Komedia · 30 min czytania
Po drugiej stronie lady
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Po drugiej stronie lady
Szłam powoli dobrze mi znaną ulicą. Jestem bogata myślałam z sarkazmem, spoglądając na mijających mnie ludzi. W lekko zniszczonej portmonetce spoczywała moja wypłata. Spoczywać tak ma do jutra. Jutro pójdę zapłacę może trzy rachunki i śladu po niej nie zostanie! Tak było co miesiąc. Z niechęcią spojrzałam na właśnie mijający budynek poczty, pożeracz ciężko zarobionych pieniędzy. Błądząc tak po niezbyt przyjemnym temacie nagle poczułam szarpnięcie, a w chwile potem ktoś krzyknął - Cześć Baśka! Przede mną stała Ula. Koleżanka z lat szkolnych, którą omijałam jak tylko bodaj cień jej sylwetki pojawiał się na moim horyzoncie. Nie kończącym się tematem Uli były jej dzieci. Obojętnie w jakim były wieku. Zawsze miała dużo o nich do powiedzenia. Kiwając jedynie głową do monologu jaki musiałam wysłuchać patrzyłam na jej szczupłą sylwetkę. Nawet nieźle wygląda, tylko ten jej oddech kaczuchy, który czułam w marę jak się do mnie przybliżała zniewalał mnie całkowicie. - Wiesz Ula trochę mi się spieszy, wypaliłam jednym tchem, kiedy właśnie nabierała powietrza. - No tak, kto by pomyślał już ta godzina! Mówiąc to spojrzała na wierze kościoła po przeciwnej stronie ulicy, na której wisiał stary, zabytkowy zegar. - Ale sobie pogadałyśmy! Trzymaj się Baśka! I już jej nie było. Po takim nieoczekiwanym spotkaniu musiałam sobie poprawić nastrój. Skręciłam w boczną ulice i już wiedziałam: wyśle to-to lotka. Wchodząc do środka uważałam, którą nogą prze krocze próg. Koniecznie prawą. Pani w okienku dobrze mnie znała. Nie jako stałą klientkę, ale rozmówczynię co do wielkości wygranych i psychicznej wytrzymałości tych, którym szczęście sprzyja. O jest kumulacja, przeczytałam. Kwota jak zwykle astronomiczna. Podałam pieniądze i poprosiłam o jeden zakład. Chociaż w torebce miałam już kilka kuponów do sprawdzenia, nie kwapiłam się jednak, aby to zrobić. Po pierwsze – było mi wstyd, że nawet marnego grosza nie wygrywam , a po drugie miałam wciąż nadzieje i swoje marzenia.
Drzwi mojego domu otworzyły się. Najpierw lotem błyskawicy wypadł z nich mój pies, a następnie mój syn. - Mama trzymaj go, bo ucieknie! Ciekawe jak on sobie wyobrażał łapanie prze zemnie psa, kiedy obydwie ręce miałam zajęte. Bądź co bądź jestem babą, a podobno baba bez siaty to nie baba. Ja byłam w owej chwili tego najlepszym dowodem. Elwis, Elwis do nogi, wyprowadzony z równowagi darł się Maciek. Pies ani się obejrzał. Parł do przodu. Rzuciłam torby, lekceważąc ich zawartość i pobiegłam za niesfornym czworonogiem. Teraz nie tylko Maciek się darł, ale również i ja. Na końcu ulicy dopadliśmy go. Elwis lub inaczej Elżbieta jak go nazywaliśmy to nieduży, czarno-brązowy pięcio letni kundelek, który uwielbia samotne wycieczki. Zaistniał w naszym domu dzięki mojej najstarszej córce Kasi. Kupiła go na targu i przyniosła w kieszeni. Od razu zaskarbił sobie nasze serca, odwrotnie do serca mojego męża. Oświadczył – albo ja albo pies. Pies został, mąż też. Miejsce do spania Elżbieta wybrała sobie sama, nasze łóżko. Wchodząc do domu minęłam się z dwójką kotów. Kacunią i jej synem Magikiem. Kacunia wybrała sobie nas sama na opiekunów. Po prostu pewnego zimowego dnia położyła się na maskę naszego samochodu. Została przyjęta z otwartymi ramionami. W dowód wdzięczności co pewien czas obdarowywała nas potomstwem. Jestem głodna, ty pewnie też - zwróciłam się do Krzysztofa, który właśnie wszedł do kuchni? Co nieco to bym zjadł. Jak tam zaliczyłeś swój pierwszy dzień w pracy? Szefa rozumiałeś? No widzi pani z tym to miałem pewien problem odparł. On się jąka a do tego mówi bardzo szybko. Minął chyba kwadrans zanim dotarło do mnie co mam robić. Skapowałem się, że mam do czynienia z nietypowym gościem