadgryzionego koniuszka wystawały drzazgi. Zdradzał ślady zbyt częstego używania pilnika i płynu do pielęgnacji drewna. Na drugim krześle, trzymając Pinokia za rękę, siedziała lalka. Syntetyczne blond loczki wiły się spiralami opadając na niebieską sukienkę, upstrzoną koronkami i falbankami. Ubranko mogło pochodzić jedynie ze sklepu zabawkarskiego. - Czy ty Pinokio – przemówił adwokat nie zwracając uwagi na nowo przybyłego – czy przysięgasz szanować i kochać tę oto laleczkę? - Przysięgam – kukła odpowiedziała skrzypiącym głosem - Czy w biedzie i bogactwie będziesz się troszczyć o jej syntetyczne ciało i poliestrowe włosy? - Będę. - Czy przysięgasz kłamać na każde jej zawołanie, tak by twój nos mógł dostarczyć jej przyjemności? - Przysięgam. - Czy ty Laleczko – zwrócił się do drugiej zabawki – czy przysięgasz kochać i troszczyć się o tę drewnianą kukiełkę. - Przysięgam. - Czy obiecujesz dbać o jego drewniane ciałko, polerować je i usuwać drzazgi. - Obiecuję. – jej głos był odległy, trochę trzeszczący jakby wydobywał się z kiepskiej jakości intercomu. - Czy przysięgasz nie zaszlachtować jego najbliższych w przypływie morderczych zapędów? - Eee… - zawahała się. - Czy przysięgasz? – powtórzył adwokat z naciskiem. - No dobra, obiecuję. – kiepskiej jakości głos nie przekazywał zbyt dobrze emocji, ale wydawało się, że w przysiędze zabrzmiała nuta niechętnej rezygnacji. - Już sobie pewnie zaplanowała niezłą jatkę na noc poślubną – szepnął Asmodeusz, który wślizgnął się zaledwie chwilę po Figlarzu. Minę miał jak kocur co się opił śmietany. - A zatem ogłaszam was mężem i żoną. – ceremonia dobiegała końca – Pinokio możesz pocałować pannę młodą. Rozległ się delikatny stukot drewna uderzającego o plastik, zagłuszony wybuchającym nagle marszem Mandelsona. - Najbardziej pokręcona para młoda jaką widziały moje oczy. – Figlarz starał się przebić przez atakującą zewsząd muzykę – Ale pokręcona czy nie, to i tak chwyta za serce. Nie uważasz? - Ehe – mruknął karzeł. Widać było, że myślami jest już daleko. A twarz wykrzywiona jeszcze przed chwilą w szelmowskim uśmiechu pokryła maska zamyślenia. Lalka i kukiełka zeskoczyły z wysokich krzeseł i odprowadzane przez adwokata, na sztywnych nogach pokuśtykały w stronę drzwi. Usta, specjalnie na tę okazję przyozdobione były zręcznie wymalowanymi uśmiechami. To i pustka bijąca z żywych oczu robiło niezbyt przyjemne wrażenie. - Masz coś? - karzeł wyrwał go z zamyślenia. Figlarz ponuro pokręcił głową. - Nic. Nikt go nie widział. Ani nad Wisłą, ani na Biskupim. Byłem nawet u Kruczego Lorda. Nie przepada za nami, ale zrozumiał powagę sytuacji. Obiecał pomoc. Jeśli jego pupile dowiedzą się czegoś da nam znać. - Tak powiedział? - spytał Asmodeusz. - Tak powiedział – młody strażnik bezbłędnie wyczuł niedowierzanie w głosie mentora. - To by było coś nowego. Stary Kruk i jego gwardia na naszych usługach. Im dalej tym ciekawiej. - A co u ciebie? - Nic – odparł z szerokim uśmiechem Asmodeusz. Czyż to nie wspaniałe? Ginie strażnik i nikt nic nie wie. Nawet Wesoła Gromadka. Zaiste, przyszło nam żyć w ciekawych czasach. - Doceniam twoje poczucie humoru – mruknął Figlarz zrezygnowany. Kac, co prawda, już go nie dręczył, ale zmęczenie pozostało. - Jest niczym powiem wiatru znad kupy kompostu. Dalszą wymianę znań przerwał im Witold. Zostawił Pinokia wraz z Laleczką pod opieką swojej siostrzenicy, poprosił aby im nie przeszkadzać i wrócił do gabinetu. - Witam panowie. - Adwokat uścisnął po kolei ich dłonie i wskazał fotele w rogu pokoju. - Cześć – mruknął w odpowiedzi Figlarz. - Cześć Witoldzie – powiedział karzeł, a gdy usiedli kontynuował. - Mam nadzieję że, miałeś wystarczająco dużo czasu, by podjąć właściwą decyzję.