i po prostu zacząłem czytać mu z warg. Usłyszałam miauczenie i do kuchni powolnym krokiem weszła Cherry. Swoim zwyczajem najpierw powąchała miskę, a następnie usiadła obok na ogonie w pozie wyczekiwania. Cherry to nasz trzeci kot. Nazywany też przez nas emerytem. Ma osiem lat i został przywieziony naturalnie przez Kasię. Aby z nami być przebył siedemset kilometrów w klatce, z aktualną książeczką zdrowia i wklejonym swoim zdjęciem. Moja latorośl mieszka od kilku lat w Niemczech i tam mój szalony zięć wypatrzył ogłoszenie, w którym niemiecko - portugalskie małżeństwo poszukiwało rodziny dla swojego kota. Razem wytrzymali ze sobą tylko rok. Po tym krótkim okresie pobytu u młodych Cherry nie tylko był seniorem, ale również stał się kotem po przejściach. - Kasiu a co ten kot jada? - zapytałam A nic szczególnego odparła. Pije wodę i je suchy pokarm. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Postanowiłam sprawdzić to. Szybko okazało się, że dieta jaką serwowano biednemu zwierzakowi była niepotrzebna. Jadł wszystko. - Cześć kochanie! - Przywitałam moją drugą połowę, która jak zwykle pilnowała sypialni. Wreście jesteś. Jego spojrzenie mówiło samo za siebie. W ręku trzymał swój ulubiony przedmiot: pilot od telewizora. Minuta jego cennego wzroku została poświęcona mojej osobie i na tym koniec. Mogłam wejść w worku na głowie, piżamie czy też bez, dla niego ważniejsze było to coś co miało przyciski. Nawet jak spał z trudem się z nim rozstawał. Właśnie zmienił jeden kanał na drugi. Zakładając sweter przyglądałam się scenie jaka rozgrywała się na ekranie. Może być niezły film pomyślałam, i już chciałam to powiedzieć, ale nie zdążyłam. Następny guzik został naciśnięty, po chwili kolejny i znów kolejny. Przy spodniach, które właśnie zapinałam powrócił do początku. Miałam dość! Już chciałam wyjść, kiedy Romcio znów się odezwał. - Boli mnie głowa niech mi ktoś przyniesie tabletkę i herbatę – zakomunikował. - A po tej pomidorówce znów mam zgagę. Słowo zgaga doszło do mnie w chwili, kiedy zamykałam drzwi.
Tak bym chciała, aby ta noc trwała trochę dłużej pomyślałam kładąc się do łóżka. Zamknęłam oczy. To była chwila! Dałabym sobie głowę odciąć, że chwila. Przez moment zastanawiałam się skąd znam ten dźwięk. Pomału świadomość wracała, chodź szło jej to opornie. Nagle dostałam olśnienia – to był telefon! Muszę go odebrać i to jak najszybciej zanim Romcio rozbudzi się na dobre. Ostrożnie łukiem wygięłam rękę nad głową mojego męża, aby go nie dotknąć. Niestety telefon znajdował się po jego stronie posłania. Udało się! Usłyszałam w słuchawce miły głos pani zawiadamiający mnie, że to właśnie ja zamawiałam budzenie o upiornej godzinie 430. Nic nie mogłam na to poradzić. Była to szczera prawda, przyznałam się od razu. Na krótką chwile wtulę się jeszcze w ciepłe pielesze i zaraz wstanę postanowiłam, co było postanowieniem mało roztropnym. Nie zdążyłam jednak zrealizować swojego planu. Usłyszałam następny przejmujący dźwięk. Tym razem to była komórka. W mojej ręce znalazła się dość szybko, ale jak w takich ciemnościach znaleźć odpowiedni przycisk? Co z tego, że ona świeciła? Romcio poruszył się niespokojnie. Wstrzymałam oddech, nadal manipulując przy wyjącym urządzeniu. Na dodatek miał on dźwięk piejącego koguta. Metodą prób i błędów udało mi się go jednak uciszyć. Poruszając się w ciemnościach dotarłam do drzwi. Na schodach spotkałam moją najmłodszą córkę. Wracała z pracy. Włosy wczoraj tak pieczołowicie układane, w obecnej chwili przed stawiały pewien nieład. Klara nie ma dużych oczu, ale te dwa małe paciorki, które na mnie patrzyły ledwo je przypominały. Skarbie , odezwałam się , wyjmując jej z ręki 0,50 l. „ Wyborowej „ widzę , że jesteś padnięta. Mamuś to mało powiedziane. Śpiewaliśmy o godzinę dłużej. Ale dobrze się bawili. Żarcie też było o key. Na koniec