Opis Adwokata
- Czy to konieczne? - z głosu Borysewicza nie można było nic wyczytać. - Wiesz przecież że nie. Jeśli nie czujesz się na siłach to zawsze mogę cię wyręczyć. - O czym wy mówicie? - Figlarz był zbity z tropu. Spojrzeli na niego. - Jest pewna historia, którą powinieneś usłyszeć – zaczął Asmodeusz. - Prawo pierwszeństwa należy jednak do naszego przyjaciela. - Skinął głową w stronę adwokata. Zawiesił głos i czekał przez kilka oddechów na jego reakcję. Nie doczekawszy się, kontynuował mocno akcentując każde słowo. - Prawo pierwszeństwa należy do Witolda, gdyż jest on jednym z głównych bohaterów tej historii. Jeżeli jednak Witold nie czuje się na siłach, to w miarę skromnych możliwości postaram się wyręczyć go. Coś mi mówi, że przygoda naszego przyjaciela, może mieć związek ze śmiercią Gawła. - Coś wiesz! - rzucił Figlarz ostrzejszym niż zwykle tonem. - Mówiłeś, że do niczego nie doszedłeś, a jednak coś wiesz. - Gdy przeżyjesz tyle lat co ja, być może nauczysz się ufać temu, co zwykłem nazywać karlą intuicją. Asmodeusz ani na moment nie spuszczał wzroku z Witolda. Starszy człowiek siedział milczący, zatopiony we własnych myślach. Jednak pod powierzchnią rozgrywała się zażarta walka. - Wygrałeś karle – powiedział wreszcie westchnąwszy najpierw. - Z dwojga złego, sam wolę o tym opowiedzieć. - Cieszy mnie to niezmiernie – Asmodeusz podziękował skinieniem głowy. - Cieszę się, że ten etap mamy za sobą. Zanim zaczniesz, powiem jeszcze o kilku sprawach. Nakreślą one szerszy kontekst dla twojej historii. Dzięki temu nasz młody przyjaciel nie pogubi się – z tymi słowami zwrócił się w kierunku Figlarza. - Jak sam wiesz, nieczęsto się zdarza, by ktoś z naszych został zabity. Owszem w boju, w zwykłeś burdzie karczemnej takie rzeczy się dzieją. Na szczęście, ostatnimi czasy było bardzo spokojnie. Jednak śmierć Gawła była inna. Ona burzy równowagę. Jest trop, nie ma natomiast mordercy. Na dłuższą metę takie rzeczy wprowadzają chaos. A na chaosie nikt nie korzysta, wszyscy tracą. - Poza tymi, którzy go wywołali – szepnął do siebie Figlarz. - Co mówisz? - Nie, nic. - Nasze metody działania – karzeł podjął wątek – można by nazwać ostrymi. Są za to skuteczne. Gdy ruszamy sprzątnąć bałagan, nawet najodważniejsi truchleją - zamilkł zbierając myśli. Adwokat też milczał obserwując obu spod gęstych brwi. - Ostatnie zdarzenie przypominające śmierć Gawła miało miejsce kilkanaście lat temu. Dokładniej w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym. Na terenie polski, w naszym dominium zginęło wtedy dziewięciu strażników. - Polowanie – szepnął Figlarz. - Dokładnie – potwierdził Asmodeusz. - Skąd wiesz? - Demon z baru straceńców o tym wspominał. - No to dostałeś informację z dobrego źródła. Był naszym głównym podejrzanym. Już mieliśmy go wypędzić z tego świata na dobre. - Ale... - Ale pomimo zapuszkowania go, śmierć dalej zbierała żniwo - Asmodeusz zaczerpnął tchu. - Ostatnią ofiarą był twój ojciec. - Co się stało potem? - twarz Figlarza mogłaby należeć do zawodowego pokerzysty, żadnej widocznej reakcji. Nawet cień emocji nie przedostał się na zewnątrz. Witold zastanawiał się czy, w środku młodego strażnika coś się ruszyło – pomyślał Witold. Znał Figlarza od początku jego wędrówki po ścieżce wytyczonej przez Asmodeusza. Z upływem czasu młody mężczyzna stawał się ostrzejszy. Widział rzeczy, które niejednego by złamały. On jednak szedł dalej. Wchodził coraz głębiej do krainy po drugiej stronie lustra. Witold zachował dla siebie te przemyślenia. Życie w tej bajce rządziło się swoimi prawami. Na końcu drogi każdy ureguluje rachunek wystawiony od życia. W samotności. - Złapaliście sprawcę. - Nie. Ulotnił się. Zniknął jak kamfora, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. - Aha... - To jeszcze nie koniec. Witoldzie, teraz twoja kolej. Przez cały czas, gdy karzeł mówił, adwokat siedział nieruchomo niczym kamień. Wydawało się nawet że, skurczył się w sobie. - Kilka lat temu, gdy się poznaliśmy, pytałeś mnie o początki mojej znajomości z całym tym cyrkiem – powiedział chrapliwym głosem. - nie bez powodu, nie chciałem o tym mówić. Nie wspominam dobrze tamtych dni, ani dni, które nadeszły potem. Dla mnie, cała przygoda omal nie zakończyła się szaleństwem Tak zaczęła się opowieść adwokata. Jego głos monotonny, chrapliwy, wznosił się i opadał. Wspominając ją później, Figlarz przekonał się że, pamięta ją jako jednolitą całość, bez niedokończonych zdań, przerw, wahań i innych niedoskonałości jakimi obdarzona jest ludzka mowa.
Zmienić opis ubrania Bartłomieja Ktokolwiek. Sportowa marynarka, kaszmirowy sweter, okulary w rogowych oprawkach. Sprawdzić godzinę policyjną. Akcja toczy się w `89 lub 90`. Dać wstawki że jest przełom ustroju. ** [ Wszystko zaczęło się w dniu, w którym spadł pierwszy śnieg, tej zimy] Dziś rano zaczął padać śnieg. Miasto zamarło wstrzymując oddech. To pierwszy śnieg w tym roku. A przecież już styczeń. Wszyscy byli mile zaskoczeni. Chodniki szybko skryły się pod białym puchem i cała okolica od razu nabrała uroku. Jutro, a może nawet dziś wieczór dzieci pójdą na sanki. Koniec z szarością. Zakłady…