dostaliśmy po butelce wódki, następna do kolekcji. Zapłacili? Co do grosza. Nawet premię dali. Z pokoju wyjrzał Krzysztof. No pracuś, jest! Objął Klarę ramieniem i już ich nie było. Szczęśliwe dzieciaki pomyślałam. Odkąd dostała pracę jako wokalistka w zespole zarabiała nawet niezłe pieniądze, a dodatkowo robi to co lubi. Rzadka rzecz jaka spotyka niewielu ludzi. Mój zwierzyniec już czekał na mnie niecierpliwie. Otworzyłam drzwi tarasu. Elwis jak zwykle przepuścił Cherry, później sam wyszedł za nim szybkim krokiem Magik na końcu Kacunia. Przy kawie byli już wszyscy z powrotem. Każdy miał swoje miejsce do obserwacji. Naturalnie osobą obserwowaną byłam ja, a raczej ruchy moich rąk. Swoją puszkę z żarciem mieli już pustą. Została mi więc lodówka. Bez zmrużenia wyjęłam kiełbasę przeznaczoną na śniadanie. Po chwili nie było po niej śladu. Spojrzałam na zegar. Biegiem rzuciłam się do telefonu. - Zamawiam taxi na Słoneczną3, ale jeśli można z szybkim kierowcą. Więcej nie musiałam już mówić. Zawsze dzwoniłam do tej samej firmy o tej porze . Jadąc do pracy do znudzenia narzekałam na mijające samochody, rowerzystów , zagadywałam: - O widzę, że pan zmęczony. A tak w ogóle to w siedem minut dojedziemy? Mieli mnie dosyć, wiedziałam. Pośród nich był w szczególności jeden, który ze mną nie wytrzymał. Więcej już go nie widziałam.
Część 22 / 2
Stałam przed sklepem, w którym od pewnego czasu pracowałam i że spokojem manipulowałam przy zamku. W aucie obok spał pan Waldek, dostawca chleba. Drzwi posiadały trzy zamki i na dodatek alarm, który w ciągu 1,5 minuty trzeba było wyłączyć. Teraz to było małe piwko z dużą pianką”. Ale początek wcale nie był taki prosty. Na wszystko miałam 0,50 minuty. Ręce mi się trzęsły, nie pamiętałam, który zamek mam otworzyć pierwszy. W nerwach zamiast kodu wyłańczającego alarm chciałam wpisać PIN mojej komórki. Na szczęście to już przeszłość. Zapaliłam światła i zabrałam się do pracy. Przyjęłam pieczywo, które musiałam policzyć dokładnie ponieważ trudno było mi uwierzyć w umiejętności matematyczne pana Waldka. Dobry chłop , ale coś z rachowaniem na bakier. - Proszę, odezwałam się do pierwszej klientki. - Gumę. - Jaką ? - Orbit. - Ile listków? - Jeden odparła. - Proszę, 25 groszy. Podała mi stówę. Gdyby wzrok umiał zabijać, mój by tego dokonał. Od zawsze wiedziałam, że na śniadanie je się bułki lub chleb, ale gumę? Drugi klient był ciut lepszy. Zażyczył sobie całe opakowanie gumy. Jednak przy trzecim ręce mi opadły. Zapach od niego szedł upojny. Ledwo wyszeptał : - Nalewkę, daj pani cytrynową. Podałam nie mówiąc nic. Kiedy wyszedł dobiegłam do odświeżacza, popsikałam i wreście mogłam oddychać. To był jeden z nielicznych, nieszkodliwych pijaczków, jaki drogą eliminacji mógł kupować w tym sklepie. Reszta została usunięta. Przed siódmą zrobiła się kolejka. Zakupy robiono już takie jakie przyzwoity człowiek o tej godzinie powinien. Słychać było jedynie: - Chleb poproszę. -Jaki? - Mleko poproszę. - Jakie? Tak w nieskończoność. Gardło już mnie zaczęło pobolewać, od ciągłego dopytywania się czy na pewno chcą kupić to o co wołają. Dobrnęłam jednak bohatersko do końca i mogłam zamówić towar. Wszystkie zamówienia poszły gładko oprócz jednego jak zresztą zawsze. Wykręciłam numer i w duchu modliłam się, kto odbierze. -S ł u ch a m, usłyszałam głos jakiego nie chciałam. - Tu sklep spożywczy... Nie dano mi jednak dokończyć. - Chwileczkę poszukam kartki. Flegmatyczny głos poinformował mnie. Przede mną zamajaczył las wściekłych oczu czekających na obsługę. - Halo !!! Wrzasnęłam zdenerwowana do słuchawki. - Proszę mnie nie popędzać .Pani przyjmująca zamówienia była wręcz obrażona. Nagle przestała w ogóle ze mną rozmawiać! Gdzieś sobie poszła! Tłum ludzi napierał na ladę. Rzuciłam aparatem jak najgorszą zarazą . Po chwili sytuacja zastała opanowana.
W tym wymiarze czasu pracowałam od niedawna. Czy był dla mnie lepszy nie wiem, ale na pewno mogłam go lepiej wykorzystać dla siebie. Zmiany zaszły kiedy zachorowała pani Małgosia. Zostałyśmy same z Anią. Było nas za mało, dlatego przyjęto dodatkową osobę. Takiej kobiety jak Małgosia nigdy nie spotkałam. Dwa razy dziennie się malowała. Nie, aby poprawić makijaż. Robiła go zawsze od początku. Jako jedyna nosiła spódniczki, a w szafce miała kilka par butów na zmianę .Codziennie przed pracą myła włosy , które nawijała na wałki .I tak w chustce na głowie jechała autobusem do pracy. A jakie robiła śniadania! Z klientami dawała sobie radę, gorzej z komputerem, który zagościł u nas kilka miesięcy temu. Fakt jest faktem, ze był solą w oku każdej z nas. Trzy faktury były wpisywane do późnych godzin nocnych. Nikt nie wiedział w zasadzie jak to się robi do końca. Dlatego królowała metoda prób i błędów. Najlepszą okazała się Ania i moja siostra, która jest szefową całego tego interesu. Pewnego jednak dnia z Małgosią zostałyśmy zostawione sam na sam z upiornym urządzeniem. Ciemno zrobiło nam się przed oczami. Przez kilka godzin mozolnie stukaliśmy w klawiaturę , co chwila dzwoniąc do Ani . Rozmowy wyglądały miej więcej tak: Jestem na przesunięciu. Zatwierdziłam wszystko, ale jedno mi zostało. Co robić? Wracać? - Odpowiedź brzmiała - Wrócić i zatwierdzić. -Nie chce drukować? - Wejść w faktury i enter, enter ! - A gdzie jest procent? Tutaj go nie ma. Gorzej gdy Ani tłumaczyła pani Małgosia. Ni w ząb nie mogły się zrozumieć. Wówczas do akcji wkraczałam ja. Pomału, ze spokojem określałam jaki mamy problem. W tym czasie klienci byli dla nas złem koniecznym. Wręcz przeszkadzali. My takie zajęte a oni coś od nas chcą! Pudło z monitorem było dla nas ważniejsze .Długo trwało nim potrafiłyśmy połączyć jedno z drugim. Jednak strach przed komputerem u Małgosi pozostał. Żadne argumenty z mojej strony w stylu: nie ugryzie, pomyłkę można poprawić, nie wybuchnie, nie zepsuje się , to głupie bydlę, które robi to co my chcemy nie skutkowały. Aby się lepiej poczuć przyniosła sobie okulary i ołówek z gumką. Dużo to jej jednak nie pomogło. Z umytymi i po kremowanymi rękoma siadała do klawiatury, ale tylko na chwilę.Za moment biegła do telefonu z przestraszoną miną wołając: - Co ja zrobiłam!
Wielu ludzi uważa, że ekspediętka to tylko ktoś taki, który podaje towar i nic więcej. Błędne myślenie, które spowodowało, że zamiast dwóch normalnych kobiet, zastałam w mojej nowej pracy dwie wystraszone i pełne kompleksów osóbki. Istnieje instytucja chroniąca prawa konsumenta, dlaczego więc nie ma takiej, która broniła by prawa tych co stoją po drugiej stronie lady? Taką niesprawiedliwość mógł wymyślić tylko facet. Rzadki widok spotkać takiego delikwenta w handlu. No najwyżej przy sprzedaży sprzętu AGD, komórek lub jako kierownika. Ubrani w garniturki, pod krawatem czują się panami sytuacji. Od niechcenia odpowiadają na pytania, uważając zapewne, że wszystkie rozumy już zjedli, a dla innych nic nie zostało, więc po co się męczyć. Nie miałam wpływu na stworzenie przeciwległej instytucji, ale miałam możliwość zlikwidowania chociaż po części skutków tej, która istniała.
Najpierw zabrałam się za dzieci. - Daj pani lizaka, wymamrotała może dwunastoletnia dziewczynka, rzucając pieniądze na ladę. - Lizaka., że chciała byś kupić to zrozumiałam, ale czy przypadkiem nie zapomniałaś o jednym ważnym słowie jakie powinnaś powiedziedzieć, zapytałam? Na twarzy małej zobaczyłam wyraz zdumienia. Do moich uszu dobiegł szum jaki przeleciał przez dość długą kolejkę, która zdążyła się już utworzyć. -O jakie słowo jej chodzi? Skierowała pytanie wysoka blondynka do starszego pana tuż koło lady. W